ZAKŁADKI

piątek, 30 stycznia 2026

Relacja z koncertu Death Worship / Fides Inversa / Kringa w Poznaniu

 

Death Worship / Fides Inversa / Kringa

23.01.2026 – Poznań, Pod Minogą

Wieści o planowanych w ramach trasy „Death Knocks at the Eastern Gate” trzech koncertach Death Worship na polskiej ziemi dotarła do mnie dość późno, i w sumie całkiem przypadkowo. Jako iż dwa poprzednie występy Kanadyjczyków, których przyszło mi doświadczyć circa trzy lata temu, zmiotły mnie z powierzchni ziemi, postanowiłem działać szybko, by na czas uzgodnić wszelkie niezbędne szczegóły logistyczne. W międzyczasie zapoznałem się też z wydawnictwami kapel mających ekipę Forstera supportować (no, nie, nie miałem wcześniej okazji poznać, z przyczyn obiektywnych), co jeszcze bardziej mnie zmotywowało i zaostrzyło apetyt. A jak się człowiek nakręci, to wiadomo, że stanie na głowie, by, nawet mimo niesprzyjających okoliczności, na taki event dotrzeć. Zatem dwudziestego trzeciego stycznia, po raz drugi w tym roku, wsiedliśmy z moim serdecznym przyjacielem (od kieliszka też) do automobilu, i po lekkich perturbacjach związanych ze znalezieniem w centrum Poznania miejsca parkingowego, zjawiliśmy się niemal punktualnie (bo nawet chwilę wcześniej) przed bramą Minogi. Trochę przewrotna to nazwa lokalu, bo niby „pod”, a jednak trzeba wleźć na górę. Zatem browar w dłoń, i ruszamy po schodach, pod scenę.

Ta do dużych nie należy, ale to właśnie dzięki owej kameralności tą miejscówkę ostatnimi czasy polubiłem. Jako pierwsi, zgromadzonej dość licznie gawiedzi, zaprezentowali się Austriacy. Ich image dość mocno odbiegał od typowych, blackmetalowych standardów. Panowie bardziej przypominali muzyków, którzy urwali się z lat osiemdziesiątych. Wokalista ubrany w zwykły szary, wyglądający jak znaleziony w dziadkowej szafie sweterek, z klasycznym wąsem, rodem ze starych niemieckich pornoli, i jakimiś koralikami na nadgarstku, z każdą chwilą coraz bardziej czarował i wprowadzał w trans. A to bujał się z lewej nogi na prawą, a to przyjmował niecodzienne pozy z gitarą, no i przede wszystkim „mówił językami”. A przy okazji wyglądem skojarzył mi się, jakoś tak, z typem z Thin Lizzy. Te wszelkie czystsze wokale, które początkowo lekko mnie drażniły z płyty, przybrały w tym przypadku całkiem innego wymiaru i znaczenia. Muzyka Kringa to nie czysty drugofalowy black, a dźwięki bardziej inspirowane pierwszą falą, coś na podobiznę Malokarpatan, połączone z niecodziennym, lekko rytualnym, czy też transylwańskim klimatem. Na żywca żarło to niesamowicie, a biorąc pod uwagę, z jaką lekkością i naturalnością muzycy swoje kompozycje odegrali, można było faktycznie poczuć się niczym na jakimś podziemnym, potajemnym misterium. Tym bardziej, że panowie nie bawili się w zagadywanie publiczności, a po prostu grali numer za numerem, głównie z drugiej płyty, tej bardziej pokombinowanej. Zdecydowanie Kringa dali radę, na tyle, że zaraz po ich występie pobiegłem na zakupy.

Fides Inversa mieli w składzie jednego zawodnika więcej, zatem dla nich miejsca na deskach było faktycznie niewiele. Może z tego powodu, ruchu scenicznego było podczas ich recitalu nieco mniej. Piszę „nieco”, bo za pozostałą czwórkę, ograniczającą się do pomachiwania czuprynami, nadrabiał Wraath. Facet jest fenomenalnym frontmanem, no i jako jedyny, na przestrzeni całego wieczoru, popijał winko, niczym klasyk Peter Steele, a nie jakąś „niegazowaną”. Bardzo szybko też zachęcił zgromadzonych do wspólnej zabawy, i pięści powędrowały rytmicznie w górę. Muzyka Fides Inversa jest zdecydowanie intensywniejsza niż w przypadku poprzedników, zatem ze sceny lała się autentyczna, satanistyczna wściekłość. Chwilami natężenie dźwięków mogło przypominać zamieć, przy której zaprawdę ciężko iść, czy nawet patrzeć, pod prąd. Tutaj mały kamyczek do ogródka nagłośnieniowca, bo gdyby tak ustawił gałki nieco ciszej (ale dosłownie kapkę), przekaz „Włochów” byłby jeszcze bardziej wyrazisty. Niemniej jednak, trup ścielił się gęsto, a Szatan tańcował pod umownymi „barierkami”. Panowie polecieli przekrojowo, choć, co oczywiste, z naciskiem na „Historia Nocturna”. Mówiąc szczerze, koncert ten przypomniał mi fenomenalną formę Marduk, kiedy to jeszcze mieli na pokładzie Legiona i Fredrika, i w zasadzie rozdawali na koncertach jak nikt inny. Fides Inversa dali naprawdę wyborny pokaz blackmetalowej mocy, a na koniec wbili się w tłum i ostatni numer kończył się ogólnym moshem. Mocarny wykurw!

O Death Worship można by pisać wiele, ale i tak słowa niekoniecznie oddadzą to, co Kanadyjczycy prezentują na żywo. Bo czymże jest śmierć, zniszczenie, pożoga w porównaniu z war metalem w ich wykonaniu. Deathlord of Abomination and War Apocalypse ubrany w czarną kominiarkę, zapowiadał charczącym głosem poszczególne ataki, a następnie wyrzygiwał z siebie żywy napalm. Sporych gabarytów basista, znany zresztą także z występów w barwach Blasphemy, czy macierzystego Bloody Vengeance, zajmując połowę sceny dorzygiwał miejscowo swoje, tworząc swoisty wokalny dwugłosowy huragan. W tle, broń szybkostrzelną obsługiwał Exesor (także Bloody Vengeance), a cała trójka gitarzystów, w umorusanych jakąś czarną mazią gębach, pasach z nabojami, katowała swoje instrumenty z zawziętością szaleńca. Kiedy z sufitu spadało czerwone światło, wszyscy wyglądali, jakby wyszli z jakiegoś bagna, albo właśnie skończyli taplać się w posoce. Bezlitosne kanonady przerywane były oczywiście klasycznymi zwolnieniami, przy których ściany klubu trzęsły się w posadach. Brzmienie panowie ustawione mieli niemal idealnie, dzięki czemu każdy numer stanowił pierdolnięcie na miarę uderzenia bomby atomowej. Cieszył fakt, że większość przybyłych do klubu, to nie były osoby przypadkowe, a prawdziwi maniacy, którzy nie stali jak słupy soli, tylko darli mordy przy „Invocation Chamber”, albo żeby „napierdalać”. Myślę, że gdyby „wypadało”, wielki banan zagościłby na twarzach bohaterów tego wieczora. Gatunek jednak zobowiązuje, a Death Worship są obecnie chyba najbardziej brutalną i bezwzględną warmetalową hordą na żywo. Żadnym, nomen omen, bluźnierstwem nie będzie stwierdzenie, że Blasphemy w obecnej formie mogą im co najwyżej nosić instrumenty. Ross Bay Cult Eternal, dziękuję, do widzenia.

To był kolejny fantastyczny wieczór w tym roku. Po fenomenalnym Pralaya / Upon the Altar / Terrestrial Hospice w Gdańsku, po raz drugi zostałem bezceremonialnie sponiewierany. Każdy z aktów zaprezentował się z jak najlepszej strony, zapewniając wspaniałe wspomnienia, do opowiadania w przyszłości wnukom przy kominku. Dziękuję serdecznie Panu Ziemniakowi, za towarzystwo, oraz że ponownie zgodził się na niewdzięczną rolę kierowcy, wszystkim spotkanym mordkom za miłe pogaduchy (choć tradycyjnie, czasu zbyt wiele nie było), i przede wszystkim organizatorowi za zaproszenie. Jeśli ktoś jeszcze się waha, czy warto uderzać na koncert tej trójcy do Gdyni za dwa dni, to powiem krótko: w chuj warto! Tyle w temacie.

- jesusatan

Zdjęcia: Julia Ciesielczyk

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.