Hell-Born / North /
Unblessed Divine
11.04.2026
“NRD” Toruń
Tak jak zapowiadałem dwa tygodnie wcześniej, do NRD
wróciłem w ostatnią sobotę. Okazja była nie byle jaka, bowiem miasto pierników
odwiedzić mieli panowie z Hell-Born, których to ostatni raz widziałem chyba ze
sto lat temu. Tym razem obyło się bez utrudnień komunikacyjnych, więc niemal
punktualnie o godzinie osiemnastej odebrałem od sympatycznego organizatora
wejściówkę, i ruszyłem po linii prostej na salony. Znaczy się, po piwo
najpierw, bo akurat punkt sprzedaży znajdował się w połowie drogi, to po co dwa
razy dreptać.
Akurat rozpoczynał harce Unblessed Divine. Nie
miałem pojęcia, czego się tak naprawdę spodziewać, gdyż dopiero dzień wcześniej
wyczytałem w Internetach, że zespół gra „atmosferyczny death metal”. W dodatku
uwagę moją zwrócił fakt, iż ich debiutancki album wydała Massacre Records. Nie
napawało to optymizmem, ale każdemu trzeba dać szansę. Na scenie trzech
włochatych, jeden kaptur i bębniarz w słuchawkach, czyli biorąc pod uwagę dostępne
metry kwadratowe – ciasno. Ruchu zatem zbyt wiele nie było, ale było sporo dymu
z zaplecza, i lekkie, czerwone światła. Muzyka Unblessed Divine bardzo mocno
oscyluje w okolicach zamorskich, zatem w ich numerach dało się wyczuć kapkę
Immolation (zwłaszcza jeden riff brzmiał jak totalnie podkradziony z zeszytu
Vigny), trochę Morbidów, czy innych klasycznych składów. Miałem też wrażenie,
że w tle pojawiają się jakieś klawisze, zwłaszcza w chwilach „wyciszenia”. I tu
śmieszna historia. Bo kiedy wybrałem się kilka chwil później do kibla, rzeczone
klawisze były faktycznie słyszalne, co dowodziło, że akustyk nieco sprawę
spierdolił, bo, podług polskiej tradycji, dał gałki ciut za wysoko, i gitary ów
instrument zagłuszały. Co do samej muzy, chłopaki też chwilami kombinowali w
temacie zagrywek technicznych, ale, jak na moje parchate ucho, wychodziło im to
bardzo przeciętnie, jakby gubili wątek. W efekcie, jakoś w połowie setu
zachciało mi się ziewać, zatem opuściłem ciasną salkę, i udałem się na
pogaduchy z dawno nie widzianymi mordkami. Występ Unblessed Divine był „jakimś
tam” otwieraczem, ale muzyka zespołu to, według mnie, produkt dla Niemców,
którzy kochają nawet współczesny Kataklysm. Zupełnie bez wyrazu.
Na North ludzi na salkę nabiło zdecydowanie więcej,
co zresztą nie dziwi. W końcu zespół lokalny, to i szalikowców nie brakowało. W
przypadku Pierników też nie można mówić o jakichkolwiek wariacjach scenicznych.
Panowie grali raczej okopani na swoich pozycjach, choć mimo to zdecydowanie
zawiało chłodem. No i nagłośnienie było o piekło lepsze. Oraz światła. Jasne
logo w tle sprawiało, że chłopaki, w jego blasku, wyglądali jak czarne postacie
pozbawione twarzy. Sirkis nie wdawał się w dyskusję z tłumem, a jedyne co
wychodziło z jego ust w przerwach między kawałkami, to zapowiedzi kolejnych.
Zespół zagrał przekrojowo, a z kawałków, które zapamiętałem na pewno było
„Stulecia we Krwi”, i jakiś nowy utwór, z tekstem autorstwa Pawła, którego to
wokalista próbował wyszukać wzrokiem na sali, ale ostatecznie się nie udało.
Zatem nie wiemy, kim jest Paweł. Sam kawałek był z kolei bardzo szybki i jadowity,
co dobrze wróży w temacie nadchodzącej płyty North. Pomimo całkiem licznej
publiczności, nieco rozczarowała mnie statyczność pod sceną. Znów przyszło mi
na myśl, że to koncert rodem zza zachodniej granicy. Ja byłem zadowolony, choć
mam tradycyjne zastrzeżenia co do samej prezentacji North. Uważam, że gdyby się
chłopaki konkretnie umalowali, przybrali jakieś skóry i ćwieki, to oglądałoby
się ich popisy zdecydowanie lepiej. No, ale mają taki styl, że wchodzą na scenę
tak, jak chodzą do pracy, to przecież ich broszka, nie? Mimo to, bardzo udany
show.
No i na koniec to, po co do Torunia przyjechałem. Hell-Born!
Wyszli na deski w minimalnym makijażu. Trochę to wyglądało zabawnie. Zwłaszcza
Les, który, nim mu się ów pasek na oczach nie rozpłynął, wyglądał jak
złodziej z komiksu dla dzieci, albo Zorro. Baal z kolei, stojący na środku
sceny, od pasa w górę na golasa, przerastający pozostałych muzyków o głowę, swoją
posturą wyraźnie wskazywał, kto tu jest dowódcą tej podwórkowej bandy. Pierwsze
co należy podkreślić, to to, iż w końcu brzmienie było ustawione na cacy.
Dzięki temu można było delektować się satanistycznym, staroszkolnym death
metalem w pełnej okazałości. A było czym, bo repertuar Hell-Born opiewał nie
tylko na nagrania współczesne, którym absolutnie nie można nić zarzucić, ale i
sięgał do tych wcześniejszych, do których mam ogromny sentyment. Było „Raise
the Dead”, „Black Flag of Satan”, jakiś numer z „Darkness”, przy którym w końcu
zawiązał się mały młyn, „Hellraiser” z pierwszego mini, czy „Day of Wrath”.
Wszystko, czego potępiona dusza zapragnie. A najlepsze, że sobie skubańcy chyba
tak ustawili set, że z każdym numerem ciśnienie coraz bardziej rosło, a oni
sami coraz bardziej się rozpędzali. Baal zionął wręcz charyzmą, potrafił
zażartować, i nawet jak mu ktoś w pewnym momencie zarzucił, że pije wodę, to zgrabnie
się odgryzł. Fenomenalnie się chłopaki zaprezentowali, z już jazda na trzy
wokale w refrenach sprawiała, że ściany niemal pękały a sufit się trząsł. To
był niemal godzinny koncert najlepszej jakości death metalu w staroszkolnym
wydaniu, a zagrane jako kropka nad „i” „Blakk Metal”, oraz drugi kawałek
przedpremierowy, jeszcze bez tytułu, dokonały działa zniszczenia. To był
prawdziwy rozjeb, a ja poczułem się, jakby przejechał po mnie walec.
Był to zatem kolejnu udawny wieczór w NRD. Już
pomijając sam aspekt towarzyski (przy okazji pozdrawiam wszystkich starych
znajomych, z którymi udało mi się pogadać i przechylić pokal złocistego),
koncerty tego wieczoru były zacne. A Hell-Born to klasa światowa. Kto nie był,
ten na pewno stracił. Tradycyjnie, dziękuję organizatorowi za zaproszenie.
Widzimy się następnym razem!
-
jesusatan
Zdjęcia:
javiki.foto




















