Death Worship / Fides
Inversa / Kringa
23.01.2026 – Poznań, Pod Minogą
Wieści o planowanych w ramach trasy „Death Knocks at
the Eastern Gate” trzech koncertach Death Worship na polskiej ziemi dotarła do
mnie dość późno, i w sumie całkiem przypadkowo. Jako iż dwa poprzednie występy
Kanadyjczyków, których przyszło mi doświadczyć circa trzy lata temu, zmiotły
mnie z powierzchni ziemi, postanowiłem działać szybko, by na czas uzgodnić
wszelkie niezbędne szczegóły logistyczne. W międzyczasie zapoznałem się też z
wydawnictwami kapel mających ekipę Forstera supportować (no, nie, nie miałem
wcześniej okazji poznać, z przyczyn obiektywnych), co jeszcze bardziej mnie
zmotywowało i zaostrzyło apetyt. A jak się człowiek nakręci, to wiadomo, że
stanie na głowie, by, nawet mimo niesprzyjających okoliczności, na taki event
dotrzeć. Zatem dwudziestego trzeciego stycznia, po raz drugi w tym roku,
wsiedliśmy z moim serdecznym przyjacielem (od kieliszka też) do automobilu, i
po lekkich perturbacjach związanych ze znalezieniem w centrum Poznania miejsca
parkingowego, zjawiliśmy się niemal punktualnie (bo nawet chwilę wcześniej)
przed bramą Minogi. Trochę przewrotna to nazwa lokalu, bo niby „pod”, a jednak
trzeba wleźć na górę. Zatem browar w dłoń, i ruszamy po schodach, pod scenę.
Ta do dużych nie należy, ale to właśnie dzięki owej
kameralności tą miejscówkę ostatnimi czasy polubiłem. Jako pierwsi,
zgromadzonej dość licznie gawiedzi, zaprezentowali się Austriacy. Ich image
dość mocno odbiegał od typowych, blackmetalowych standardów. Panowie bardziej
przypominali muzyków, którzy urwali się z lat osiemdziesiątych. Wokalista
ubrany w zwykły szary, wyglądający jak znaleziony w dziadkowej szafie sweterek,
z klasycznym wąsem, rodem ze starych niemieckich pornoli, i jakimiś koralikami
na nadgarstku, z każdą chwilą coraz bardziej czarował i wprowadzał w trans. A
to bujał się z lewej nogi na prawą, a to przyjmował niecodzienne pozy z gitarą,
no i przede wszystkim „mówił językami”. A przy okazji wyglądem skojarzył mi
się, jakoś tak, z typem z Thin Lizzy. Te wszelkie czystsze wokale, które
początkowo lekko mnie drażniły z płyty, przybrały w tym przypadku całkiem
innego wymiaru i znaczenia. Muzyka Kringa to nie czysty drugofalowy black, a
dźwięki bardziej inspirowane pierwszą falą, coś na podobiznę Malokarpatan,
połączone z niecodziennym, lekko rytualnym, czy też transylwańskim klimatem. Na
żywca żarło to niesamowicie, a biorąc pod uwagę, z jaką lekkością i naturalnością
muzycy swoje kompozycje odegrali, można było faktycznie poczuć się niczym na jakimś
podziemnym, potajemnym misterium. Tym bardziej, że panowie nie bawili się w zagadywanie publiczności, a po prostu grali numer za numerem, głównie z drugiej
płyty, tej bardziej pokombinowanej. Zdecydowanie Kringa dali radę, na tyle, że
zaraz po ich występie pobiegłem na zakupy.
Fides Inversa mieli w składzie jednego zawodnika
więcej, zatem dla nich miejsca na deskach było faktycznie niewiele. Może z tego
powodu, ruchu scenicznego było podczas ich recitalu nieco mniej. Piszę „nieco”,
bo za pozostałą czwórkę, ograniczającą się do pomachiwania czuprynami,
nadrabiał Wraath. Facet jest fenomenalnym frontmanem, no i jako jedyny, na
przestrzeni całego wieczoru, popijał winko, niczym klasyk Peter Steele, a nie
jakąś „niegazowaną”. Bardzo szybko też zachęcił zgromadzonych do wspólnej
zabawy, i pięści powędrowały rytmicznie w górę. Muzyka Fides Inversa jest
zdecydowanie intensywniejsza niż w przypadku poprzedników, zatem ze sceny lała
się autentyczna, satanistyczna wściekłość. Chwilami natężenie dźwięków mogło
przypominać zamieć, przy której zaprawdę ciężko iść, czy nawet patrzeć, pod
prąd. Tutaj mały kamyczek do ogródka nagłośnieniowca, bo gdyby tak ustawił
gałki nieco ciszej (ale dosłownie kapkę), przekaz „Włochów” byłby jeszcze
bardziej wyrazisty. Niemniej jednak, trup ścielił się gęsto, a Szatan tańcował
pod umownymi „barierkami”. Panowie polecieli przekrojowo, choć, co oczywiste, z
naciskiem na „Historia Nocturna”. Mówiąc szczerze, koncert ten przypomniał mi
fenomenalną formę Marduk, kiedy to jeszcze mieli na pokładzie Legiona i
Fredrika, i w zasadzie rozdawali na koncertach jak nikt inny. Fides Inversa
dali naprawdę wyborny pokaz blackmetalowej mocy, a na koniec wbili się w tłum i
ostatni numer kończył się ogólnym moshem. Mocarny wykurw!
O Death Worship można by pisać wiele, ale i tak
słowa niekoniecznie oddadzą to, co Kanadyjczycy prezentują na żywo. Bo czymże
jest śmierć, zniszczenie, pożoga w porównaniu z war metalem w ich wykonaniu. Deathlord
of Abomination and War Apocalypse ubrany w czarną kominiarkę, zapowiadał
charczącym głosem poszczególne ataki, a następnie wyrzygiwał z siebie żywy
napalm. Sporych gabarytów basista, znany zresztą także z występów w barwach
Blasphemy, czy macierzystego Bloody Vengeance, zajmując połowę sceny dorzygiwał
miejscowo swoje, tworząc swoisty wokalny dwugłosowy huragan. W tle, broń
szybkostrzelną obsługiwał Exesor (także Bloody Vengeance),
a cała trójka gitarzystów, w umorusanych jakąś czarną mazią gębach, pasach z
nabojami, katowała swoje instrumenty z zawziętością szaleńca. Kiedy z sufitu
spadało czerwone światło, wszyscy wyglądali, jakby wyszli z jakiegoś bagna,
albo właśnie skończyli taplać się w posoce. Bezlitosne kanonady przerywane były
oczywiście klasycznymi zwolnieniami, przy których ściany klubu trzęsły się w
posadach. Brzmienie panowie ustawione mieli niemal idealnie, dzięki czemu każdy
numer stanowił pierdolnięcie na miarę uderzenia bomby atomowej. Cieszył fakt,
że większość przybyłych do klubu, to nie były osoby przypadkowe, a prawdziwi
maniacy, którzy nie stali jak słupy soli, tylko darli mordy przy „Invocation
Chamber”, albo żeby „napierdalać”. Myślę, że gdyby „wypadało”, wielki banan
zagościłby na twarzach bohaterów tego wieczora. Gatunek jednak zobowiązuje, a
Death Worship są obecnie chyba najbardziej brutalną i bezwzględną warmetalową
hordą na żywo. Żadnym, nomen omen, bluźnierstwem nie będzie stwierdzenie, że
Blasphemy w obecnej formie mogą im co najwyżej nosić instrumenty. Ross Bay Cult
Eternal, dziękuję, do widzenia.
To był kolejny fantastyczny wieczór w tym roku. Po
fenomenalnym Pralaya / Upon the Altar / Terrestrial Hospice w Gdańsku, po raz drugi
zostałem bezceremonialnie sponiewierany. Każdy z aktów zaprezentował się z jak
najlepszej strony, zapewniając wspaniałe wspomnienia, do opowiadania w
przyszłości wnukom przy kominku. Dziękuję serdecznie Panu Ziemniakowi, za
towarzystwo, oraz że ponownie zgodził się na niewdzięczną rolę kierowcy,
wszystkim spotkanym mordkom za miłe pogaduchy (choć tradycyjnie, czasu zbyt
wiele nie było), i przede wszystkim organizatorowi za zaproszenie. Jeśli ktoś
jeszcze się waha, czy warto uderzać na koncert tej trójcy do Gdyni za dwa dni, to
powiem krótko: w chuj warto! Tyle w temacie.
-
jesusatan
Zdjęcia: Julia Ciesielczyk




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.