The Last Words of Death # 36
06.06.2026 Bydgoszcz, Over
the Under
Buddah
/ Toughness / Yfel 1710 / Christ Agony
Poprzednią edycję “Lastów” sobie odpuściłem, w sumie
to nawet nie pamiętam z jakiego powodu. Skład „trzydziestki szóstki” był jednak
na tyle przekonujący, że tym razem nie było podobnej opcji. Tym bardziej, iż
owych szóstek było w dacie eventu dokładnie trzy. No to jak można nie iść?
Stawiłem się zatem pod klubem na godzinkę przed
otwarciem bram. Głównie z tego powodu, iż byłem umówiony na pogadankę z liderem
zespołu, który miał ten wieczór wieńczyć. Niestety, jedyne co mogłem zrobić, to
spić zakupione w pobliskim sklepiku zimne piwko, bo mimo iż Cezary jeszcze tego
samego dnia potwierdzał chęć odpowiedzi na kilka pytań, na miejscu się nie
pojawił. I wszystko byłoby OK., gdybym dostał choćby trywialnego esesmana o
treści „Sory stary, ale nie mam nastroju, chcę odpocząć przed występem”. A tu
chuj, nic. Trudno. Nie pierwszy to przecież, i zapewne nie ostatni raz, ale
pewien niesmak pozostał.
W klubie natomiast od znajomych mordek aż się roiło.
Były tym razem aż trzy stoiska z merchem, bo poza Godz ov War wystawił się
Deformeating, oraz Societas. I jeszcze dodatkowo mini stand chłopaków z
Toughness. Było zatem co nabywać, z czego zresztą sam skorzystałem uzupełniając
winylową kolekcję o „Never Again” i „Moonlight”.
Za otwieracz robił lokalny Buddah. Choć mówiąc
„lokalny” mogę już poniekąd mijać się ze stanem faktycznym, bowiem w zespole, z
Bydgoszczan pozostał już wyłącznie lider zespołu. Reszta wspomagających go
grajków to Gdańszczanie, o czym zresztą sam wokalista poinformował w jednym z
antraktów. Zatem nowy skład, a przy okazji i nowa jakość. Przyznam, że wydany
przez Bogów Wojny debiut to zdecydowany krok wprzód pod względem muzycznym, co przełożyło
się także na przekaz sceniczny. To była (no, może lekka, ale jednak) dzicz.
Pokombinowany na swoją modłę death metal, pełen agresji, ale i lekkich
zawijasów. Wokalista zachowywał się jak po siedmiu kawach, przemierzając scenę
wszerz i wzdłuż, machając swoja przykrótkawą czupryna. Co prawda chwilami za
dużo pierdolił banialuków (to chyba efekt tych kaw), ale znając gościa
osobiście powiem: ten typ już tak ma. Publiczności się podobało, bo nastąpiło
nawet lekkie poruszenie pod sceną (choć pląsały głównie laski), ale bez
ściemniania, wartość sceniczna Buddah zdecydowanie wzrosła w odniesieniu do
tego, co zespół ten prezentował jeszcze rok czy dwa lata temu. Absolutnie
obiektywnie, był to ich najlepszy występ jaki widziałem. Acz różnicę między
poziomem muzycznym utworów z „Amyotrophy” a poprzedniej EP-ki (a tych też nie
zabrakło) dało się wyraźnie wyczuć. Trochę mnie rozśmieszyło, jak sobie
chłopaki na koniec sami zapowiedzieli „niewyproszony” bis, ale jako rozgrzewacz
zdecydowanie dali radę. Mam tylko nadzieję, że Julek nie spocznie na laurach,
nie obrośnie w piórka, tylko będzie systematycznie się rozwijał, i małymi
kroczkami parł do przodu. Czego mu szczerze życzę!
Toughness z płyt mi nie do końca podchodzi. To
znaczy, jestem w stanie docenić jakość, ale przesadnym fanem Demilich nigdy nie
byłem, zatem nie trafiało mnie to centralnie w najczulszy punkt. No panie! Ale
na żywca wyrwało mi płuca! Kolesie weszli na deski i po chwili zatrzęsły się
ściany, z których, gdyby nie były wyciszone, posypałby się tynk. Co prawda
selektywność lekko siadła, ale i tak był to death metal totalny. Nie brzmiało
to jak czysta imitacja wspomnianych Finów, a jedynie inspirowana nimi wersja
własna fińszczyzny. Podobała mi się sceniczna prezentacja zespołu. Zero
niepotrzebnych artefaktów, po prostu czterech kolesi w koszulkach Athaist,
Gorement (Aaaarghhhh!), synchroniczne przebierających palcami po gryfach przy
głębokim growlu Bartka, który wygląda jak, nie przymierzając, młody Ingram. Na
sali zrobiło się tłoczniej, a powietrze nasycił zapach potu. Jeszcze odnośnie
rzeźbienia po gryfie, to zajebiste figle wyprawiał basista, szarpiąc gryf
obiema dłońmi. Wbrew pozorom, dodatkowe wrażenia robiła obecna na twarzach
muzyków beznamiętność, jakby grali w zupełnym odosobnieniu, bez udziału
publiczności. To był mega ciężki deathmetalowy cios w staroszkolnym wydaniu, po
którym ciężko było się pozbierać. A na dobitkę Toughness zagrali, tym razem już
faktycznie wyproszony, bis (”Carrion Entrails” z ostatniej płyty) , po którym
żywy nie wyszedł nikt. Moim zdaniem był to koncert wieczoru.
Yfel 1710 miałem zamiar sprawdzić chyba z rok
wstecz, w Toruniu. Wtedy nie wypaliło. Co ma jednak wisieć, nie utonie, bo
jeśli jesusatan nie może przyjść do Klimorth’s i spółki, to Klimorth i spółka
przyjdą do jesusatana. Kolorystyka świateł w klubie zmieniła się na
niebisko-fioletowe, a panowie zaserwowali zimny, drugofalowy black metal.
Kaptury, mejkapy, klasyka. Poleciała między innymi „Klatka na ludzi”, „Zakon
nienawiści” czy, pod koniec, „Willa wisielców”, „Zbieracz ciał”, czyli
przekrojowo, najlepsze, że tak powiem, szlagiery. Pomijając już sam fakt, że
muzyka Olsztynian na żywo ma jeszcze większą siłę przekazu niż z płyt, bo temu
zaprzeczyć się nie da, to zajebistą robotę robi sam lider. Jego wprowadzające w
klimat kolejnych kompozycji konferansjerki naprawdę sprawiają, że tych utworów
nie tylko się słucha, ale i przeżywa. I, po raz kolejny, żadnego ubytku nie
odczułem przez fakt, iż na scenie było relatywnie statycznie, bo ziąb bijący w
płynących od frontu dźwięków był ponadprzeciętny. Pod barierkami znów zrobiło
się dość tłoczno, były szturchańce i przepychanki, a i mi nóżka tupała jakoś
tak bardziej intensywnie. Co by nie gadać, był to przedni występ, i
potwierdzenie wysokiej klasy zespołu.
Zanim na scenę weszli „Krajści”, w pomieszczeniu pod
barem nastąpiło niemałe poruszenie, bowiem spora liczba fanów zapragnęła zrobić
sobie z zespołem pamiątkową fotkę. Błyskom flesza i „misiom” nie było końca,
ale ostatecznie Christ Agony rozpoczęli swoje misterium. Na wstępie poleciało
jakieś murzyńskie intro, że tylko brakowało czarnoskórych lasek bujających
gołymi cycami, ale zaraz potem uderzyli „Devilish Sad”, kawałkiem, który niemal
zmiótł mnie z planszy. Tym bardziej, że ekipa Cezarego, obiektywnie, znajduje
się obecnie chyba w najwyższej formie od lat. Może to kwestia składu, może
życiowego resetu, nie mnie w to wnikać. Nawiązując do składu, to chwilami śmiać
mi się chciało, bo siwa broda Shambo wyglądała trochę jak broda Mikołaja,
przyczepiona na gumkę. Wracając jednak do muzyki, to od początku największą
bolączką występu Christ Agony było nagłośnienie. Panowie przywieźli ze sobą
własnego nagłośnieniowca, który za chuj nie dał sobie nic powiedzieć lokalnym
akustykom, i ustawił gałki po swojemu. Czyli prawie na maksa. Niestety, miało
to olbrzymi wpływ na odbiór, czego potwierdzeniem były moje rozmowy z kilkoma
znajomymi, wychodzącymi po koncercie z sali z „buczeniem” w uszach. No, ale nie
mój cyrk. Co do setu Christ Agony, był on dla mnie połowicznie
satysfakcjonujący. Były, owszem, stare numery (poza wspomnianym, choćby
„Moonlight”), ale i kawałki ze środkowego okresu (np. „Coronation”), które
kompletnie na mnie nie robią wrażenia. Żeby jednak oddać Cezarowi co cezarskie,
przyznam, że pod względem wykonania, a przede wszystkim zaangażowania, nie mam
chłopakom nic do zarzucenia. Było widać tą dzikość w oczach, było machanie
włosami, było czuć płynący ze sceny mrok. Nie był to absolutnie koncert zagrany
na odpierdol, czego się troszkę obawiałem. Pod koniec poleciał jeszcze numer z
„Unholyunion”, ale bisu już nie było.
Bardzo dobry był to wieczór, a biorąc pod uwagę
kolizję terminową z Mystic Fest, obecność w Bydgoszczy dwustu osób zaskoczyło
nawet samego organizatora. Mnie z kolei nie zdziwiła, bo zespoły były przecież
przednie, a nie każdy ma czas rozbijać się po kilkudniowych festach z muzyką
„dla każdego”. Tu był konkret, zresztą jak zawsze na The Last Words of Death. I
oby tak dalej. Zresztą, o czym ja tu mówię… Ta impreza ma już swój znak
jakości. Do następnego!
-
jesusatan
Zdjęcia: Tomasz Jaworski




















