piątek, 12 czerwca 2026

Relacja z The Last Words of Death # 36

 

The Last Words of Death # 36

06.06.2026 Bydgoszcz, Over the Under

Buddah / Toughness / Yfel 1710 / Christ Agony

 


Poprzednią edycję “Lastów” sobie odpuściłem, w sumie to nawet nie pamiętam z jakiego powodu. Skład „trzydziestki szóstki” był jednak na tyle przekonujący, że tym razem nie było podobnej opcji. Tym bardziej, iż owych szóstek było w dacie eventu dokładnie trzy. No to jak można nie iść?

Stawiłem się zatem pod klubem na godzinkę przed otwarciem bram. Głównie z tego powodu, iż byłem umówiony na pogadankę z liderem zespołu, który miał ten wieczór wieńczyć. Niestety, jedyne co mogłem zrobić, to spić zakupione w pobliskim sklepiku zimne piwko, bo mimo iż Cezary jeszcze tego samego dnia potwierdzał chęć odpowiedzi na kilka pytań, na miejscu się nie pojawił. I wszystko byłoby OK., gdybym dostał choćby trywialnego esesmana o treści „Sory stary, ale nie mam nastroju, chcę odpocząć przed występem”. A tu chuj, nic. Trudno. Nie pierwszy to przecież, i zapewne nie ostatni raz, ale pewien niesmak pozostał.

W klubie natomiast od znajomych mordek aż się roiło. Były tym razem aż trzy stoiska z merchem, bo poza Godz ov War wystawił się Deformeating, oraz Societas. I jeszcze dodatkowo mini stand chłopaków z Toughness. Było zatem co nabywać, z czego zresztą sam skorzystałem uzupełniając winylową kolekcję o „Never Again” i „Moonlight”.


Za otwieracz robił lokalny Buddah. Choć mówiąc „lokalny” mogę już poniekąd mijać się ze stanem faktycznym, bowiem w zespole, z Bydgoszczan pozostał już wyłącznie lider zespołu. Reszta wspomagających go grajków to Gdańszczanie, o czym zresztą sam wokalista poinformował w jednym z antraktów. Zatem nowy skład, a przy okazji i nowa jakość. Przyznam, że wydany przez Bogów Wojny debiut to zdecydowany krok wprzód pod względem muzycznym, co przełożyło się także na przekaz sceniczny. To była (no, może lekka, ale jednak) dzicz. Pokombinowany na swoją modłę death metal, pełen agresji, ale i lekkich zawijasów. Wokalista zachowywał się jak po siedmiu kawach, przemierzając scenę wszerz i wzdłuż, machając swoja przykrótkawą czupryna. Co prawda chwilami za dużo pierdolił banialuków (to chyba efekt tych kaw), ale znając gościa osobiście powiem: ten typ już tak ma. Publiczności się podobało, bo nastąpiło nawet lekkie poruszenie pod sceną (choć pląsały głównie laski), ale bez ściemniania, wartość sceniczna Buddah zdecydowanie wzrosła w odniesieniu do tego, co zespół ten prezentował jeszcze rok czy dwa lata temu. Absolutnie obiektywnie, był to ich najlepszy występ jaki widziałem. Acz różnicę między poziomem muzycznym utworów z „Amyotrophy” a poprzedniej EP-ki (a tych też nie zabrakło) dało się wyraźnie wyczuć. Trochę mnie rozśmieszyło, jak sobie chłopaki na koniec sami zapowiedzieli „niewyproszony” bis, ale jako rozgrzewacz zdecydowanie dali radę. Mam tylko nadzieję, że Julek nie spocznie na laurach, nie obrośnie w piórka, tylko będzie systematycznie się rozwijał, i małymi kroczkami parł do przodu. Czego mu szczerze życzę!

Toughness z płyt mi nie do końca podchodzi. To znaczy, jestem w stanie docenić jakość, ale przesadnym fanem Demilich nigdy nie byłem, zatem nie trafiało mnie to centralnie w najczulszy punkt. No panie! Ale na żywca wyrwało mi płuca! Kolesie weszli na deski i po chwili zatrzęsły się ściany, z których, gdyby nie były wyciszone, posypałby się tynk. Co prawda selektywność lekko siadła, ale i tak był to death metal totalny. Nie brzmiało to jak czysta imitacja wspomnianych Finów, a jedynie inspirowana nimi wersja własna fińszczyzny. Podobała mi się sceniczna prezentacja zespołu. Zero niepotrzebnych artefaktów, po prostu czterech kolesi w koszulkach Athaist, Gorement (Aaaarghhhh!), synchroniczne przebierających palcami po gryfach przy głębokim growlu Bartka, który wygląda jak, nie przymierzając, młody Ingram. Na sali zrobiło się tłoczniej, a powietrze nasycił zapach potu. Jeszcze odnośnie rzeźbienia po gryfie, to zajebiste figle wyprawiał basista, szarpiąc gryf obiema dłońmi. Wbrew pozorom, dodatkowe wrażenia robiła obecna na twarzach muzyków beznamiętność, jakby grali w zupełnym odosobnieniu, bez udziału publiczności. To był mega ciężki deathmetalowy cios w staroszkolnym wydaniu, po którym ciężko było się pozbierać. A na dobitkę Toughness zagrali, tym razem już faktycznie wyproszony, bis (”Carrion Entrails” z ostatniej płyty) , po którym żywy nie wyszedł nikt. Moim zdaniem był to koncert wieczoru.

Yfel 1710 miałem zamiar sprawdzić chyba z rok wstecz, w Toruniu. Wtedy nie wypaliło. Co ma jednak wisieć, nie utonie, bo jeśli jesusatan nie może przyjść do Klimorth’s i spółki, to Klimorth i spółka przyjdą do jesusatana. Kolorystyka świateł w klubie zmieniła się na niebisko-fioletowe, a panowie zaserwowali zimny, drugofalowy black metal. Kaptury, mejkapy, klasyka. Poleciała między innymi „Klatka na ludzi”, „Zakon nienawiści” czy, pod koniec, „Willa wisielców”, „Zbieracz ciał”, czyli przekrojowo, najlepsze, że tak powiem, szlagiery. Pomijając już sam fakt, że muzyka Olsztynian na żywo ma jeszcze większą siłę przekazu niż z płyt, bo temu zaprzeczyć się nie da, to zajebistą robotę robi sam lider. Jego wprowadzające w klimat kolejnych kompozycji konferansjerki naprawdę sprawiają, że tych utworów nie tylko się słucha, ale i przeżywa. I, po raz kolejny, żadnego ubytku nie odczułem przez fakt, iż na scenie było relatywnie statycznie, bo ziąb bijący w płynących od frontu dźwięków był ponadprzeciętny. Pod barierkami znów zrobiło się dość tłoczno, były szturchańce i przepychanki, a i mi nóżka tupała jakoś tak bardziej intensywnie. Co by nie gadać, był to przedni występ, i potwierdzenie wysokiej klasy zespołu.

Zanim na scenę weszli „Krajści”, w pomieszczeniu pod barem nastąpiło niemałe poruszenie, bowiem spora liczba fanów zapragnęła zrobić sobie z zespołem pamiątkową fotkę. Błyskom flesza i „misiom” nie było końca, ale ostatecznie Christ Agony rozpoczęli swoje misterium. Na wstępie poleciało jakieś murzyńskie intro, że tylko brakowało czarnoskórych lasek bujających gołymi cycami, ale zaraz potem uderzyli „Devilish Sad”, kawałkiem, który niemal zmiótł mnie z planszy. Tym bardziej, że ekipa Cezarego, obiektywnie, znajduje się obecnie chyba w najwyższej formie od lat. Może to kwestia składu, może życiowego resetu, nie mnie w to wnikać. Nawiązując do składu, to chwilami śmiać mi się chciało, bo siwa broda Shambo wyglądała trochę jak broda Mikołaja, przyczepiona na gumkę. Wracając jednak do muzyki, to od początku największą bolączką występu Christ Agony było nagłośnienie. Panowie przywieźli ze sobą własnego nagłośnieniowca, który za chuj nie dał sobie nic powiedzieć lokalnym akustykom, i ustawił gałki po swojemu. Czyli prawie na maksa. Niestety, miało to olbrzymi wpływ na odbiór, czego potwierdzeniem były moje rozmowy z kilkoma znajomymi, wychodzącymi po koncercie z sali z „buczeniem” w uszach. No, ale nie mój cyrk. Co do setu Christ Agony, był on dla mnie połowicznie satysfakcjonujący. Były, owszem, stare numery (poza wspomnianym, choćby „Moonlight”), ale i kawałki ze środkowego okresu (np. „Coronation”), które kompletnie na mnie nie robią wrażenia. Żeby jednak oddać Cezarowi co cezarskie, przyznam, że pod względem wykonania, a przede wszystkim zaangażowania, nie mam chłopakom nic do zarzucenia. Było widać tą dzikość w oczach, było machanie włosami, było czuć płynący ze sceny mrok. Nie był to absolutnie koncert zagrany na odpierdol, czego się troszkę obawiałem. Pod koniec poleciał jeszcze numer z „Unholyunion”, ale bisu już nie było.

Bardzo dobry był to wieczór, a biorąc pod uwagę kolizję terminową z Mystic Fest, obecność w Bydgoszczy dwustu osób zaskoczyło nawet samego organizatora. Mnie z kolei nie zdziwiła, bo zespoły były przecież przednie, a nie każdy ma czas rozbijać się po kilkudniowych festach z muzyką „dla każdego”. Tu był konkret, zresztą jak zawsze na The Last Words of Death. I oby tak dalej. Zresztą, o czym ja tu mówię… Ta impreza ma już swój znak jakości. Do następnego!

- jesusatan

Zdjęcia: Tomasz Jaworski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.