ZAKŁADKI

Wywiady / Interviews #2

 

ABY PRZECZYTAĆ STARSZE WYWIADY PRZEWIŃ W DÓŁ



DIABOLIZER

Tego faceta kojarzy chyba każdy, kto śledzi polska scenę black/ death metalową choćby pobieżnie. Gdybym miał wymienić tylko i wyłącznie nazwy zespołów, w których maczał paluchy, to starczyłoby zapewne na całego wstępniaka. Na wywiad umawialiśmy się od dłuższego czasu (może nie aż tak długo jak z Sadistem, ale pewnie z dwa lata nam zeszło haha! Przyznaję bez bicia, moje zaniedbanie). Co prawda wywiad poniższy przeprowadziliśmy tym razem drogą korespondencyjną (a nie, jak zamierzałem początkowo, w cztery oczy), jednak ciekawi ludzie mają to do siebie, że potrafią opowiadać ciekawe rzeczy, w ciekawy sposób, także znad klawiatury. Bez zbędnego bicia piany powiem zatem tak: mam nadzieję, że będzie wam się to czytało równie dobrze co mi.

 

Jakim dzieckiem był Diabolizer? Broiłeś mocno w szkole podstawowej, zmuszając rodziców do wizyt w gabinecie dyrektora, czy raczej stosowałeś się do tak zwanych norm społecznych i nosiłeś na ramieniu tarczę „Wzorowy uczeń”?

Amputator „ Deathcult Barbaric Hell” - Nim imię me nadane jako pierworodnemu, przekute zostało w Diabolizera, nim na piersi zawisł pin czy inna naszywka, nim klatę opięła koszulka z logo Death, w końcu nim suty przebite zostały stalowym pierścieniem to tak, na piersi wisiała wówczas czerwona tarcza z białym napisem „wzorowy uczeń” ,przyprawiając tym samym dziadków i rodziców o przypływ dumy. Mnie w sumie chyba także. Jednak od czwartej klasy szkoły podstawowej, powoli następowała edukacyjna degradacja spowodowana chyba zbyt sztywnym i ślepym wzorem nauczania. Ale w sumie byłem dość sumiennym i na pewno grzecznym uczniem. W gabinecie dyrektora byłem raz, jako członek grupy którą tworzyli dość nadpobudliwi chłopcy, i z tego co pamiętam, ja nie należałem do tej bandy, znalazłem się w ich szeregach przypadkowo. Ot nie w tym miejscu i czasie. Zaprowadzeni tam przez wychowawczynię, dyrektorka chwyciła każdego z nas, po kolei za pejsy (bez skojarzeń haha!) i szybko przyczyniła się do tego, że staliśmy na palcach silnie usiłując wyrwać się z tych miłych objęć bez uszczerbku na fryzurze.

Kiedy po raz pierwszy świadomie zainteresowałeś się muzyką? Zakładam, że nie był to od razu Slayer, tylko coś zdecydowanie bardziej lajtowego.

U mnie, w rodzinnym mieszkaniu, muzyka zawsze się gdzieś tam przewijała. Mama miała adapter z całą masą muzyki na winylowych, dźwiękowych pocztówkach.. Pamiętam pieśni żołnierskie, jakaś muzyka disco… Wydaje mi się że muzyka jako taka została mi dosłownie wbita do głowy, bo według rodzinnej legendy, wypadłem raz z łóżeczka prosto na adapter, nabijając sobie potężnego guza na łbie. Jak to mama zawsze mówiła – guz jak pięść. To był mój rytuał przejścia w świat dźwięku. Dodam jeszcze że dziecięcym zaklęciem wychodzącym przez me usta były słowa „Ia Ia Apatel”, co mogłoby brzmieć prawie jak zaklęcia z Necronomiconu, a były tylko niewinnymi słowami wypowiadanymi przeze mnie, gdy domagałem się puszczenia muzyki na adapterze. Tak zawsze mówiła mama i babcia. Ja oczywiście nie pamiętam z tamtego czasu takich szczegółów. Później były jakieś kasety magnetofonowe kupowane przez rodziców- Modern Talking, jakieś biesiadne pieśni wygrywane na akordeonach, George Michael, jakaś Eleni… Tyle pamiętam z tego. No i oczywiście radio z programem pierwszym. Tak było.

Wiele miałeś przeistoczeń zanim dotarłeś do metalu? W jakich okolicznościach pierwszy album z tego gatunku trafił w twoje ręce, i co to było?

Chyba nie tak wiele, jeśli pytasz o gatunkowe wybory. Czas o którym pisałem wyżej to podstawówka do klasy szóstej czy siódmej. Do tego momentu było w zasadzie wszystko, co wpadło do domu. Plus radio. Mieszkając na wsi, nie mając zbyt wielu możliwości, słuchałem tego, co rodzice czy ktoś z rodziny przyniósł do domu. Zaś za okoliczności, które sprawiły że chwyciłem świadomie za metal, odpowiada przypadek. Zbierając puste, szklane butelki i sprzedając je wówczas w sklepach, pragnąłem sobie kupić album Europe „The Final Countdown”. Należałem do tych setek tysięcy ludzi, którymi ta piosenka zawładnęła. Idąc z przyśpieszonym biciem serca do sklepu, szybko mi je zahamowano, bowiem okazało się, że tej kasety nie ma. Więc rozglądając się po półkach, nie znając w ogóle nic a nic z tego co tam wystawione było, wybrałem taśmę, którą okazała się „Ride The Lighting” Metallica. Po jej odpaleniu świat został mi przestawiony w zupełnie innych barwach. Zostałem przeniesiony w inny wymiar… to było jak jakiś czar na mnie rzucony. Ot niby historia jakich wiele, ale prawda jest taka, że każdy, dla którego muzyka coś znaczy więcej, pamięta tą swoją, jako coś wyjątkowego, ten pierwszy raz który zmienił życie i jakby nie patrzeć jakoś je w tym kierunku zaplanował.

Od pierwszych chwil marzyłeś o tym, by zostać muzykiem, czy ta decyzja musiała dojrzeć? Dlaczego padło na perkusję?

Kohort „Christian Masquerde” - Znów powołam się na rodzinne opowieści. Według nich, od małego chodziłem i wybijałem rytm na wszystkim, co znalazło się pod ręką. Pufy, taborety, stół... Cokolwiek, co wydawało jakiś dźwięk. I nie marzyłem chyba o tym, by być muzykiem. W sumie nie pamiętam bym chciał, bym marzył o kimkolwiek, kim chciałbym zostać. Chciałem być zwyczajnie sobą… A jak już padł wybór instrumentu, to miała to być gitara. Zawsze mi się marzyła gitara! Chciałem być jak jebany Hetfield! Jednak splot okoliczności tak się zawiązał, że dopiero w szkole średniej spotkałem „muzyków”, i każdy z nich już grał. I to, kurwa, na gitarze. Więc jakoś tak wyszło że padło na bębny. Po co kolejny gitarzysta w szkole. A że rytm niejako miałem we krwi, to szybko zakorzeniłem się za zestawem. I tak już zostało.

Swój pierwszy zestaw kupiłeś za pieniążki komunijne, czy wspomogli cię rodzice? Wiadomo, że sprzęt w tamtych czasach był ciężko dostępny, a wielu bębniarzy ćwiczyło właśnie na pufach i garnkach. Co tobie dało się zanabyć?

Jakie komunijne?! Dostałem rower, jakiś zestaw, w skład którego wchodził zegarek, kalkulator i długopis, i rzecz jasna medalik. Pieniądze jakieś były, ale przeznaczyłem je na białego walkmana. Przynajmniej ich część. Jak ćwiczyłem, jeszcze nieświadom tego co mnie spotka w przyszłości, napisałem gdzieś wyżej. Jednak mój pierwszy zestaw miałem zrobiony z kartonów. Kumpel przywiózł mi od swojego wujka prawdziwe pałeczki i dwa talerze, które stanowiły mój hi-hat. Przy pomocy gwoździa przymocowałem talerze do grubej listewki, kartony poowijałem taśmą klejącą, zrobiłem z drewna i jakiejś piłeczki, czy twardej kulki papieru, stopę, i grzała w piwnicy! Kumpel, nie znając się w ogóle na gitarze, szarpał struny. I tak jakoś zdobywało się arkana bycia grajkiem. Z kolei swój pierwszy, prawdziwy zestaw perkusyjny nabyłem w pierwszej klasie szkoły średniej. Polmuz w czerwonej okleinie, zakupiony od jakiegoś typa, który grał kiedyś na niej na weselach i innych imprezach tanecznych. Zestaw zakurzony, pobijany, pordzewiałe śruby i obręcze, le jaka radość i zachwyt. Moje pierwsze, prawdziwe baniaki!

Który z zespołów uznałbyś za swój pierwszy poważny?

Ja w sumie bardzo poważnie traktowałem już to, co robiłem na samym początku. To znaczy nie, że chciałem coś osiągnąć, myślę tu o sukcesie czy innych wymiernych korzyściach, ale gra na bębnach stała się dla mnie częścią życia, wypełniała mnie. Starałem się grać tak często, jak było to tylko możliwe. I zakładając pierwszy zespół Ziemia, w którym grałem z kumplem punk/rocka, robiłem to poważnie, zdobywając uznanie lokalnej gawiedzi, której cięższe dźwięki podchodziły najbardziej. Czułem się już wówczas metalowcem, ale nie było z kim grać metalu. Więc, nie chwaląc się, zasilałem kilka lokalnych składów, które grały nawet bluesa, grunge, punka, rocka czy nawet różnej maści covery. Chciałem po prostu grać. Niestety większość albo skupiała się na zabawie (co w moim przypadku też miało miejsce, ale granie zawsze było najważniejsze) czy próbie wyrwania się z chaty, którą dawała sala prób. Poszerzało się kontakty, grało tu i tam, w końcu kilku metali także się przewinęło, i kilka składów stricte metalowych też się zawiązało. Jednak nie przetrwało to próby czasu, mimo, muszę przyznać, całkiem dobrej muzyki którą wówczas robiliśmy. Przynajmniej na początku. Po jakimś czasie zawiązał się skład Damned, w którym już coś zaczęło kiełkować w tym piekielnym kierunku. Zaczęliśmy wykuwać metal z prawdziwego zdarzenia. Jednak los okazał się dla jednego z nas niezbyt łaskawy, i przyczynił się do śmierci jednego z kumpli. Zespół Damned poszedł w rozsypkę. Zachował się jakiś okrutny reh… W międzyczasie Panzefraust i Kostuch też borykali się w swoim macierzystym zespole z problemami personalnymi. Więc szybko się spiknęliśmy i zawiązaliśmy szeregi, także poważne (bo to już dwadzieścia trzy lata razem) pod szyldem Molocha…. Więc tak to u mnie wyglądało. Nigdy na siłę, bez ciśnienia ale jak już coś robić to całym sobą.

Kiedy po raz pierwszy nazwałeś się Diabolzierem, i dlaczego akurat w ten sposób?

Tu historia nie będzie miała jakiegoś rytualnego dna. Zasilając szeregi Mordhell nie mogłem być Vobim czy po prostu Robertem. Proponowałem kilka pseudonimów, ale albo okazały się chujowe w tłumaczeniu na angielski, albo chłopakom nie bardzo się podobały. Bloodwhip czy Nekrophiliac rzucili właśnie Diabolizerem, i tak zostało.

No właśnie, niektórzy nazywają cię też Vobi. Nie wygląda mi to na skrót wyżej wspomnianego. Zatem?

Rot „ Kingdom Of Antigod Sodomy” – Zgadza się, bo i nic z tym wspólnego nie ma. Vobi przylgnęło do mnie na początku szkoły podstawowej za sprawą postaci z Gwiezdych Wojen. Jest tam Obi-Wan Kenobi. Jednak dlaczego on? Nie wiem, i nikt nie pamięta, z moich podwórkowych kumpli, dlaczego. A tym bardziej to wielka niewiadoma jest, że nigdy nie byłem fanem Star Wars. Nie wiem w ogóle, czy kiedykolwiek jakąś część w całości oglądałem. A już na pewno nie wtedy, gdy Vobim zostałem ochrzczony.

Gry na beczkach uczyłeś się sam, czy ktoś cię kierował? Kto był, może nadal jest, twoim idolem w rzeczonym temacie?

Nigdy nie miałem nauczyciela. Jestem samoukiem. Kupiłem wspomnianego Polmuza, i ot tak, zacząłem grać. Kumpel który przyjechał na pierwszą próbę z gitarą chciał mi coś pokazywać, myśląc że nie będę umiał, a tu zaskoczenie na jego mordzie. Nakurwiałem jak stary pod jego punkowe riffy hehe! Nie wiem czy można się w ogóle nauczyć grać na beczkach. To trzeba mieć we krwi chyba. Tak mi się wydaje. Warsztat wyrabiał się sam, przy każdej sposobności, i tak zostało. Owszem, mógłbym poświęcać więcej czasu technice czy skupianiu się na szybkości, precyzji, ale nigdy nie było to moim celem. Chciałem grać więc gram hehe! A idol zawsze jakiś był, czy jest. Pierwsi to Lars Urlich i Docent. To byli dla mnie bogowie. Później Hoglan, Sandoval, Bostaph, Lombardo, dalej Hellhammer, Frost, Barker… Później gdzieś się przewijali tacy zamachowcy jak Virgil Donati, Mike Portnoy, Dennis Chambers… Większość z nich siedzi w moim sercu, choć, rzecz jasna, doścignąć czy tym bardziej prześcignąć ich nie mam zamiaru hehe!

Jakie w tamtym czasie miałeś marzenia? Które z nich wykreśliłeś już z listy, a które nadal na niej widnieją?

Jeśli napiszę, że nie pamiętam, będzie wiarygodnie? Serio - nie pamiętam czy miałem jakiekolwiek. Być szczęśliwym, napiszę. I jestem, spełniło się. Trochę w tym mojej zasługi, trochę rodziny i przyjaciół. Mam szczęśliwą rodzinę, która mnie wspiera, gram cały czas muzykę którą pokochałem lata temu, mam grono przyjaciół, dobrych kumpli, znajomych, którzy też wspierają. W sumie wspieramy się razem. Nie miałem nigdy ambicji bycia czy stania się kimś, ciśnienia by osiągnąć coś. Jest jak jest, jestem szczęśliwy, i to mi całkowicie wystarcza. Choć, oczywiście, bywają chwile, gdy chciałoby się więcej. To niestety takie ludzkie.

Z czasem stałeś się częścią wielu znanych i poważanych obecnie zespołów. Liczyłeś ile ich było? Skreślasz na ścianie w pokoju kreski, jak zespół pancerny na lufie czołgu?

Blixtnedslag „Kalla Kanslor” - Wszystko zaczęło się od momentu dołączenia do Mordhell. My z Molochem z wioski, Mordhell ze stolicy Wielkopolski. Więc Poznań, już jakaś scena, większe możliwości. I jakoś się zaczęło to wszystko kręcić samo. Nie, żebym zabiegał jakoś namiętnie. Głównie z Bloodhipem łączy mnie najwięcej muzycznie, gdzie pod kilkoma różnymi sztandarami manifestujemy to, co w nas siedzi. Kolejnym ważniejszym wydarzeniem w mojej skromnej karierze garowego, było zasilenie Throneum (tu muszę przyznać - sam zabiegałem o to, gdy okazało się że Kowal się wymiksował), i dalej już poszło. Na koncercie w Warszawie, gdy graliśmy z Throneum, Tom zapoznał mnie z Lordem Kaosem, Baalem, Inferno… Ruszyło samo. Dostałem po jakimś czasie propozycję zasilenia Nekkrofukk, później telefon od Baala, czy nie chciałbym wskoczyć za beczki w Hell-Born, który zaczął się przebudzać… Kurwa! Nigdy nie pomyślałbym, że takie legendy sceny, mordowniki,m które kładły podwaliny pod scenę black i death metalową na początku lat dziewięćdziesiątych, skontaktują się ze mną. Ze mną! Przecież mogli wybrać kogokolwiek innego. To jebana magia hehe! To tak, jakby sami bogowie wojny zapukali do Twoich drzwi! Pierwszy Behemoth, wczesny Damnation, następnie Hell-born, to były TE albumy, które wykuwały moje czarne serce. I nagle z tymi bogami dzielisz sale prób i kawę czy obiad w Twoim domu.. Obłęd. Co do drugiej części pytania... Jest tego sporo, i nawet byłoby więcej, ale co jakiś czas odmawiam propozycji które dostaję. Muszę je odrzucać z braku czasu. Tak to wygląda na chwilę obecną. I nie, nie zaznaczam, nie odhaczam tego w żaden sposób. To nie żadne trofea, choć przyznaję, że miło jest, jak ktoś mnie docenia, i to, co robimy z tymi wszystkimi hordami.

Czy pytanie o to, który z zespołów, których jesteś / byłeś członkiem, jest dla ciebie najważniejszy, ma jakiś sens? Może inaczej, które uznałbyś za wyjątkowe, i z jakiego powodu? Odpowiadaj, a ja idę sobie w międzyczasie posprzątać piwnicę…

Tylko żebyś wrócił... Chuj wie, co tam znajdziesz hehe! (TE rzeczy akurat trzymam najczęściej w lodówce, bo bliżej. Nawet biorąc pod uwagę, że mieszkam na parterze, to zawsze jednak kilka metrów ;) Przyp. - j.) Czy ma to pytanie sens? Pewnie ma, tylko ja nie będę chyba potrafił na nie odpowiedzieć. Każdy z zespołów w których gram jest dla mnie ważny i angażuję się w każdy z nich jak tylko mogę. Jedne wymagają mniej uwagi, drugie więcej. Jedne pochłaniają więcej czasu, inne mniej. Są bardziej regularne, inne mniej, więc może to każe , że któryś jest bardziej lub mniej ważny. Jednak każdy z nich reprezentuje coś innego, porusza się w innym klimacie, choć to wszystko zamknięte w ramach black, death czy black/death metalowych. Wyjątkowy jest każdy z nich. Tak uważam. Miałoby być inaczej?

Zawsze dołączałeś do zespołu, który akurat poszukiwał perkusisty, czy niektóre akty były twojego autorstwa?

Goatpenis/Behemoth(split) - W większości przypadków to chyba dołączałem do składu. Współzałożycielem byłem w przypadku Moloch Letalis, Urwerk, Goathrone, Devastated Graves, Ohyda, Morbid Winds, Deathvasstator, Freezing Blood… Reszta to zasilenie już istniejących , czy zaproszenie do właśnie organizującej się watahy.

W większość przypadków ludzie z którymi grasz są muzykami z Poznania i okolic. Można zatem powiedzieć, że scena poznańska Diabolizerem stoi.

Z jednej strony to naturalne, choć, jak wiemy, gram także z muzykami z innych części Polski. Ale nie, nie czuję, bym w jakimkolwiek stopniu zdominował swoją osobą poznańską scenę. Zawsze tam ktoś się przewijał i grał, w sensie, bez mojego udziału, choć faktem jest, że większość maniaków z którymi gram, z tamtego miasta pochodzi. Bloodwhip – z którym mnie łączy najwięcej, Rambo, Pilaf, Michu, Nekrophiliac, Cadaveris (choć ten herbatnik już w Poznaniu nie siedzi). Było jeszcze kilka osób z miasta kozłów z którymi grałem, czy pogrywałem, ale poszło to wszystko jakoś w rozsypkę.

Zdecydowana większość projektów z twoim udziałem to twory bardzo surowe. Najlepiej czujesz się w tej stylistyce?

Devilpriest „ Devil Inspirde Chants” – Sztuka sama w sobie to scalenie wielu czynników. W moim przypadku chęć uwolnienia tego, co drzemie w bebechach, nie wymaga finezji, że tak się wyrażę. Sam metal w ogóle najlepiej dla mnie wypada i brzmi w tych formach najbardziej bezkompromisowych czy miejscami nawet pierwotnych. Pierwszy spazm duszy, to źródło, czy, inaczej mówiąc, jądro dźwięku. Owszem, można później poświęcić uwagę wielu innym czynnościom mającym na celu dopieszczenie czy obróbkę tego, co się rodzi, czy zrodziło, ale ja wolę te jaskiniowe formy, te archetypy rytmu, żywy, czysty puls. Co nie znaczy, że nie potrafię docenić innych, bardziej estetycznych w dźwięku form sztuki bo tak nie jest.

Generalnie twój styl nie należy do zbyt skomplikowanych. Bardziej, niczym Fenriz, po prostu walisz w zestaw, niż bawisz się w wirtuozerię. Niemniej jednak, przy okazji płyt Towards Hellfire, pokazałeś światu swoje drugie oblicze. Nagrywanie tych płyt było dla ciebie wyzwaniem?

Ogólnie to nie do końca tak to wygląda. Przynajmniej z mojej strony. Bębny z reguły grają pod gitary, czy wymyślone przez danego kompozytora partie. Dalej jest to, czym zajmuję się ja, i co jest w większości wynikiem tego, pod co mam grać. Stąd, dajmy na to w przykładowo takiej Ohydzie, nie widzę innych możliwości niż te, co tam słychać. Gram to, co czuję, choć , oczywiście, mógłbym kombinować, udziwniać swoje partie. Ale po co? W moim odczuciu straciłoby to granie klimat, czy rdzeń tego, czym muzyka Ohyda ma być. Prawda jest taka że dany riff, partię czy frazę, można wystukać na bębnach na wiele sposobów. I nie jest to kwestia umiejętności, techniki, a właśnie wyczucia i nadania całości odpowiedniej formy. Dawno temu miałem chęci, by więcej kombinować, ale w muzyce, w tym co akurat robię, lubię oszczędność. Choć muszę przyznać, że brałem kiedyś udział w takich progresywno-rockowo-metalowych sztukach, nawet coś kiedyś nagraliśmy. Zaskoczyłoby Cię może to, co tam graliśmy hehe! Co do Fenriza, to tak. Bardzo go cenię za grę i osobowość, lecz w jego grze czuć kunszt i ten punkt uderzenia, wyjątkowe wyczucie i naturalnie wypełnianie partii tą przestrzenią, oddechem, bez niepotrzebnych wpierdalania ozdobników. Podobnie Frost za bębnami ma, i mi to bardzo odpowiada.

Towards Hellfire samo w sobie jest wyzwaniem, bo z Rambo stosunkowo krótko z sobą gramy, ale siadło mi to, co w Towards Hellfire robi, i jakoś naturalnie wszystko leci. Są to oczywiście szybsze nieco partie, których muszę się trzymać, sprawność kondycyjna tu jest ważna, co daje mi czasem odczuć granie tych partii, ale same w sobie nie są aż tak wymagające, lecz zawsze staram się oddać na bębnach klimat riffów, czy przybliżyć tą swoją aurę do tego, co w gitarach siedzi.

Na drugim biegunie leży choćby Cuntfuck. To już jest szczyt prymitywizmu, zarówno pod względem muzycznym jak i wizerunkowym. Komu potrzebny jest zespół grający muzykę wymyśloną w przerwie na papierosa? A może to tylko i wyłącznie prowokacja?

Po części i jedno i drugie. Choć powiem Ci, że tu stosunkowo ciężko się ograniczyć, pozbyć przyzwyczajeń, zagrywek, które, mimo wszystko, chciało by się wystukać, ale trzeba się związać w sobie i trzymać ustalonego kursu. Jak najmniej, jeszcze oszczędniej. Następnym razem spróbuję zagrać jedną ręką i z zamkniętymi oczami, by było jeszcze prymitywniej haha! I, tak, czasem ma się ochotę wjebać kija w mrowisko i wystrzelić fakalcem tym wszystkim skundlonym muzykom pragnącym lansu i poklasku. Choć, zaznaczam, doceniam w wielu przypadkach bardziej wymagające w aranżacjach granie.

Diabolizer / Stormblast

Wspomniałeś o Throneum. Czułeś presję wkraczając na poletko Termonuklearnego Filozofa, jak by nie patrzeć człowieka mającego, poza Tomkiem, największy wpływ na twórczość zespołu.

Ja stosunkowo późno zainteresowałem się Throneum jako takim, i tym, co sobą ta horda reprezentuje. Znałem taki zespół ,rzecz jasna, ale długi, długi czas nie było mi dane z twórczością tego zespołu się zapoznać. Czasem tak jest. Dopiero na koncercie w Poznaniu (pamiętny Old Temple Festiwal 2010), dotarło do mnie co to za piekielny fenomen! Ekstremalne diabelstwo i bezkompromisowość muzyki wypełniła me serce i przetoczyła siarkę przez moje żyły. Rzecz jasna były już podobne zespoły w zasięgu mojego słuchu, ale ten koncert, ten żywioł, ta właśnie, a nie inna chwila... To sprawiło, że mnie opętało. Później losy zespołu wiadomo jak się potoczyły. Kowal wyjechał za granicę, Tomek został sam… W międzyczasie właśnie robiłem jakiś trade z Tomaszem, i choć w zasadzie się nie znaliśmy, to postanowiłem zapytać, czy jest możliwość wejścia na pokład Throneum, skoro Termonuclearny Filozof raczej już nie wróci na stołek perkusisty. Z początku Tomek nie dopuszczał takiej opcji. Ale mi na tym tak zależało, by zespół pozostał aktywny, by dalej rozsiewał swą zarazę z udziałem bębniarza (Tom wiadomo nagrał sam beczki na CACOmethamorphosen), że kilka moich usilnych prób zaowocowało w końcu tym, że Tomasz się ugiął, i poszło! Zaufał mnie, jako osobie, i moim partiom, że zaiskrzyło i zazębiło między nami. Dogadujemy się idealnie na polu twórczym i osobistym. A czy presja jakaś była? Chyba nie. A jeśli była,m to nie pamiętam, by była na tyle silna, by rzadkie ciekło po kolanach. Ogólnie, to jestem człowiekiem nieśmiałym z natury, więc pomijając fakt, że odważyłem się zastąpić Kowala za bębnami, wnikał może z mojej nieświadomości? Hehe! Ogólnie widziałem gdzie się pcham, i zarówno ja, jak i Tomek wiedzieliśmy o tym, że będzie mimo wszystko inaczej. Nie próbowałem usilnie naśladować Kowala i grać tak jak on. Jego cechuje szybkość, taki zwierzęcy, bardziej bestialski sznyt, dzikie uderzenie. Ja tak nie gram. Mimo że gram prosto, to jest to bardziej ułożone, że tak się wyrażę. No i mam inne wyczucie punktu, czy odniesienia w muzyce. Dlatego nie lubię grać położonych już partii bębnów. Zarówno w Throneum czy Hell-Born tak mam, gdy gramy stare kawałki hehe! No i wracając do Throneum, dodam jeszcze, że nasza muzyka wygląda dziś tak, a nie inaczej. Jest era z Termonuklearnym Filozofem, jest i era z Diabolizerem. Niby ten sam zespół, lecz w wielu elementach inny, ale Tomasz to wyjątkowy twórca, i cały czas myślę, że słychać, że to Throneum. Cieszę się, że nie poddałem się wtedy jego odmowie. On chyba też hehe!

Zastanawiam się jeszcze, czy grając w tylu zespołach utrzymujesz bieżący kontakt z głównymi kompozytorami. Dopytujesz, co się nowego się, czy po prostu na luzaku czekasz, aż podeślą ci jakieś materiały do opracowania?

Forgjord „ Ilmestykset” - Oczywiście, że tak. Inaczej być nie może. Zdaje sobie sprawę, że każdy ma swoje życiowe obowiązki i sprawy, ale poza muzycznymi sprawami dzielimy się też osobistymi, na stopie koleżeńskiej. Bywa tak, że milczymy dłuższy czas, ale jest to regularna więź, ciągła, że tak się wyrażę. Z tworzeniem muzyki jest różnie. Z reguły każdy gitarzysta ma już jakieś tam gitarowe pomysły, ale jest też i tak, gdy wybije TA chwila, spotkamy się na sali prób, i wykuwamy wspólnie nowe. I raczej jest to na luzaku, bo ja nie lubię inaczej grać niż z przyjemności, i nie pod kogoś, a dla siebie. Wiadomo, że przyłożyć się trzeba, mieć jaki plan. Najlepiej nadzwyczajny. Dlatego też otaczam się takimi ludźmi ,którzy wiedzą co robią, na których mogę polegać, i którzy wyznają podobną zasadę - nic na siłę.

Osobiste próby z zespołami to częsty przypadek, czy raczej rzadkość? Wiadomo, że dziś można niemal wszystko zrobić „online”.

Z racji tego, że większość z nas ma już rodziny, i jest już w dość zaawansowanym wieku, prób nie mamy dużo. Regularnie gram tylko z Moloch Letalis. Większa część zespołów w których gram, to w zasadzie zespoły nie grające koncertów, więc tu albo dostaję materiał do zrobienia, albo na sali prób coś robimy, a później Bloodwhip szlifuje swoje partie w domowym studio. Z Hell-Born, Towards Hellfire - dostaję partie gitar, przygotowuje w domu bębny, a później kilka razy w roku spotykamy się by to ograć wspólnie, i stwierdzić że jest zajebiście haha! No i przed koncertami jedynie jakaś dodatkowa próba. Z Throneum to tylko materiały online, nie widuję się z Tomaszem. Jak wiadomo będzie okazja w październiku przytulić Wielkiego Egzekutora, nie widzieliśmy się chyba z osiem lat. (Będziemy go przytulać wspólnie, bo też go nie widziałem od „tamtego” koncertu w Poznaniyu. W jakiej konfiguracji, to ustalimy na miejscu haha! Przyp. J.). Także można dużo, na wiele sposobów jeśli się chce. A jeszcze pikawa toczy krew świątyń…Więc się chce!

Twoim zdaniem osoba perkusisty w zespole jest równie ważna co gitarzystów, czy jednak zdecydowanie łatwiej ich wymienić, bo przecież „stukać” potrafi pierwszy lepszy?

Mógłbym odpowiedzieć że skoro gram w tylu zespołach, z tak różnymi ludźmi, to to coś znaczy, i skłaniałbym się do pierwszej części Twojego pytania. I nie chodzi mi tutaj o moje umiejętności, bo za wybitnego i niezastąpionego się nie uważam. Czy osoba perkusisty jest ważna? No bez tego nie byłoby muzyki, więc jest. Pomimo że głównie gitarzysta przynosi muzykę, czy, będąc bardziej szczegółowym, melodie na próbę, to moja w tym rola jak to wybrzmi od strony rytmu, jaki charakter i ostateczny feeling wybrzmi jako cały kawałek, który trafi do słuchacza. Bo z reguły każdy gitarzysta komponując ma już bębny w głowie, i chciałby, by tak a nie inaczej zagrać mu pod gitarę. Ja się tego nie trzymam, i na to się nie godzę, bowiem to moja działka, za którą ja, mój osobisty puls, rytm, odpowiadają. Stąd brzmi wszystko jak brzmi. A uwierz mi, że mógłbym zagrać wiele partii inaczej niż je słychać na którymkolwiek nagraniu, w jakim brałem udział. Więc, tak. Rola perkusisty jest tak samo ważna jak rola gitarzysty czy basisty, wokalisty. To każdy instrument z osobna składa się na całość, którą później słuchacz się raczy, i którą odbiera, na całość zwaną muzyką. Więc w wielu przypadkach o których wiem, informacje podane we wkładce, że za muzykę odpowiada jedna osoba, mijają się z prawdą, są nieprecyzyjne. Muzyka to obraz wszystkich instrumentów razem, za których partie odpowiada każdy muzyk z osobna, lecz tworzących jeden, nierozerwalny monument. Stukać potrafi każdy… A szarpać struny albo drzeć ryja nie?

Zakładam, że najbliższy twemu sercu jest black metal. Zastanawiam się, czy nadal jesteś wierny pierwotnym ideałom gatunku, i w jaki sposób przekłada się to na twoje życie prywatne?

Tak się złożyło, że w momencie gdy po raz pierwszy usłyszałem black metalowy album, którym był w moim przypadku „Panzerfaust”, odmieniło się moje spojrzenie na muzykę, wypełniło mnie wówczas zimno i pierwotna, nieuchwytna ciemność… W ogóle samo pojęcie muzyki się wywlekło na drugą stronę, odwróciło. Czy nadal jestem wierny ideałom? W pewnym stopniu myślę że tak. Bunt, jako taki, chyba nadal jest, choć może nieco zmieniły się narzędzia by go wyrażać. Walka z krzyżem, podążanie swoją ścieżką, fascynacja mroczniejszą sferą natury, próba życia tak, by nie płynąć z prądem… To wszystko gdzieś tam się przewija w mniejszym lub większym natężeniu. Choć czuję też zmiany jakie niesie życie, i łapię się na tym, że moja postawa bywa zbliżona do tej, którą chcieli zaszczepić w ludziach starożytni stoicy.

A tak zwane „wyrastanie” z black metalu… Co dla ciebie oznacza? Ktoś, kto po, powiedzmy, piętnastu, dwudziestu latach sobie odpuszcza, i twierdzi, że to była tylko taka zabawa, traci w twoich oczach, czy jesteś w stanie go zrozumieć?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, choć kilka osób z podobnym podejściem spotkałem w życiu. Dla mnie muzyka sama w sobie, black metal, który mi później nadał jakiś egzystencjalny niemalże kierunek, to część mojego życia z którym nie sposób mi się rozstać, bo przecież ja tu i teraz, wynik tego, co w przeszłości zaszło, miało miejsce. Co mnie ukształtowało na obraz tego jakim jestem dziś, pisząc te słowa. I chyba niezbyt mnie to obchodzi z jakich powodów ktoś odpuścił. Widocznie to pozer jakiś, pizda przygodna haha! Serio, niezbyt mnie zajmują te sprawy. Nie mam zamiaru edukować czy pilnować komu ten zimny płomień północy wpadnie w łapy. Każdy widzi co się stało z tą muzyką, która szybko wpisała się w ramy tak zwanej muzyki popularnej, mainstremu, czy nawet kultury masowej czy narodowej. Widać ten proces był nie do zatrzymania. Tak działa świat, tak działa człowiek.

Szatan. Czym dla ciebie jest Szatan?

Sam już nie wiem, bo przestałem już się nim zajmować jako takim, ale w moim przekonaniu reprezentuje indywidualność, siłę i oświecenie. Wewnętrzny rozwój i próbę sięgnięcia gwiazd, którą powinien każdy przejść. Myślę, że tak jest. Nie jest to nic oryginalnego, ale najbliższy jestem właśnie tym cechom, które uważam że Szatana właśnie reprezentują. Buntownik, odstępca od narzuconego z góry porządku, który nie klęka.

Jaki jest twój stosunek do religii jako takiej. Satanizm też uważasz za religię, czy raczej za światopogląd?

Mam wyjebane na religię z jednej strony, z drugiej jestem pod wrażeniem, co ona potrafi z człowiekiem zrobić. Jak potrafi pokierować tą szarą masą, która tak tłumnie wydaje się uczęszczać do świątyń, nie mając w ogóle pojęcia czym ta religia jest, i co sobą reprezentuje. Mając w ogóle skrzywione, lub kompletnie zerowe pojęcie o dogmatach, które składają się na jej obraz. Mówię tu oczywiście o swoich doświadczeniach i ludziach, którzy mnie otaczają. Na tym buduję swój obraz. I zwisa mi to, czy ktoś w coś wierzy. Niech sobie wierzą w co tam, kurwa, sobie wyobrażą, tylko niech nie wpierdalają się z tym w moje życie, życie państwa, kraju. Może nieco odbiegłem od tematu, ale mamy jak mamy. Satanizmu w moim mniemaniu to nie religia ze sztywno przyjętymi normami, dogmatami czy kodeksem postępowania. To droga, którą każdy sam, według własnych drogowskazów, może przebyć. Choć wiadomo że świątynie i rytuały, cały ten obrzęd towarzyszący modlitwom, z oprawą muzyczną, może wywołać w człowieku poczucie wyjątkowości chwili i liźnięcia pięt tego czy owego bóstwa.

Wróćmy na chwilę do stylistyki. Nie kojarzę, byś kiedykolwiek grał w zespole, na przykład, sludge czy funeral doom. Gdybyś został zaproszony do takiego składu, znalazłbyś w nim dla siebie miejsce?

Besatt” Black Mass”- Myślę, że nie byłoby to dla mnie problemem, bym odnalazł się w takiej specyfice. Popracować musiałbym nad utrzymaniem tak wolnego bicia, bo powtórzę to, co mówi większość bębniarzy – o wiele trudniej jest grać wolno, oszczędnie… Ale byłoby to wyzwanie. I, uchylę tu nieco rąbka tajemnicy, ale coś wolniejszego w planach jest. Czy się uda - czas pokaże.

Jak dużo czasu poświęcasz doskonaleniu swojej techniki? W jaki sposób się to odbywa w twoim przypadku? Masz jakiś kącik w garażu, piwnicę? Co na to rodzinka, że tato stuka do upadłego?

Właśnie że w zasadzie nie poświęcam już w ogóle czasu na doskonalenie swojego rzemiosła. Czasem mi tego brakuje, odczuwam braki, ale bardziej staram się poświęcać swój czas na kondycję, nie technikę. Nie zależy mi na rozwinięciu swojego technicznego wachlarza. To, co osiągnąłem, staram się utrzymać w ryzach, i to mi w zupełności wystarcza. Mam garaż w którym nakurwiamy, sąsiedzi są do tej pory wyrozumiali, więc oby ten stan rzeczy utrzymał się jak najdłużej. Bębny to narzędzie które pozwala mi wyrazić siebie, zabiera w ten magiczny świat dźwięku, którego cząstkę, po swojemu, pragnę następnie oddać maniakom.

Z tym „do upadłego”… Kilka lat temu przeszedłeś rozległy zawał. Powiedz mi, tak szczerze, myślisz że to konsekwencje niezdrowego trybu życia, używek, czy w twoim przypadku genetyka?

Devilpriest „ In Repugant Adoration” - Zgadza się. Minęło już ponad pięć lat od tamtego wydarzenia, i gdyby nie garść tabletek które muszę codziennie spożywać, i wizyty u kardiologa, zapomniałbym o tym hehe! Co do samej przyczyny tego, co mi się wówczas wydarzyło, to bardziej wydaje mi się że genetyka. Dziadek, kuzyn, mieli kłopoty z sercem, co ostatecznie przyczyniło się do ich śmierci. W moim przypadku też było podobnie, z tym, że z jej objęć wyrwała mnie moja kochana małżonka. Gdyby nie podjęła natychmiastowej akcji reanimacyjnej, już bym dawno przemierzał wody Styxu. Dzielna dziewczyna. Z używkami nigdy nie przesadzałem, forma fizyczna była wówczas dobra… Lekarze sami nie wiedzą od czego powstał zator, czy tam skrzep. Oderwała się jakaś płytka w komorze serca, i odłączono mi prąd…

Rzuciłeś alko, albo, że cytując klasyka: „nie wspomnę o innych używkach” ?

Na początku tak. Rygorystycznie przestrzegałem wszystkich nakazów i zakazów. Ale po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę sobie pozwolić na delikatny rausz od czasu do czasu. Te wszystkie diety, zdrowy tryb życia.. owszem, trzeba uważać, choć wiadomo, że nie zawsze to się sprawdza. Okoliczności jest wiele, które przyczyniają się do takiego obrotu spraw. Śmierć jest wpisana w nasze życie, i to tylko kwestia czasu. Nie żebym wychodził tu na jakiegoś mizantropa /nihilistę, który nie dba o swoje życie, ale nie można pozwolić, by te wypadki położyły się cieniem na dalszym życiu..

Kiedy trafiłeś do szpitala, pomyślałeś, że to już koniec grania, czy nigdy nie dopuszczałeś do siebie takiej myśli?

Nie wiem co myślałem, gdy trafiłem do szpitala, bo trzy dni byłem w śpiączce. Kompletna ciemność. Mało tego, byłem już skreślony jako obywatel tego świata. Lekarze żonie kazali się żegnać, nie dawali mi szansy. A jeśli był jej cień, to miał kształt warzywka.. W ogóle, jak się wybudziłem, znalazłem przy sobie taką kartkę z jezuskiem czy maryjką, która na drugiej stronie miała modlitwę dla, czy za, zmarłych!!! Nawet nie pytali mojej żony o to, czy jestem wierzący, czy jak. Namaścili mnie chyba, i chuj! No chyba, że z marszu szedł klecha po Oiomie czy tam taśmowo nas brał… Na szczęście dupa mnie nie bolała. Albo nie wyglądałem mu na takiego, który jeszcze może pożyć haha! Skurwysyny jebane. Ale wydarzył się jakiś cud, którego sprawcą była moja Agatka. Była przy mnie przez cały czas, i wyciągnęła mnie z otchłani bym Wam jeszcze potruł życie swoim łupaniem haha!

Pierwszą myślą była próba ułożenia sobie tego co się wydarzyło, bo kompletnie nic a nic nie pamiętałem. Obudziłem się w obcym miejscu, przywiązany pasami, z plastikową rurką w dydolu, pieluchą na dupie, rurą w gardle... Co, kurwa?! Dalej jakoś już poszło. Krok po kroku. Ot, nie zadręczałem się jakoś, nie użalałem. Trzeba było się podnieść po upadku, i dalej iść, skoro trzeba. Nie poddajemy się.

Co się w twoim życiu po tym wyrażeniu zmieniło? Żona nie truła, że masz sobie dać spokój i wyluzować?

Wiesz co, nie dopuszczałem do siebie jakoś myśli, że coś się może drastycznie zmienić po tym co zaszło. Zacząłem bardzo szybko odzyskiwać siły i sprawność, lekarze prognozowali przyszłość w dobrych barwach. W końcu serce wykute z metalu! Z czasem blizna na sercu stała się niemalże niewidoczna, co też było zaskoczeniem. Testy wysiłkowe, rehabilitacja. Rok siedziałem w domu, zmieniłem pracę na mniej obciążającą fizycznie. Nie miałem powodów by myśleć, że coś się może skończyć, zmienić. Owszem, wszystko co robiłem było robione z wielką ostrożnością, nikt nie wiedział w sumie na co, i jak, mogę sobie pozwolić. Uważaj z tym, uważaj z tamtym... Człowiek w takich sytuacjach jest jak niemowlę. Wszystkiego się uczysz, przechodzisz to pierwszy raz. Ale z czasem też stwierdziłem, że dano mi tą drugą szansę nie po to, by moje życie zdominowane było przez jakieś jebane ograniczenia. Rzuciłem się w jego wir z tą świadomością, że jeszcze wycisnę kilka kropel z tego owocu rozkoszy jakim przecież jest każdy jebany dzień, wgryzę się w jego miąższ, przegryzę pestkę, a moja kochanka w śmierci jeszcze poczeka. Żona zaś wspomagała jak mogła, nigdy nie dopuszczała myśli że odpuszczę, od kiedy wstało znów za horyzontem słońce.

Diabolizer / Necrolucas

Masz już niemal dorosłego potomka. Namawiasz go, by szedł w twoje ślady? Ciągnie go do grania? Do perkusji? Uczysz go?

Zgadza się, to niemalże szesnastolatek już, ale nie, nigdy nie próbowałem go ukierunkować na tak zwany metal. Sam zaczął słuchać, grzebać i drążyć. Z czasem zacząłem go zabierać na koncerty, by zobaczył jak to wygląda od kuchni, co przecież było w moim przypadku spełnieniem marzeń. Ogarnia nam merch, pomaga mi przy dźwiganiu i rozstawianiu sprzętu. Ot, relacje na linii ojciec -syn, plecione metalowymi nićmi. Ale nic na siłę. Staram się by sam sobie drążył życie w ogóle, rzecz jasna, służąc radą, jeśli trzeba. Czy dobrą? Czas pokaże. A do gry to ciągnie go tylko na konsoli hehe! Próbował na gitarze coś dłubać, ale chyba zabrakło cierpliwości. Bez ciśnienia, nic nie musi. Choć warunki, rzecz jasna, ma, sala prób pod nosem...

Koncertów zagrałeś już tyle, że zapewne sam je przestałeś liczyć. Który z nich był dla ciebie wyjątkowy?

Ilość zespołów w których gram nie przekłada się na ilość koncertów, których w sumie aż tak wiele nie było, i w sumie każdy jest, można powiedzieć, wyjątkowy na swój sposób, bowiem służy promocji zespołu, jak i uwolnienia tego żywiołu, ognia, który człowiekowi zbiera się w trzewiach. Ale takie wyjątkowe - wyjątkowe, to na pewno pierwszy koncert, i sraka, która mu towarzyszyła. Grałem jeszcze wtedy w punkowo-rockowym bandzie, i nie zapomnę chwili, jak wyszliśmy przed zebranych tam ludzi.. Do tej pory patrzył na mnie tylko skład zespołu, a tu ludzi tłum hehe! Na pewno pierwsze sztuki poza Wrześnią. Były tam jakieś miasteczka, i wioski nawet, ale pierwszy gigi Molocha w Poznaniu (niestety nie pamiętam z kim)... Dalej, pierwsze koncerty Mordhell czy Throneum. Nie dość, że zespół sam w sobie legenda, ja świeżak za beczkami, to jeszcze pierwszy gig, i to przed Archgoat… Albo jedna scena z Blasphemy! Choć wtedy grono zacnych też grało. Hell-Born pamiętam, przed Romanem i Katem, pierwsze, pełnie obrzydliwości gigi z Nekkrofukk, czy rozpierduchy z Freezing Blood… To były takie chwile pierwsze, bądź z tymi większymi kulciakami, które na pewno wyróżniają się na tle innych. Albo ostania mini trasa Towards Hellfire u boku Martwa Aura… Bardzo fajny wyjazd, mimo wielu przeciwności losu.

Z drugiej strony, zdarzyła się kiedyś totalna klapa? Pod względem frekwencji, dziwnych wydarzeń, osobistej niedyspozycji?

Frekwencyjnie, to zapadł mi w pamięć koncert w Olsztynie. Chyba to był Olsztyn. Lata temu, jakiś mini festiwal, zespoły z Polski i Litwy czy Ukrainy… Okazało się, że nieudolność organizatora zaowocowała tym, że na sali były może trzy osoby. Niektóre zespoły postanowiły zagrać mimo to. My z Molochem wyjebaliśmy jaja. Trzeba siebie szanować. Dziwne wydarzenia? Nie zanotowałem, bądź sobie nie przypominam. Osobista niedyspozycja? Była taka sztuka w Warszawie.. Z chłopakami z Besatt poluzowaliśmy trochę za mocno. Napierdol pod sceną, wóda. Wszędzie wóda. Pawie przed koncertem. Ech… A jak przyszła kolej na nas, to wchodząc za bębny się wyjebałem. Ale zagraliśmy, jakoś poszło. Później już nigdy więcej nie dopuściłem do takiej sytuacji. A okazji, jak wiadomo, było i jest wiele hehe!

Z grania koncertów masz jakieś drobniaki? Starcza choćby na modernizację zestawu? A może we wspomnianym garażu masz już kilka niezłych fur wyścigowych?

Zawsze coś tam wpadnie, choć zdarzają się i wyjazdy po kosztach, tak zwane koleżeńskie. A jak już coś wpadnie, to nie są to kwoty zawrotne. Na pałeczki wystarczy z takiego koncertu, czasem może na kilka naciągów. Zależy od kilku czynników. Zresztą to, co przywiozę nie dorównuje temu, co wkładam w zestaw, nagrania czy tam merch, który od czasu do czasu robimy. A jeśli jeszcze zostanie stówka lub dwie, to i tak daję dzieciakom na czekoladę, czy idzie na koty, którym poświęcamy ogrom środków finansowych. W garażu stoi zaś fura. Jedna, Peral, niemalże z trzydziestoletnim stażem. Wyciągam z niej jeszcze ile moje mięśnie i serce pozwalają hehe! Gram dla przyjemności, ale nie ukrywam, że miło jak ktoś to doceni i wesprze finansowo, i taki wyjazd nie jest wspomagany z własnej kieszeni. Słaby, jak widzisz, ze mnie menager haha!

Jako fan też jeszcze uczestniczysz w różnego rodzaju spędach?

Rzadko. Stosunkowo rzadko do tego, co się dzieje jeśli chodzi dziś o ilość koncertów, które się u nas odbywają. I tych dużych, i tych, rzecz jasna, mniejszych. Zresztą, nawet w przeszłości, gdy tych koncertów było mniej, to nie jeździłem. Zawsze wolałem obcować z muzyką w domu, na osobności, choć oczywiście doceniam walory wyjazdowej przygody. Niemniej doba ma swoje ograniczenia, i trzeba ją dzielić. Stąd, w wielu przypadkach, wybieram ciepły kąt, książkę, rodzinę i koty zamiast wyjazdu na jakiś gig. Wystarcza mi to, że raz po raz gdzieś wyjadę pograć.

Najczęściej całą uwagę na koncertach skupia na sobie frontman. Zdarzyło ci się oglądać koncert, na którym cały show skradł właśnie pracownik fizyczny?

To raczej takie zboczenie jest, że jako bębniarz najwięcej uwagi poświęcam właśnie bębniarzowi. Tak jest za każdym razem, choć rzecz jasna staram się chłonąć całą aurę jaką wytwarza na scenie cały skład. Z kolei frontmani są przereklamowani haha!

Po tylu latach, kiedy trafia w twoje ręce kolejny krążek nagrany z twoim udziałem, czujesz jeszcze jakiś dreszczyk emocji, czy to już tylko „kolejny”, rutyna?

Oczywiście, że gdzieś tam, ten fakt łechta po trosze moje ego. Nie, żebym się brandzlował nad tym stanem rzeczy, bo nie jestem typem gościa, który zasłuchuje się w swoich dokonaniach, ale czuję zadowolenie czy nawet dumę z faktu, że ktoś w te nagrania wierzy, w to co tam zawarte, w to co sobą reprezentują... Inaczej chyba nie znalazłby się żaden wydawca na to. Ogólnie najbardziej lubię proces powstawania, wydłubywania tego dźwięku z kształtującej się materii, by później to ograć i uwięzić w nagraniu. Dalej, jak materiał idzie w świat, to już nie należy do mnie, do nas, jako zespołu, tylko do odbiorców. A skoro Ci są nadal spragnieni tych wszystkich obrzydliwości, i tego łupania, to nic tylko się cieszyć. Wiadomo, że niektóre elementy tego procesu idą niejako z marszu. Człowiek nabywa doświadczenia, przyzwyczajeń, które na pewno z rutyną mogą być utożsamianie, ale cały czas w mej krwi wrze. Ogień jeszcze w kroczu płonie.

A jak podchodzisz do muzyki, tej „z zewnątrz”? Jest coś, co potrafi wywołać u ciebie równie silne emocje co kiedyś, strzelam, „Reign In Blood”?

Northr” Ruinenlust” – Muzyki już tyle się przemieliło, że nic nie przywróci tych dziewiczych chwil, które towarzyszyły w momencie jej odkrywania. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ale są hordy, które wzburzą krew, przyśpieszą bicie serca. Zarówno te, które znasz, jak i te, które słyszysz po raz pierwszy. Pod ręką mam akurat albumy Devilpriest – robię z nimi wywiad. No to jest deathmetalowe szaleństwo i diabelski obłęd na swój sposób techniczny, ale za takim rytualnym mrokiem że chuj. Kłaki dęba stają! Albo ostatni, świeży niemalże, Impure Declaration. No otchłań i zniszczenie! Mógłbym tu przytaczać bez końca, ale nie ma to sensu. Nie są to te same emocje, bo człowiek opity już tymi zgniłymi sokami, ale nadal każdy łyk piekielnej posoki to rozkosz dla mojego metalowego podniebienia.

Poza graniem bawisz się też w zinoróbstwo. Kiedy wzięło cię na Worship Him? Geneza tytułu jest tak banalna jak podejrzewam?

Lata temu, z Wsk, chcieliśmy coś wspólnie zrobić w temacie pisaniny. Ale okoliczności sprawiły, że Cadaveris musiał odpuścić, a ja, mając już część materiału, mimo początkowych wątpliwości, postanowiłem samemu pociągnąć temat. Wsk zaprojektował mi logo, i poszło! Nazwa, jak mniemasz, odnosi się do jednego z ulubionych albumów szwajcarskiego zespołu, a dwa, oddaje też ducha całego podziemia i metalowej sztuki.

Udzielasz czasem wywiadów w imieniu zespołu? Co w wywiadach lubisz, a czego nie znosisz?

Bywa że jestem oddelegowany do tych spraw, choć za każdym razem siadam do wywiadu z myślą „czy ja mam w ogóle coś ciekawego do powiedzenia?” haha! Bo ja, w swoim odczuciu, nie jestem ciekawą osobą. Ale tak ogólnie, to lubię, jak w tym przypadku, gdy wywiad jest przygotowany, nie na odpierdal (Ot, pomaślił, jebany haha! Przyp -j.), z drugiej strony gdy czuć w nim naturalny i szczery powiew tego, który wywiad przygotował. Bez jakiegoś ciśnienia i spiny…

Jesteś na bieżąco z krajową sceną? Zarówno piśmienniczą jak i muzyczną. Jak oceniasz jej kondycję?

Selbstmord „ Mass Murder Elite”- Choć nie staram się być na bieżąco, ilość materiałów, które trafiają w moje ręce, na to nie pozwala. Ale tak uogólniając, to raczej wiem, co w trawie piszczy, jak i gdzie. Rzecz jasna w wielu przypadkach jest to lektura po tak zwanym czasie, ale w tych korytarzach podziemia które przemierzam, wiem kto też podąża, i co sobą reprezentuje. Jeśli chodzi zaś o stan czy poziom naszego podwórka, to jest on światowy. Zresztą zawsze był, bo na ten świat się przecież składamy, ale moim zdaniem mamy bardzo, bardzo silną, ciekawą i płodną scenę muzyczną. I to jeśli chodzi o te większe nazwy w naszym podziemiu, te bardziej rozpoznawalne, jak też i te, które pełzają w tych najniższych korytarzach piekła. W tak zwanym podziemiu podziemia. Piśmienniczo - jest kilka tytułów, które wpadają w ręce od lat, kilku też edytorów, mimo udanych numerów, odpuściło. A szkoda. Najważniejsze, że się dzieje, choć zalewu gówna też nie brakuje, i mimo że starasz się ominąć, czasem w kałużę ścieku wdepniesz.

Metalowcy od zawsze lubili się „kolorować”. Jakie znaczenie mają dla ciebie twoje dziary? Żałowałeś kiedyś, że coś sobie dziabnąłeś, bo z biegiem lat straciło na znaczeniu?

W moim przypadku to podkreślenie jakiegoś etapu życia, bądź oddanie pokłonu artyście, który za tym tatuażem się kryje. Ja nie mam za wielu tatuaży, choć zawsze chciałem. Ale jakoś tak się układało do tej pory, że nie było jakiegoś ciśnienia, parcia. Teraz tak się zastanawiam, pisząc te słowa, i uświadamiam sobie właśnie, że chyba mi już aż tak nie zależy na tym. Będzie okazja to się zrobi , nie będzie - nic się nie stanie. Mam kilka zaledwie, i każda coś tam dla mnie znaczy. I niech to wystarczy hehe!

Poza muzyką masz jeszcze czas na inne pasje?

Staram się dużo czytać, by liznąć mądrości w książkach zawartych, i którą staram się odłupać, by zbudować bastion przed zalewam głupoty i ciemnoty mnie otaczającej z każdej strony. Ciężki to proces, chwilami mam wrażenie, że złudny, ale przynajmniej staram się, by przed samym sobą, gdy przyjdzie chwila, i będę jej świadomy, przyznać się, że się starałem. Choć, oczywiście, najwięcej uwagi zajmuje mi muzyka i wielu przypadkach „nauka” kolejnego, nowego materiału. Do tego, od kilku lat, poświęcamy się z żoną bezdomnym kotom. Udzielamy się w schronisku Wrzosowa KOTlandia, ale też i sami przygarnęliśmy pod swój dach trzynaście kotów, które pożerają portfel i nasz czas. Ale nie narzekamy, rzecz jasna, to nasz świadomy wybór tego, co się z tym wiąże. Tak po prostu mamy. Wolimy sobie odjąć od ryja, a dać tym cudownym stworzeniom dla których niegodziwy los, a już na pewno w większości przypadków ludzka głupota, nieodpowiedzialność i znieczulica, zgotowały piekło. Nie pomyślałbyś nawet z jakimi przypadkami się spotykamy, z czym, co przecież przez człowieka, a więc ludzkie, musimy się mierzyć. Poza tym, niczemu innemu nie poświęcam tyle czasu i uwagi.

Melisa

Jako muzyk czujesz się spełniony, czy myślisz, że najlepsze jeszcze przed tobą?

Na pewno jeśli miałbym odłożyć z jakiegoś powodu pałeczki, zrobiłbym to z poczuciem spełnienia. Cieszę się, że mój skromny wkład przyczynił się do budowy tego pomnika, jakim jest piekielny metal, że położyłem swoją kostkę w ten bruk podziemia. Ale jeszcze nie mam zamiaru rezygnować, więc wiem, że jeszcze trochę czasu przy garach spędzę. I najlepsze jest zawsze to nowe, to co nadchodzi. Inaczej nie miałoby to sensu. Mimo faktu że nie staram się czegoś przeskoczyć czy udowodnić. W tym co robię, stawiam na naturę, szczerość i żywioł. Kalkulacja i planowanie to nie dla mnie.

Jest jakiś zespół, w którym chciałbyś zagrać na żywo w roli bębniarza?

Chyba nie. Nie mam takich pragnień, choć jest kilku muzyków z którymi na pewno chciałbym coś zrobić. Ale doba nie jest z gumy, i ciało też ma swoje ograniczenia których nie przeskoczę hehe! Więc jest jak jest…

Napisałeś się chłopie, czas na odpoczynek. Jaka będzie pierwsza rzecz którą zrobisz po postawieniu ostatniej kropki? Wielkie dzięki, i do zobaczenia zapewne przy najbliższej okazji!

Odpoczynek po przewaleniu takiej ilości słów należy się i Tobie hehe! Zaleta w tym taka, że sobie dawkowałem moje odpowiedzi, więc w sumie nie było to dla mnie męczące (w przeciwieństwie wdo wczorajszej próby z Towards Hellfire haha!), a sam czas spędzony nad wywiadem uważam za wielce przyjemny panie Marcinie! Więc w tym miejscu podziękować chciałbym Tobie, za zainteresowanie tym, co robię, jak i moją skromną osobą. I na pewno niebawem gdzieś nasze mordy się zobaczą, a prawice uścisną! Aha.. I co zrobię po postawieniu kropki pytasz… Na pewno pogłaskam kota.

Trzej przyjaciele z boiska...

 

- jesusatan

 





Toruński Mag jest zespołem… magicznym. Może to banalne stwierdzenie, ale ich płyty, a przede wszystkim koncerty, mają w sobie coś, co winduje odbiór tej muzyki na wyższy poziom. Dwa lata temu, podczas ich pierwszej wizyty w moim mieście, w towarzystwie Las Trumien i Hostia, chłopaki zrobili tak niesamowity szoł, że kiedy tylko dowiedziałem się, iż grają u nas ponownie, natychmiast zakupiłem bilet na ich misterium. A że mnie natchnęło, to się z nimi umówiłem godzinkę przed The Doors, siedliśmy przy piwie (niektórzy z nas pili co prawda bezwoltowe, ale nie będę wytykał palcem), i pogadaliśmy. Nie tylko o magii.

 

Skąd wam się wziął w głowie pomysł na Maga?

Hubert: W sumie to ja miałem takie parcie, żeby pograć doom metal. Wcześniej, z poprzednią, nasze drogi się rozeszły. Chciałem jednak kontynuować granie właśnie w takim stylu. Udało się zebrać  ekipę, i  formuła się troszeczkę rozwinęła, przez różne podejścia, jakieś upodobania muzyczne innych członków. W wyniku tego powstał Mag.

Konstatnty: Tak, motorem napędowym do stworzenia zespołu faktycznie był Hubert, natomiast nazwa jest ode mnie.

H: Ona się idealnie wpisuje w tą konwencją stoner / doomową, ale nie tylko…

K: No nie tylko. Jakieś inne nawiązania też się tu pojawiają. Choćby do Kata, czyli zespołu, który się nazywał trzyliterowo i, że tak powiem, określał bardzo konkretną  rolę. Ale też na przykład to, że przecież było, i co ciekawe, zostało kilka lat temu reaktywowane, wydawnictwo MAG, którym to w zasadzie stała polska fantastyka lat 90-tych. Czy to chociażby magazyn „Magia i Miecz”, zresztą chyba, popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że właśnie za wydaniem Warhammer Fantasy Roleplay, pierwszej edycji,  też stało wydawnictwo MAG. Na pewno za całym „Światem mroku”, bo  mam zresztą podręcznik do gry, a jakże. „Mag: wstąpienie” z roku 2000 czy 1999.  Ale nie przepadam za tą grą, nie lubię systemów pulowych.

Przed Magiem mieliście doświadczenia w innych projektach. Na ile zdobyte w nich doświadczenie ukształtowało was jako muzyków i jaki miały wpływ na kształt Maga?

K: O kurcze,  nie wiem czy to jest do mnie pytanie, i to tak poważnie zupełnie mówię, ale na pewno miało wpływ, w tym sensie, żeby nie robić pewnych rzeczy tak samo.  Skoro jest jeden zespół, to po to jest drugi, żeby działać inaczej. A jeśli chodzi o jakieś takie doświadczenie…  No z całą pewnością!  Cała ta taka sfera "jak być w zespole" i tak dalej, to te zdobyte wcześniej szlify oczywiście miały tutaj jakieś przełożenie.

H:  Na pewno. Dla mnie Mag  to jest drugi projekt. We  wcześniejszych w których grałem, dwóch równolegle, popełniłem pierwsze riffy, pierwsze numery, i wiedziałem, że chciałbym kontynuować tą formułę. Może nie na tyle produkcyjnie, żeby grać numery, które mają dwa takie same riffy po dziesięć minut, tylko trzymać się gdzieś tego rdzenia, ale troszeczkę tą stylistykę rozwijać.


A które zespoły  mają na ciebie największy wpływ, taki świadomy?

H: Na pewno Electric Wizard. To był ten pierwszy zespół, który  upewnił mnie, że na pewno to jest ta droga, którą bym chciał obrać.  Jeśli chodzi o ten przykład, jest on typowy  w muzie doom/stonerowej, natomiast z innych zespołów…  Myślę, że może przy wczesnym Magu, takim zespołem był Ufomammut, czy Yob. To też są zespoły jakby dookoła konwencji, aczkolwiek mam wrażenie, że troszeczkę jednak wychodzące poza formułę. Mają trochę więcej do dopowiedzenia, w pewien sposób rozwijają ten gatunek.

K: Wydaje mi się też, co jest naturalną koleją rzeczy, że ta lista inspiracji i rzeczy, które faktycznie na tej playliście się znajdują, zmieniała przez lata. 

H: Cały czas się tak na dobrą sprawę zmienia, nie? To był jakiś tam punkt wyjścia, ale myślę, że  teraz też wszyscy słuchamy także  troszeczkę innej muzyki. Podstawa gdzieś tam zostaje, ale cały czas eksplorujemy  nowe rejony, i ten gust ewoluuje, co też przekłada się na muzykę, którą tworzymy.

Jak udało się nawiązać kontakt z Piranha Music? Na ile znaczenie miał fakt, że to label dla was lokalny?

K: Wiesz, no, jedynka Maga to jest tak naprawdę dwójka w katalogu Piranhi.  A jedynką w katalogu Piranhi był „Golem” Diuny (poprzedni zespół Kostka. Przyp. –j.) . Była to zatem naturalna kolej rzeczy, że jak już mieliśmy gotowy ten materiał, chcieliśmy żeby wypuściła go właśnie Piranha.

Inicjatywa była ze strony Patryka czy z waszej?

H: Chyba finalnie ze strony Patryka. Trochę to jeszcze zajęło, zanim w ogóle ten materiał wypuściliśmy, od czasu jego zarejestrowania, w takiej finalnej wersji pod względem miksu i masteringu.  Wiadomo, z Patrykiem już się wcześniej znaliśmy,  Kostek miał z nim też inne współprace koncertowe i wydawnicze. My też planowalismy z jednym z wcześniejszych zespołów grać na evencie Piranhi, choć ostatecznie do tego nie doszło. Ale znaliśmy się, jesteśmy kumplami… Patryk w pewnym momencie stwierdził, że chciałby bardziej pójść w stronę wydawniczą, i już po tej naszej płycie to poszło bardzo z kopyta.  Wyszła Hydra, Las Trumien, Tankograt…

Patryk wypuścił wam od razu dużą płytę. Nie myśleliście, by najpierw dać znać o swoim istnieniu za pomocą pomniejszego wydawnictwa?

H: Wypuściliśmy najpierw singiel, który sobie tak z rok hulał po sieci. Zatem daliśmy jakiś znak o sobie. Były jakieś tam drzwi, żeby skorzystać z  innych wydawnictw, ale finalnie wyszło jak wyszło, i myślę, że jesteśmy z tego bardzo zadowoleni, że  tak ta współpraca się potoczyła, że poczekaliśmy z tym troszeczkę i wydaliśmy to w takiej formie. A poza tym, wydaliśmy ten materiał wcześniej, w takim bardzo ograniczonym rzucie, kilku kaset, jeszcze właśnie nie olajbelowanych.  Zagraliśmy koncert, i przy okazji zrobiliśmy sobie tam dziesięć czy dwanaście sztuk, nie pamiętam ile tego było. Ale bardzo mały nakład.

K:  Rzeczywiście bardzo mało, i jest to dzisiaj taki obiekt kultowy. Jest tam też taka, można powiedzieć, „strona B”  tej kasety, która jest w ogóle totalnym artefaktem.

Debiut nagraliście za fundusze własne?

K: Tak, to była nasza inicjatywa. Nagrywaliśmy to w VIP Studio w Toruniu.

H: Tak, z Jackiem Stasiakiem. Wkład w samą produkcję płyty, znaczy nagranie i postprodukcję, był po naszej stronie. Natomiast jeśli chodzi już o samo fizyczne wypuszczenie płyty, mieliśmy tam jakiś wspólny deal dogadany z Piranhą, żeby to było obustronnie korzystne dla nas.

Kto wam zaprojektował logo? Muszę przyznać, że jest wyjątkowo udane i idealnie odzwierciedlające koncept zespołu.

K: No to jest Adam Bejnarowicz, muzykografika. Także on jest odpowiedzialny za projekty okładkowe pierwszej i drugiej płyty. Jakieś tam wytyczne od nas były.

H: Jeśli chodzi o logo, to najpierw był prototyp, który przygotowałem, bo wspólnie ustaliliśmy, że chcemy, by tam pojawiał się ten kapelusz, który idealnie by pasował. Przedstawiliśmy to Adamowi, Adam od razu to podchwycił, zrobił chyba tylko jedną wersję, i od razu wiedzieliśmy, że to jest w sumie strzał w dziesiątkę. Jest ono tak wyględne, że ja bym się chyba nie chciał się z nim rozstawać.

Wiedźmy, czarownicy, magiczne mikstury, to bardziej tematyka filmowa, fantastyczna. Wierzycie w to, że ktoś jeszcze dziś uprawia tak zwane czary?

K: Nie wiem, czy mogę o tym mówić haha! Wiesz, to jest, kurczę, bardzo poważna sprawa. Zupełnie poważnie teraz mówię. Są na świecie kraje, i to do dzisiaj, choć może jakby w perspektywie przemian społecznych, kulturowych, które tam nastąpiły w ciągu ostatnich trzystu powiedzmy lat, w niektórych z tych krajów te przepisy są martwe, ale jak najbardziej wciąż funkcjonują przepisy dotyczące traktowania osób zajmujących się magią, na które można się powoływać. Na przykład Wielka Brytania, gdzie jak najbardziej wciąż istnieją wytyczne dotyczące postępowania z czarownicami. Więc wiesz, to jest bardzo pojemna dziedzina. Jak najbardziej istnieją ludzie uprawiający magię, jak najbardziej istnieją ludzie, którzy nawiązują do starożytnych tradycji chaldejskich. Zresztą, kurczę, choćby w ostatnich pięciu latach, na przykład, na polskim rynku ukazał się Picatrix. To jest taki dwunastowieczny bodajże, pochodzący z Andaluzji, zbiór rytuałów, informacji dotyczących tworzenia talizmanów i tak dalej. I też trudno oderwać tak naprawdę od magii początki współczesnej nauki. Astronomia stała się możliwa dzięki temu, że budowano wieże obserwacyjne do badania nieba pod kątem astrologicznym na przykład, a tacy ludzie jak Benjamin Franklin, który podłożył przecież ogromne podwaliny pod badania nad elektrycznością, bardzo interesował się ezoteryką.  Więc to nie jest tylko i wyłącznie kwestia jakichś baśni czy fantazmów.

H: Ja bym powiedział, że to jest kwestia postrzegania pewnych spraw. Że można jakby te rzeczy, których nie rozumiemy, bo nie mamy pewnych narzędzi  do ich zbadania, jakieś zjawiska niewytłumaczalne, właśnie tak  skategoryzować.

Spotkaliście się kiedyś z takimi właśnie, niewyjaśnionymi zjawiskami osobiście?

K: Z kilkoma owszem, ale nie wiem, czy to jest kwestia magii, czy nadprzyrodzoności, czy sfery odniesienia albo wyobraźni. Albo elastyczności moralnej. Nie bez powodu parapsychologia jest czymś innym od magii. Magia zakłada zmienianie świata podług woli maga. A parapsychologia, czy różnego rodzaju zjawiska fizyczne, które są trudno wytłumaczalne to jest inna para kaloszy. Bo tu trudno mówić o intencjonalności.

Z jakimi reakcjami spotkał się „Mag”? Były jedynie pochlebstwa, czy krytycy też się trafili?

K: Mnie najbardziej z tamtego okresu zapadło w pamięć, że ktoś nas na Last FM-ie otagował jako NSBM, to było bardzo śmieszne.

Szczerze, to bym tego sam nie wymyślił…

K: No to może to jest właśnie ta magia haha! To są te rzeczy, które wymykają się racjonalnemu pojmowaniu i rozumowaniu.

H: Pojawiały się jakieś tam pojedyncze opinie, które były nie do końca przychylne, ale w dużej mierze, były takie, że wow, że ludziom się to generalnie podoba. Myślę, że wstrzeliliśmy się w taki w miarę korzystny okres, bo wydawaliśmy pierwszą płytę w dwa tysiące dwudziestym. I miałem wrażenie, że ludzie w tamtym czasie byli bardzo chłonni, jeśli chodzi o tą undergroundową muzykę. Nie było wtedy tak dużo koncertów, praktycznie w ogóle w pewnym czasie, więc  ludzie sobie jakoś to kompensowali właśnie muzyką. Równolegle z nami było też trochę innych artystów, którzy właśnie w tym czasie wydawali swoje materiały, jak na przykład Dola. I też gdzieś to potrafiło na takie pozytywne opinie.


Wspomniany okres covidowy mocno was spowolnił?

H: Tak, trochę nas to ograniczyło, bo generalnie wydaliśmy płytę i taką naturalną koleją rzeczy byłoby to, żebyśmy pojechali w trasę. I faktycznie taka trasa była zaplanowana, właśnie z wcześniej wspomnianym zespołem Dola, tylko, że covid pokrzyżował te plany. Z całej trasy udało się zagrać tylko dwa koncerty, w Warszawie i Toruniu, gdzie bardzo ciepło nas przyjęli. W Warszawie był sold out, w Toruniu już nie pamiętam, ale też było sporo ludzi.

Kostek, skąd czerpiesz inspirację do tekstów? Sposób ich pisania jest u ciebie nieszablonowy. To bardziej opowiadania niż poezja.

K: Wiesz co, naprawdę zewsząd. Bo jakby każdy utwór wynika z czegoś, i do każdego była inna inspiracja. Bardzo dobrze u mnie działa, gdy znajduję coś zupełnie przyziemnego i trywialnego z życia codziennego, i zastanawiam się w jaki sposób opowiedzieć o tym metaforami, które są spójne z tą konwencją.  Zatem często są  to sprawy przyziemne. Często jest tak („Że nie…” Przyp. –j.), że się zaczyna od jakiegoś artefaktu językowego. Może przy Magu jest tego mniej niż było przy Diunie, czy materiale,  który robiłem z Wędrowcami- Tułaczami -Zbiegami, ale też oczywiście te artefakty językowe gdzieś tam są utrwalone.  Więc tak, chyba najkrótsza wersja tej odpowiedzi, ale jak najbardziej prawdziwa, brzmi po prostu -  z życia.

Zdarzyło wam się, że ktoś z zewnątrz wchodził z wami w głębszą analizę tekstów?

K: Dość często. Ja w ogóle mam wrażenie, że ludzie się uwrażliwili na ten temat przez ostatnią, powiedzmy, przez trwającą i jeszcze poprzednią dekadę. Że gdzieś w międzyczasie opadło to odium, które się kołatało po polskim rynku muzycznym. Mam wrażenie, że jak jest rockowy czy metalowy zespół, to powinien koniecznie śpiewać po angielsku. Dużo w tej materii zmienił zapewne Black Metal z Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

H: Może trochę wyeksponował  ten język polski. Teraz jakby zespoły z naszej rodzimej sceny, które śpiewają w tym języku, są o wiele lepiej przyjmowane. I tam faktycznie odbiorcy się mocno skupiają na tekstach, one zostają w głowie. Później się przekładają na inne rzeczy i jest jakiś taki trend właśnie na śpiewanie po polsku, który cały czas się utrzymuje.

K: Tak, ja nawet powiem jeszcze a propos właśnie takiego wchodzenia w interakcje stricte z tekstami. Nie wiem ,czy pamiętasz, kiedyś jeden użytkownik Instagrama (To nie pamiętam, bo nie korzystam. Przyp. –j.) opublikował taką rolkę, w której przedstawił interpretację utworu „Nekromanta” z drugiej płyty, że to jest utwór o tym, jak prywaciarz wykorzystuje tanią siłę roboczą w związku z tym, że budżetówka płaci niewiele, bo sama ma niewiele pieniędzy. Był taki post i bardzo mi się spodobał. Trochę było w tym takiej interpretacji, że tak powiem, bliskiej moim założeniom, ale jednak było to coś całkowicie osobnego, i bardzo mi się spodobało . To jest właśnie ta słynna śmierć autora. To są bardzo wspaniałe okoliczności śmierci, żeby umierać sobie jako autor.

Ale widzisz, są to niby opowiadania, ale mówisz, że za każdym z nich stoi jakaś historia. No to ja bym się chciał, na przykład, dowiedzieć na temat tekstu do „W tym Domu Wszystko Było Stare”. Bo dla mnie to jest horror story na zasadzie takiego Mastertona, nie Mastertona. Co zatem za nim stoi?

K: Ból i rozczarowanie jest motywem przewodnim, który stał za powstaniem tego tekstu. I właśnie, że tak powiem, bardzo ciemny ogląd przyszłości. I na tym chciałbym tutaj poprzestać.

„Samotnik z Providence” to jeden z utworów na „Mag”. W jaki sposób twórczość Lovecrafta wpłynęła na waszą muzykę, czy ogólnie, twórczość? Bo wspomniana piosenka to przecież nie wyjątek.

K: Ten utwór jest pewnego rodzaju grą. To jest wspaniały autor jeśli chodzi o cały ten sztafaż wyobraźni. Całe wspaniałe imaginarium Lovecraftowskie naznaczyło bardzo popkulturę, i wyznaczyło pewne ramy gatunku. Jest to pisarstwo, które jest też skażone na przykład przekonaniami, przeświadczeniami na temat życia człowieka, który wychowywał się w białej, elitarnej społeczności Nowej Anglii. Choćby do tego nawiązywałem. To jest bardziej taki dialog z Lovecraftem niż hołd. Powiedziałbym nawet, że ten tekst nosi lekkie znamiona satyry. Bo tak jak mówię, oczywiście jest to wspaniałe imaginarium, i tutaj padło chociażby nawiązanie do zespołu Electric Wizard, którego, myślę, że słuchając nas, trudno nie wyłapać. Jeden z utworów tego zespołu nosi tytuł „Dunwich”, a jeden z najbardziej znanych tekstów Howarda Phillipsa, Lovecrafta, to „Zgroza w Dunwich”.

H: Generalnie gdzieś ta literatura lovecraftowa, literatura grozy, bo w sumie nie chodzi jedynie o Lovecrafta, ale też na przykład Edgara Poe, wszystkie te mroczne sfery gdzieś tam się zazębiają z naszą muzyką. Ludzie czegoś takiego właśnie szukają, więc jest to naturalna kolej rzeczy, że te elementy się ze sobą przecinają.

Jakiś czas temu rozszerzyliście skład zespołu. Pod względem koncertowym?

K: Koncertowym, choć wyszło niejako przypadkiem. Nie mogłem wystąpić podczas jednego z koncertów, to był występ przed szwedzkim zespołem Suma, i się okazało, że żeby zastąpić mnie jednego, jest potrzebne dwóch, więc...

H:  Kostas jeszcze wtedy był odpowiedzialny też za obsługiwanie klawiatury. Wtedy nie było na niej aż tak dużo. Teraz już ona jest takim stałym integralnym elementem zespołu.

K: Tak, i to dało jakby asumpt i przestrzeń, żeby te partie syntezatorowe mogły się bardziej rozbujać i mieć bardziej prominentną rolę w brzmieniu zespołu, co na drugiej płycie, myślę, że jednak mocno słychać, w porównaniu z pierwszą.

H: Było to dzieło przypadku, ale stwierdziliśmy, że nam się to podoba, że taka formuła jednak jest bardziej korzystna, więc w to celujemy.

Jak widzicie główne różnice w procesie powstawania „Mag” i „Mag II: Pod Krwawym Księżycem”?

H: Myślę, że nasza formuła zaczęła się bardziej rozwijać. Druga płyta jest zdecydowanie bardziej dojrzała. Tak ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dla mnie, tworzenie materiału na pierwszą płytę Maga to był taki okres, gdzie jeszcze byłem zachłyśnięty tą stylistyką muzyczną, co zresztą słychać, choćby dlatego, że wszystkie kawałki się praktycznie zaczynają od „C”, i cały czas tam buczy, charczy ten przester. Dużo czuję  jakiejś takiej młodzieńczej energii w tych starych numerach. No i potem dwa lata minęły do momentu, kiedy płyta została wydana. A przy pracach nad drugą, była taka potrzeba, żeby to jakoś urozmaicić, żeby dodać coś innego, czasem troszeczkę bardziej zluzować, zagrać na jakimś klinie na przykład, bardziej nastrojowo do tego podejść.

Wasze koncerty faktycznie są przepełnione magią. Moim zdaniem, nie dość, że w sposób idealny potraficie odtworzyć na żywo sam dźwięk, to dodajecie mu niesamowitej scenicznej oprawy. Na ile ważne są dla was koncerty, i w jaki sposób się do nich przygotowujecie? Standardowo? Czy macie swoje magiczne sposoby?

K: Jeżeli standardem jest przygotowywanie materiału w taki sposób, żeby być z nim zaznajomionym i żeby się nie zastanawiać przy każdym dźwięku, na co, może się tak wydawać, jest  trochę czasu w doom metalu. Ale okazuje się, że wcale niekoniecznie. Granie wolno nie jest takie łatwe, jak by się można było spodziewać.

Co najwyżej perkusista może między uderzeniami wyskoczyć na browara haha!

K: Haha! To też jest tricky, bo właśnie jak jest długie oczekiwanie, to ono musi zostać rozładowane w odpowiednim momencie. Bo jak będzie troszeczkę za długo,  to pojawia się cała gama problemów. Więc myślę, że to utrwalenie materiału. Jeśli chodzi o nasze ostatnie koncerty, to przygotowanie do nich jest troszeczkę taka podróżą sentymentalną. Mimo iż gdzieś tam powstają te nowe dźwięki,  nie chcemy jeszcze za dużo zdradzać, stąd też jest to materiał z dwóch pierwszych płyt. (Ale jednak jeden nowy numer na koniec zagrali. Przyp. –j.).

Gdyby ktoś zapewnił wam nieograniczony budżet, co chcielibyście dodać do swojej choreografii, może jakieś efekty? Jak wyobrażacie sobie taki koncert?

K: Hahaha! Słuchaj, no ja myślę, że przy nieograniczonym budżecie to bardzo dużo pirotechniki.

H: Może tak nie odpowiadając wprost, ale a propos scenografii miejsca, myślę, że nasz zespół pasował by do zagrania w takim miejscu jak kościół, gdzie masz dużą przestrzeń, wysoki sufit, czujesz jakąś taką powagę tego miejsca, że ono w jakiś sposób cię przytłacza. W takich warunkach nasza muzyka miałaby okazję ciekawiej wybrzmieć.

Kostek, twój wokal jest niesamowicie silny. Jednocześnie niebywale emocjonalny. W jaki sposób ćwiczysz głos, tudzież, jak dbasz o higienę gardła?

K: Wiesz co, teraz na pewno dbam bardziej niż kiedyś. Na przykład kiedyś byłem ogromnym amatorem papierosów. Już nie jestem. Oczywiście ćwiczę wokal. Choć teraz już nie muszę odkrywać drogi do osiągnięcia pewnych dźwięków, tylko czasami muszę je korygować. Ja po prostu lubię śpiewać i robię to nie tylko na próbach.

Czyli na co dzień też ci się zdarza? Domowników to nie irytuje?

K: Już się przyzwyczaili, nawet zdążyli to polubić. Jak nie śpiewam, to dopiero jest dziwnie. Dokładnie tak. Szczególnie jak odkrywasz jakąś nową muzykę, to aż się chce do niej śpiewać. A z drugiej strony bardzo lubię repertuar, który nie kojarzyłby się z artystą metalowym, i obcowanie z nim bardzo dużo otwiera i pozwala czerpać.

Jakich artystów masz na myśli?

H: Zenka Martyniuka!

K: Haha! To chyba ty. Uważam, że najpiękniejszy głos jaki słyszałem to jest… właściwie trudno wskazać jedną osobę, ale pamiętam nagranie chóru prawosławnego z Bejrutu, w Libanie, gdzie był taki mnich o przepięknym barytonie. Oni wykonują utwory w tradycji prawosławnej, ale w języku arabskim. Przepiękny jest ten jego głos. Jak sobie wpiszesz w platformy streamingowe tytuł „Ihmadou Al Rab”, to jest to właśnie ten przepiękny  utwór. Ja się wzruszam za każdym razem jak go słyszę.

A spotkałeś się z porównaniami do Romana Kostrzewskiego? Poza moją recenzją, w której o tym wspominałem.

K: Bezustannie hahaha! Bezustannie, ale to miłe, bo Roman ma bardzo pozytywne konotacje. Jak chociażby usłyszałem po Red Smoke’u, od kogoś, że on, czy też ona, bo już nie pamiętam, czy to była kobieta czy mężczyzna… Ale mówiła ta osoba, że się poczuła osierocona przez śmierć Romana Kostrzewskiego, i druga płyta Maga jej tą pustkę pomogła zapełnić. Zatem ja się za bardzo nie odżegnuję, aczkolwiek myślę, że to nie jest to samo. Chociaż, oczywiście, nawiązania są, są świadome… Zwłaszcza na pierwszej płycie. Ktoś kiedyś w komentarzach na Youtube napisał, że to jest Kat Sabbath, to pomyślałem „Człowieku, właśnie o to chodzi”.

Będąc jeszcze przy tekstach. „Tryktrak”… Mówi się, że np. Jonas Renske z Katatonia ma tak niesamowity głos, że mógłby czytać „paragon z Biedronki”, a i tak zabrzmi to genialnie (i w sumie z tym się zgadzam, pomijając, że sam zespół od dłuższego czasu gra muzykę im samym uwłaczającą). Skąd pomysł na takiego rodzaju tekst?

K: Wiesz, ja bardzo lubię tę grę! Haha! To jest bardzo dobra gra.

…losowa dla dwóch graczy!

K: Losowa dla dwóch graczy… Ma jakoś z pięć tysięcy lat. Choć tak naprawdę mniej, bo pięć tysięcy to ma gra królewska z UR, która jest przodkiem Tryktraka, ale najstarsze plansze stricte Tryktraczne znajdowane były na wykopaliskach z ery przedchrystusowej. Więc gra bardzo stara, poza tym wiele gier można na tej samej planszy toczyć… I nie jest przypadkiem, że różne książki poświęcone grom na całym świecie, zbiór gier, który jest w nich prezentowany, jeśli nie jest prezentowany w kolejności alfabetycznej, to bardzo często jest to pierwszy tytuł. Jest to gra starsza od szachów, co też jest istotne i ważne. W przeciwieństwie do szachów, z względu na losowość istnieje w niej możliwość, że nowicjusz wygra z graczem bardzo doświadczonym. Stąd też chęć zaczerpnięcia, bo też z drugiej strony, ciekawy przypadek w naszej kulturze, bo jak kilka razy zdarzyło mi się rozłożyć planszę Tryktraka, to ktoś się przyglądał, i mówił „A ty umiesz w to grać?”. Bo Backgammon był grą systemową, na Windowsie 95 czy 98, ale ludzie nie znali zasad. Bo u nas, z jakiegoś powodu świadomość, i zdolność rozgrywania tej gry po prostu się zatarła. I dlatego nie każdy pamięta, że ta gra się nazywa Tryktrak po polsku, a nie Backgammon.

Nie wyobrażam sobie, byście taką muzykę tworzyli bez żadnych wspomagaczy. Macie jakieś swoje ulubione, magiczne specyfiki?

K: Odmawiam odpowiedzi na to pytanie! Haha!

H: Tak, lepiej zostawmy je bez odpowiedzi.

Wracacie do Bydgoszczy po dwóch latach, kiedy to gościliście u nas przy okazji trasy z Las Trumien / Hostia. Jak wspominasz tamten set?

K: Bardzo ciepłe i przyjemne przyjęcie przez publiczność. Bardzo dobre występy, zarówno Lasu Trumien, jak i hostii. A tak w ogóle, to był jedenasty listopada. Święto niepodległości Polski. A dzisiaj na przykład też mamy ciekawą rocznicę, ponieważ gramy w Bydgoszczy w sześćset osiemdziesiątą rocznicę nadania jej praw miejskich. To chyba jest warte odnotowania. Mamy szczęście do grania w Bydgoszczy w ciekawych datach.

H: Tamten koncert ze strony muzycznej wyszedł bardzo dobrze, odbiór też był super. Natomiast personalnie był od dla nas trochę cięższy, bo to był ostatni koncert w składzie, który wtedy funkcjonował. Jednocześnie wieńczył cały rok bardzo intensywnego grania, bo zagraliśmy w dwudziestym trzecim kilka festiwali, kilka pojedynczych strzałów, a to był właśnie finisz.

K: Ja jeszcze chory byłem straszliwie, pół apteki w siebie wpakowałem, żeby być w ogóle w stanie wystąpić. Ale jakoś poszło.

A wolicie grać w małych klubach, czy na festiwalach?

K: Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, nie wiem w ogóle, czy się da. Bo to są dwa zupełnie różne doświadczenia. Tutaj (Over the Under – przyp. –j.) , albo w klubie nawet mniejszym, bo ten jest przecież całkiem spory, jest ta atmosfera intymności, bliskiego kontaktu i takiej konfrontacji ze słuchaczem. Na festiwalu tego nie ma, ale z drugiej strony jest coś, czego w klubie nie ma się zemulować. Takie poczucie rozchodzącej się fali. Szczególnie jak ludzie się bawią, to wtedy to eksploduje i idzie aż pod samo niebo. Dużym walorem festiwali jest też szansa dotarcia do nowego słuchacza. Bardzo dobrze wspominam na przykład nasz koncert na Mystic…

H: Gdzie wtedy ta dziewczyna przyszła ze swoimi rodzicami na koncert…

K: Tak, to jest ciekawa rzecz. Zresztą teraz była kontynuacja tej historii, bo byli teraz też w Poznaniu. Minęły dwa, czy trzy lata, i nadal nas słuchają. Ale całość tego koncertu była niesamowita, bo to był pierwszy występ tego dnia, ostatni dzień festiwalu, więc było szokujące, że tylu ludzi chciało się na niego zwlec o tej godzinie. Bo wiadomo jak jest. Reakcje były fantastyczne, ludzie nas wtedy na bis wywołali! To nas kompletnie zaskoczyło. To był jeden z najlepszych koncertów, jakie mieliśmy do tej pory okazję zagrać.

H: I takim przełomowym, bo on otworzył to całe festiwalowe lato z Magiem. Wcześniej nie graliśmy w tym formacie, bo były to występy w klubach. Trochę się rozsmakowaliśmy w graniu festiwali. Ale odpowiadając na pytanie – ja bym nie wybierał „albo albo”. To i to ma swój klimat. Ja bardzo lubię grać koncerty, czasem mnie nachodzi, że bym sobie w jakiejś małej pipidówie zagrał. Ale to by było dziś cięższe do wykonania.

Jak by nie patrzeć, od „Księżyca” upłynęły cztery lata. Kroi się coś nowego?

K: No kroi się. Ale nie wiem, czy jeszcze troszeczkę nie za wcześnie, żeby o tym mówić, dlatego, że jesteśmy jeszcze przed sesją nagraniową. Studio mamy zaplanowane na ten rok. Nowy skład, więc znowu jakaś ewolucja stylu. Nie jestem recenzentem, i nie mi oceniać własną twórczość, ale myślę, że twarz zespołu Mag jest tam zachowana.

H: Jest cały czas ten sam core, ale zaczęły pojawiać się też nowe ścieżki. Grając co gramy, z założenia osadzamy się w pewnym rejonie, ale też eksplorujemy nowe. Ja to w nowych numerach czuję.

Wspominaliśmy wcześniej o inspiracjach wokalnych. A w odniesieniu do samej muzyki? Coś „niemetalowego” też was czasem inspiruje?

K: Arab techno. Bardzo, naprawdę. Omar Slayman, Ammar 808… Polecam, bo to fantastyczni artyści. Albo Acid Arab, który jest chyba dość regularnym gościem w naszym kraju. Rapowe rzeczy też, jak najbardziej. Ale inne rzeczy też, jak ulubiony chyba Etno zespół doom metalowców, mongolskie Huun-Huur-Tu, jest wspaniałe. Ostatnio wróciłem do ich muzyki, i odświeżyłem sobie ich wspólny album z żeńskim chórem z Bułgarii. Przepiękne są te utwory.

H: Generalnie się nie zamykamy. Osobiście mam ostatnio spore zajawy na shoegaze, albo psychodeliczny rock, co też chyba ma jakiś wydźwięk na nowym materiale. Trochę jazzu, polskiego rocka. Metalu to chyba ostatnio jest najmniej, jeśli chodzi o muzykę, którą sobie sam, intencjonalnie włączam w domu. Więcej mam z nią styczności na koncertach, festiwalach, czy na próbach u znajomych.

Zapytam jeszcze, Kostek, i to nawet śpiewająco, bo wspominaliście o mistrzu Martyniuku, o współpracę z Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi. „Jak do tego doszło nieee wieeem…”

K: Wiesz co, doszło do tego ze względu, że spodobał się nasz koncert na Summer Dying Loud, to tak a propos występów festiwalowych, i docierania do nowych osób. Panowie z Furii nas wtedy mieli okazję zobaczyć, i krótko po tym, minął miesiąc, może dwa, Sars napisał do mnie, że jest taki a taki temat… Dla mnie to było bardzo duża nobilitacja, bo pamiętam, jak odkryłem materiał Duszę Wypuścił, będąc jeszcze licealistą, i to mnie absolutnie zmiotło z planszy. Miałem poczucie, że wow – takiej muzyki, to nikt, kurwa, na świecie nie gra. Potem to się przekształciło w Wędrowców, już razem ze Stawroginem… Tak że w ten sposób to wyglądało. Zostały mi przedstawione jakieś tam ramy i założenia, również informacja, że to będzie ich ostatni krążek. Napisałem teksty, troszeczkę musiałem w ich napoprawiać zresztą, ale to bardzo dobrze, bo to jest fajne doświadczenie być autorem w zespole, gdzie tą ostatnią bramkę cenzorską w tej materii trzyma ktoś inny. Dwa utwory były gotowe wcześniej, jeden powstał w ramach improwizacji, już w studio, czyli „Jak spalić wieś”, który był takim naszym dialogiem…

Słyszałem historię na ten temat, że to była wymiana SMS-ów w nawiązaniu do sesji zdjęciowej  haha!

K: Hahaha! Tak, tak, dokładnie haha! To było u nich, a potem jeszcze pojawiła się moja odpowiedź na pytanie „jak spalić wieś?”, czyli „podłączyć silniczek” i tak dalej… Fantastycznym doświadczeniem było też nagrywanie tego singla, którego nie ma na płycie, to jest rewelacja. Bo ten tekst, który jest w „Agapie” ma kilka interpretacji, kilka linii melodycznych, i akurat to, co zrobił Mateusz w wersji singlowej, jest moją ulubioną. To jest ten styl, że, po prostu, przeciwsłoneczne okulary na skroni, przeciera, i „Parne wieczory końca aa lataaa…”. To jest sztos.

Gdybyście mogli być faktycznie magami, co byście we współczesnym świecie zaczarowali, albo odczarowali?

K: Ja bym chyba chciał, żeby złoto przestało być czymś, co, jak pokazuje nam akurat nauka a nie magia, że złoto najprawdopodobniej pojawiło się u nas jako pierwiastek pozaziemski, coś co spadło z meteorytem… Bym chciał, żeby było więcej złota na Ziemi. Może wtedy ludzie mniej by świrowali na jego punkcie. I innych pierwiastków ziem rzadkich. Czyli zmieniłbym magicznie ekosystem. Nie chcę tu mówić o wpływaniu na ludzi, że gdybym miał magiczną moc, to bym zrobił z nimi tak czy tak, bo mogłoby się okazać, że ludzie działający wedle ściśle ustawionych przeze mnie intencji działają jeszcze gorzej.

H: Wielka moc to wielka odpowiedzialność.

K: Dokładnie tak! Jak uczył wielki czarodziej Wujek Ben haha!

A na scenie, metalowej?

K: Myślę, że scena metalowa jest tak czarodziejska, jak tylko może być. Daje ludziom furtkę, niczym te drzwi w starej szafie do Narni. Ona daje podobną firtkę ludziom, którzy chcą żyć dobrze i w miarę normalnie do tego, żeby czasem mieć kontakt z tym swoim cieniem i tą bestią żyjącą w nas. Ale kontakt taki, który pozwala zostać jej w tej szafie.

H: Mi się wydaje, że w scenie nie ma co na dziś zmieniać, bo jest ona w bardzo dobrej kondycji. Jest coraz bardziej różnorodna, eklektyczna, ludzie są coraz bardziej otwarci na eksperymenty (Mocno bym polemizował. Przyp. –j.).

Wielkie dzięki za poświęcony czas. Rzućcie na koniec jakimś zaklęciem.

K: Oczywiście. Magią to potęga!

- jesusatan

Zdjęcia (w kolejności): Bartosz Filipczyk / Muzyczne Retrospekcje / Karol Makurat / Patryk Młody







Czy w ramach bardzo hermetycznego gatunku, jakim jest war metal, możliwe są jeszcze jakiekolwiek eksperymenty? Czy wojenny metal i techno to dobre połączenie? Jeśli macie wątpliwości, to zapewne nie mieliście jeszcze okazji spotkać się z chorobą DeathEpoch, czyli tworu zrodzonego z trzewi Morgula (dowódcy Putrid Cult) i Lorda Kaosa (tego herbatnika przedstawiać chyba nie muszę). Temu pierwszemu miałem ochotę zadać kilka pytań już po debiutanckim „Abysmal Invocation”, ale temat jakoś się rozmył. Powrócił w chwili wydania kolejnego pełniaka, którego premiera miała miejsce parę miesięcy temu. No to bez przedłużania, poczytajcie, co facet miał do powiedzenia na tematy bardziej, i mniej muzyczne.


Cześć MordŻul. Powiedz, ksywkę sobie wybrałeś, bo zawsze lubiłeś pić na umór? Bo chyba dokładnie to ona oznacza? Czy może się mylę?

Dokładnie tak było. Pamiętaj, że ten, co nie jest w stanie wciągnąć pół litra czeczena na raz, ten nie ma prawa nazwać się mężczyzną, hahaha!

No dobra, sobie pożartowaliśmy, to przejdźmy do rzeczy. Prowadziłeś se legancko swoją stajenkę, która przez lata zyskała określony status na krajowej, i nie tylko, scenie. Skąd ci nagle przyszedł do głowy pomysł na DeathEpoch? Z tego co wiem, to wcześniej chyba niezbyt muzykowałeś.

DeathEpoch to jest nasz, mój i Kaosa, wspólny pomysł, a zrodził się tak naprawdę za sprawą pandemii. Obaj mieliśmy duże przestoje w naszych pracach zawodowych, więc jakoś trzeba było spożytkować wolny czas. K. kupił sobie perkusję do "popykania" w domu, a ja wyciągnąłem swoją gitę, żeby sobie poprzypominać, jak to leciało jakiś "Master of Puppets" czy "Symphony of Destruction". W końcu Kaos rzucił temat, czy jakby nagrał ślady beczek, to czy dogram do tego riffy? No i pewnie, temat został przyklepany. On za jednym dosiadem nagrał beczki, a ja najebałem riffów na kilka płyt do przodu, haha. Razem przy gęstym alkoholu przesialiśmy to przez sito — co się nada i co pasuje, a co jest do wyjebania, później doszły wokale i te wszystkie elektroniczne wstawki, i tak w ciągu niemalże jednego weekendu zrobiliśmy całe „Abyssmal Invocation”.


Myślałem, że to bardziej ty zaprosiłeś Kaosa. Bo wiadomo, Nekkrofukk jest w określonych kręgach w chuj popularny, i DeathEpoch jakoś by się pod tą nazwę podpiął. A przynajmniej byłby to idealny slogan reklamowy.

Tak jak wspomniałem powyżej, to jest nasz wspólny zespół, nie ma frontmana, dzielimy się robotą na pół. I nikt nikogo nie zapraszał, bo my z Piotrem jesteśmy jak bracia, także tu sprawa była jasna, że jeśli już mam wrócić do grania, to albo z nim, albo wcale. To nasz wspólny projekt, tu nie ma kapo i wyrobnika. Kaos robi swoje, ja swoje i później to wspólnie staramy się połączyć w całość. Wiadomo, Piotr to jest muzyk pełną gębą i jego warsztat bije mnie na łeb, więc on robi perkusję, wokale, elektronikę oraz oprawę graficzną, ja tylko gitary. Tak po prawdzie, nie planowaliśmy tego na początku nawet wydawać, tylko mieć taki swój stuff z szuflady do posłuchania dla siebie i znajomych. My gramy właśnie taką muzykę, którą sami chcemy słuchać i daje nam ona satysfakcję, bo na rynku nie ma drugiego takiego tworu. Przysłowiowo: żeby napić się piwa, zrobiliśmy sobie browar, haha! No ale właśnie, wracając: gdy wysłaliśmy to kilku kumplom, to wszyscy reagowali tak samo: "Ooooo kurrrrwaaaa!", i po takiej recenzji nie sposób było zagrzebać tego demona, więc puściliśmy go w świat.

Warmetalowe klimaty to nie gatunek, który jest w stanie zagwarantować, nazwijmy to ogólnie, popularność. Jest dość oklepany i przewidywalny. Wam jednak udało się nieco odświeżyć jego formułę. Czyim pomysłem było zmieszanie Blasphemy z podziemnym niemieckim techno, że tak sprawę uproszczę?

Nikt nie liczył na popularność, zresztą tak jak mówisz, czas War Metalu już dawno minął, jednak to jest ta energia, która płynie w naszych żyłach i która najbardziej z nami współgra. Dużo nakombinowaliśmy z tymi stylami, nie ma nudy ani w tworzeniu, ani w słuchaniu, więc w tej sytuacji DeathEpoch ani oklepanie, ani przewidywalność kompletnie nie grozi. Obaj słuchamy sporo elektroniki i obaj chcieliśmy zmieszać te dwa gatunki. W sumie to dwa najbardziej ekstremalne odmiany muzyki, więc pasowały nam jak ulał do tego, by jak najbardziej zbliżyć się do apokaliptycznego klimatu.

Nie bawiliście się w demo, EP-ki - srepki i tym podobne, tylko od razu zrzuciliście atomówkę w postaci pełniaka. Dlaczego tak?

Tak jak pisałem powyżej, puściliśmy jak z rękawa masę materiału, więc szkoda było to dzielić, tym bardziej że „Abyssmal” to bardzo spójny i przemyślany album. Krótsze materiały poszły na splity.

Nagrywając „Abysmal Invocation” nie miałeś tremy przed objawieniem światu swojego „talentu” haha? Paluszki nie drżały?

Trema? Przecież to miała być muza do szuflady. „Abyssmal Invocation” to nie był pokaz talentu, tylko wyplucie wszystkiego, co gnije w środku. Tam nie chodziło o to, żeby komuś się spodobać, tylko żeby oczyścić gówno z duszy. Ten materiał powstawał w dość zamkniętym stanie umysłu — było dużo alkoholu, improwizacji, intuicji, ciężaru duchowego. Nie mieliśmy planu, jak to ma brzmieć „na zewnątrz”. Robiliśmy swoje: rytualnie, organicznie, instynktownie.

Płytę wydałeś sam. Kurwa, pójście na łatwiznę. Próbowałeś rozsyłać jakieś promo do innych labeli, by przynajmniej sprawdzić, czy ta muzyka jest w ogóle warta funta kłaków?

W dzisiejszych czasach większość labeli jedzie na tym samym wózku, mimo że patrząc z boku jako laik, możesz pomyśleć np. że taki OSMOSE to moloch i niewiadomo jak tam wszystko schodzi. A rzeczywistość jest taka, że oczywiście jest to świetny label z kultowym statusem, ale czasy świetności ma za sobą, bo to już nie są czasy na sprzedaż metalu. Żeby nie być gołosłownym, zwróć uwagę, że wydali przecież przezajebisty album Mord „Necrosodomic Abyss” 17 lat temu w limicie 500 sztuk winyli, przeceniali je już setki razy, i do tej pory nie mogą się ich pozbyć, haha! A takich przykładów wydawnictw, które leżą latami, nawet w tych dużych labelach, są setki, jak nie tysiące. Mało tego, zobacz, że nawet ci "duzi" wydawcy wydają już limity 300 sztuk, bo wiedzą, że to nie zejdzie i myszy będą pierolić się w pudłach z płytami, haha! W dobie Internetu każdy, kto chce dotrzeć do danego zespołu, to wyciągnie go nawet z największych odmętów undergroundu. Więc tak naprawdę więcej plusów było po stronie wydania DeathEpoch samodzielnie. Było kilka ofert z dużych wytwórni, ale warunki nie były korzystne. Teraz przynajmniej sam trzymam rękę na pulsie

Wspominałeś, że pierwszy odzew był zaskakująco dobry. Po wydaniu, więcej pozytywnych opinii dostaliście z kraju, czy ze świata?

Tak, odzew był bardzo dobry. Jak wspominałem, odezwały się duże wytwórnie i padły nawet oferty koncertowe, m.in. trasa z Denial Of God, no ale to był czas pandemiczny, a my i tak mamy w dupie granie koncertów. DeathEpoch to zespół dwuosobowy i tak zostanie do końca. O dobrym odzewie świadczy też fakt, że to wszystko wyprzedaje się na pniu i leci głównie za granicę.

A trafił się jakiś pederasta podobnie uszczypliwy co ja, w temacie promowania nowego zespołu ze względu na obecność w składzie Diabła z Nekkrofukk?

Eeeee nie, jesteś jedynym intrygantem hahahaha :)

Wspomniałeś, że Kaos tworzy oprawę graficzną. Dostaje od ciebie jakieś wskazówki, czy ma wolną rękę?

Kaos jest odpowiedzialny indywidualnie za wizualną stronę DeathEpoch. Zna się na tym znakomicie, a że mamy podobny gust, więc nie wcinam mu się w robotę, bo wiem, że zrobi to najlepiej.

Powiem szczerze, że lekkim zaskoczeniem był dla mnie wasz split z Sathanas, bo to, jak by nie patrzeć legendarny band, a wy dopiero raczkowaliście. Jak doszło do współpracy?

Paul Tucker napisał do mnie pierwszy z ofertą splitu. Dostał od jakiegoś swojego kumpla sztukę „Abysmal” i, jak twierdzi, został rozjebany na łopatki. A że Sathanas to zespół zahartowany w podziemnych bojach, to znają realia rynku i nie mają wymagań na miarę zespołu swojej klasy, więc szybko dobiliśmy targu. Ten split napawa nas wielką dumą, bo  tak jak mówisz  to jest zespół kultowy.

Chwilę wcześniej był też split z Upon the Altar. Znów, to była wasza czy ich inicjatywa?

Split z UTA wyszedł trochę przy okazji. Bartek napisał do mnie, czy nie mam jakiegoś zespołu poruszającego się w klimatach black/death, który pasowałby klimatem do ich materiału, a my akurat w tym czasie kończyliśmy swoje kawałki. Więc obaj stwierdziliśmy, że to będzie najlepsze połączenie dla obu kapel. Wydaje mi się, że wyszło bardzo ciekawie , bo oba zespoły poruszają się w gruzowej stylistyce, a jednak bardzo odległej od siebie, co powoduje, że na tym krążku bardzo wiele się dzieje.

Jeśli chodzi generalnie o splity, to jakie masz do nich podejście? Jakie warunki musi spełniać drugi zespół, żebyście zdecydowali się dzielić w nimi płytę? Bardziej braterstwo muzyczne, czy ideologiczne?

Split w naszym wykonaniu to nie akt współpracy, klepania się po plecach, umawiania na piwko itp. Tylko wspólne splunięcie światu w twarz. Nie szukam braterstwa, nie potrzebuję zgody. Ma być gniew, nienawiść i rozpierdol. Jeśli drugi zespół czuje ten sam stan, ten sam wstręt do tego, co dookoła , wtedy możemy razem zacząć taplać się w wspólnym bagnie. Ale żadnych kalkulacji, żadnych uprzejmości. Split to krótka chwila, kiedy dwa organizmy żrą się nawzajem i wypuszczają to, co w nich najbardziej zepsute. To wojna na jednym polu bitwy,  gdzie albo stoicie po jednej stronie barykady, albo walczycie ze sobą. Albo jesteś częścią tej wojny, albo jesteś turystą. A z turystami nie dzielimy materiałów.


Wspominałeś, że koncertów grać nie będziecie. A może jednak, z czasem, chcielibyście udowodnić, że nie tylko Bolzer potrafia w duecie roznieść na strzępy. Albo dokooptujecie sobie jednak kogoś do składu?

Nie myślimy o koncertach DeathEpoch. To projekt całkowicie studyjny. Obaj z Piotrem dogadujemy się najlepiej i nie przewidujemy powiększenia składu. Poza tym obrośliśmy już w kapcie, więc warunki domowe w naszym wypadku tworzą najlepsze środowisko do siania plugastwa. Zresztą koncert źle by się skończył dla wszystkich. Przy tak ekstremalnej muzie i alkoholu, milicja byłaby na miejscu już po drugim kawałku, haha!

Satanistyczna symbolika to dla was tylko symbolika, czy coś głębszego?

To nie jest żadna symbolika, to jest manifestacja nienawiści. Krzyże, kozy, ogień, odwrócone świętości - to nie ozdoby, tylko broń. To jest nasze splunięcie na wszystko, co święte. Satanizm to nie idea - to instynkt. To wyraz całkowitego odrzucenia tego, co nazywane jest światłem, porządkiem, ładem, boskim planem. Symbolika to język - narzędzie, którym komunikujemy nasz brak wiary w jakikolwiek ład wyższy poza wolą jednostki. I jeśli coś z tej symboliki rezonuje, to nie z powodu estetyki, ale dlatego, że to głos czegoś pierwotnego i nienawistnego, co od zawsze czai się pod skórą. A my to tylko wypuszczamy na wierzch. My nie wierzymy w Boga. My wierzymy w spalenie jego świątyni.

Przed chwilą premierę miał wasz drugi pełen krążek. Jak zauważasz zasadnicze różnice między „Abysmal Invocation” a „Legalize Satanic Murder”? Zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i twórczym.

„Abysmal Invocation” to efekt improwizacji,  budowania utworów w czasie rzeczywistym, bez rozpisywania, kminienia, planowania aranżacji itp. Surowy, brudny i pełen negatywnej energii. To był czas, kiedy szukaliśmy swojego brzmienia i formy, więc płyta jest bardziej chaotyczna. Jest tam sporo przestrzeni, eksperymentowania i klimatu. To taki kocioł, w którym mieszaliśmy swobodnie wszystkie nasze najlepsze pomysły. Poza tym,  jest przesiąknięty upiorną atmosferą apokalipsy, czego nie mają pozostałe materiały.

„Legalize Satanic Murder” to krok do przodu. Płyta jest bardziej przemyślana i lepiej zagrana, mega brutalna, ciężka do granic możliwości. Tu skupiliśmy się na ciężarze, motoryce i bezlitosnym groove, a mniej na atmosferze i ambientowych wstawkach. Jest dużo death metalu, a mało power electronics, haha!

Chcielibyście aby satanistyczne morderstwo stało się prawnie dozwolone. Jaki w tym sens? Komu to potrzebne, a dlaczego?

Oczywiście, jest wielu ludzi na świecie, którzy stanowią bezmózgą ludzką papkę - nie mają swojego życia, wartości, a jedynie cały czas wpierdalają się na chama tam, gdzie nikt ich nie chce. Są nierobami, pasożytami rodzin, swojego otoczenia i systemu. Żerują na wszystkich, trollują, podpierdalają i syfią dookoła, a na końcu uważają, że wszystko się im należy, bo żyją  i zabierają innym tlen. Więc chyba najlepiej sprawdziliby się, dekorując okładkę metalowego zespołu swoim rozfiletowanym truchłem, lub stając się karmą dla psów, haha! Nie powiesz mi, że nie znasz w swoim środowisku ludzi, którzy nadają się jedynie do spełnienia tej funkcji i nikt by nawet po nich nie zapłakał, haha!

Ukryta ścieżka zawiera coś na kształt coveru Ramones. To bardziej prowokacja, celowo odmienna stylistycznie przeróbka, czy, kurwa, co?

Tak jak mówisz,  to coś na kształt coveru, ale coverem nie jest. Podoba nam się szkielet tego utworu. Jego motoryka i trzy riffy na krzyż, haha! Pasuje idealnie pod przeróbkę war metalową. Dlatego dojebaliśmy tam ostrego wojennego gruzu, teksty o skórowaniu ludzi  i wyszła z tego kanibalistyczna przeróbka Ramones, haha!

Na ile istotne są dla was teksty DeathEpoch? Pytam, bo… Po pierwsze, i tak nikt ich przy bulgocie Kaosa nie zrozumie, i dwa, nie ma ich na wkładkach.

Teksty mają olbrzymią rolę  stanowią integralną część utworu oraz cały koncept: w którą stronę iść z klimatem, a co za tym idzie, wstawkami, brzmieniem itd. Każdy numer opowiada jakąś historię albo jest preludium apokaliptycznych wizji,  i to wszystko ma swoje odbicie w muzyce, nastroju i lirykach. Bez tego utwór jest jak wydmuszka. Zresztą Kaos też musi mieć co bulgotać, a nie jakieś bezsensowne „uła buła”. Wiesz numer, który opowiada o seryjnych morderstwach, nie będzie miał klimatu i wstawek ambientowych np. z Czarnobyla. To wszystko musi się po prostu składać w jedną, dobrze zgraną całość.

Myślicie, że w obecnym systemie politycznym, zespoły pokroju DeathEpoch czy Nekkrofukk mogą spać spokojnie? Nie obawiacie się, że po powrocie do władzy prawicowych oszołomów (co według mnie jest nieuniknione) ktoś zacznie się wam dobierać do dupy?

Eeee, nie. Podziemie to na tyle nisza w niszy, że nawet przeciętny metalowiec nie jest w stanie dotrzeć do takich zespołów. A co dopiero jakieś dziwne służby? Zresztą komu by się chciało i co by to miało na celu? To jest zbyt marginalna szkodliwość społeczna, żeby komukolwiek chciało się ruszyć dupę, haha! A co by on niby zarzucił? Że wokalista nawołuje do nienawiści i zbrodni, bulgocząc niezrozumiałe teksty? Hahaha :)

Wspomniany skręt w prawo z jednej strony wcale mnie nie dziwi. Bez sugerowania z mojej strony, pod jakim względem, sam się na ten temat wypowiedz.

Świat robi się niepewny, ludzie się boją  i wtedy zaczynają szukać "silnej ręki", prostych rozwiązań, kogoś, kto powie: „będzie tak i chuj”. Mamy inflację, wojny za granicą, kryzysy energetyczne, imigrację, której nikt porządnie nie ogarnia to wszystko się ludziom kumuluje w głowach. A jak do tego dochodzą ci wszyscy politycy, którzy latami tylko jebali o wartościach, a potem robili przekręty... No to ludzie mówią: „Pierdolę to, nie wierzę już w tych miękkich gości. Dajcie kogoś, kto przynajmniej wali prosto z mostu, nawet jak trochę przegina”. Z imigrantami  to samo. Jak ludzie widzą, że gdzieś we Francji czy Niemczech jest chlew i strach wyjść wieczorem, to potem głosują na tych, którzy obiecują „jebać migrantów”, „bezpieczne granice” i tak dalej. A teraz jeszcze ten cały klimat, blackouty, normy unijne, zakazy, nakazy… Ludzie mają dość. I jak ktoś krzyczy: „jebać Brukselę, wróćmy do swoich spraw” to ludzie klaszczą. Bo mają dosyć bycia ciągle na kolanach. A że z tego wszystkiego polityka skręca w prawo? No tak  bo to prawica dzisiaj obiecuje „siłę”, „tożsamość”, „obronę granic”, „koniec z uległością”. Lewica gada o równości i tolerancji, ale nie ogarnia, że ludzie chcą po prostu czuć się bezpiecznie i godnie żyć. A że jedni i drudzy kłamią  to już inna para kaloszy, haha!

Co cię najbardziej wkurwia w polskiej scenie metalowej?

To, że jest podzielona, skłócona i najbardziej niedoceniona przez… polskich fanów. W Polsce od lat na scenie panował syndrom „kogucika”. Każdy stroszył swoje piórka, uważał, że jest jedynym true, a wszyscy inni to pozerzy. Przez to powstawały (i wciąż powstają) bezsensownie wrogie sobie nawzajem obozy, które teraz nie walczą na pięści, tylko podkładają sobie świnie na socjalach albo obsmarowują sobie dupy w towarzystwie. Traci na tym cała scena, bo "polaczkowatość" trawi ją od środka. Zamiast wspierać polski underground, teraz jest moda na szyderę: „że serek”, „że cebulka”, „że zagraniczne metale to ho ho zajebiozka”, itp. A tak naprawdę polski metal ma na świecie bardzo silną pozycję. Tyle że "my", jako „metalowe społeczeństwo” tego kraju, podcinamy temu gatunkowi gardło. Zajebiste płyty się nie sprzedają, bo mają znaczek „Made in Poland”. Zobacz, poza kilkoma dużymi eksportowymi nazwami, mało który zespół z Polski jest zapraszany na zagraniczne festiwale. Nie ma zastępowalności pokoleń wśród zespołów pierwszej ligi, i nawet te najbardziej wartościowe kapele zostają niezauważone przez brak wsparcia, promocji i przez tę całą modę na jebanie wszystkiego, co polskie. 

Z czego jesteś w życiu najbardziej zadowolony?

Zadowolenie to cecha maminsynków. Twardziele mogą się tylko wkurwiać, hahaha!

Wiem, że nie znosisz słowa pozer. Dałeś kiedyś komuś za takie określenie w mordę?

Eeee tam, ja sobie zazwyczaj jaja robię. Ale faktycznie ostatnio na "Legacy Tour” w Lublinie, w 2017 roku, gość chciał sobie pożartować i przykozaczyć w gronie znajomych, i mu się wymsknęło… Wtedy mocno tego pożałował.

Jakie plany na przyszłość?

Jeśli chodzi o DeathEpoch, to żadne. My nic nie planujemy. W momencie kiedy robactwo zacznie patroszyć mózg, wtedy będzie trzeba wpuścić je na wolność.

Błyśnij na koniec elokwencją, i powiedz coś mądrego. To nie musi być myśl własna, może być jakiś oddający twój sposób myślenia cytat.

Jak nie musi być moje, to zaśpiewam piosenkę w stylu leśnego black metalu pt. „Leśne Jebaki”

 

Pod lasem na polanie, leśniczych stało trzech,
Jebali w dupę konia, aż biedny konik zdechł.
Złapali też zająca, jebali go bez końca,
A zając kitą fikał, łapczywie spermę łykał.

A zając kitą fikał, łapczywie spermę łykał, uuu...
Gdy pierdolili lisa, a lis miał syfilisa,
To pały im ściemniały, a jaja zaśmierdziały.

Hahahahaha!

 

Hahaha! Rozdałeś! Dzięki za twój czas, mordzio ty moja! Hail Satan!

Dzięki również, Brachu! HS!

 

- jesusatan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.