środa, 21 października 2026

Recenzja z koncertu Funeral Mass / Garota / Zørza w Toruniu

 

 Funeral Mass / Garota / Zørza

15.10.2026 Toruń, NRD

 

Czwartek, jak by nie patrzeć środek tygodnia, nie jest idealnym dniem na koncertowy wyjazd. Zwłaszcza jeśli następnego dnia idzie się do pracy na rano. Do Torunia mam jednak żabi skok, więc siadłem za kółkiem, spakowałem towarzysza, i przed dziewiętnastą byliśmy już pod NRD. Na miejscu dosłownie kilkanaście osób, co trochę napawało niepewnością, jednak, wraz z rozwojem sytuacji, klub nawiedziło coś koło siedmiu dych maniaków. A to już wynik, biorąc pod uwagę wspomniane okoliczności, całkiem niezły.

Na pierwszy ogień, z dosłownie dziesięciominutowym opóźnieniem, poszli chłopaki z Gdańska. Scena w Toruniu do zbyt dużych nie należy, jednak nawet biorąc to pod uwagę, ich występ był mocno statyczny. W zasadzie poza wokalistą, który starał się zarzucić włosem, reszta stała prawie jak manekiny, jedynie „przytakując”. No, panowie, więcej energii, więcej! Sam set był bardzo solidny. Grajkowie zaczęli od wolnego, melancholijnego kawałka (sorry Winnetou, nie za bardzo umiem w ich tytuły), ale potem ostro się rozkręcali z każdym następnym. Mogło to przypominać kolarza jadącego z górki. Brzmienie, jak na NRD było zjadliwe, choć akustyk jeszcze po chwili wyszedł na środek sali i dodatkowo coś tam w komputerku poprawił.  W środku setu leciały już same szybkie numery, i nawet wspomniane kiwanie głową ze sceny nabrało tempa. Basista co prawda „rolę” miał łatwą, i się zbytnio nie napracował, ale przynajmniej mógł sobie na legalu wypić piwko. Muzyka Funeral Mass, jeśli kto nie zna, to taki trochę Dissection dla ubogich. W sensie, że jedzie u nich szwedzką melodią, ale i ostrym kolcem potrafią zadrapać. Na koncercie bardzo dobrze się to sprawdziło, acz zdaje mi się, że kilka błędów po drodze było, i nie wszystkie solówki weszły na sto procent. Najwięcej numerów poleciało oczywiście z najnowszej płyty, choć z tytułów zapowiadanych w antraktach wyłapałem tylko „Nocturnal Eclipse”. Była po drodze też przygoda z pękniętą struną, i gitarzysta musiał śmigać za kulisy pożyczać gitarę, ale zrobił to bardzo sprawnie, i zespół w spokoju mógł kończyć swój niemal pięćdziesięciominutowy szoł. Tak, Dissection dla ubogich, ale i tak wolałbym drugi raz obejrzeć młodych, niż mający chuja wspólnego z oryginałem Reinkaos. Ode mnie, w skali szkolnej, solidna czwórka.

Na Garocie sala już była niemal pełna. Ale też i poziom koncertu był zgoła odmienny. Zarówno muzycznie, jak i optycznie. W tle pojawiły się wizualizacje, konkretnie tarcza z mieczami, i buchające płomienie. Te płomienie dodały kawałkom Szczecinian faktycznie dodatkowego kopa, choć i tak ich muza naszpikowana jest trotylem po brzegi. Przy dźwiękach piosenek z „Z Mieczem na Gwiazdy” czy „Strąceni w Ciemność” można niemal było poczuć gorąc od wspomnianych, żółto-pomarańczowych języków. Agresywny black na thrashowym sznycie, podbity blastem i tnącymi niczym żyletka akordami. I to zagrany nie na stojąco, tylko z pełnią życia i energią rozsadzającą, zwłaszcza Asbiela, od środka. Facet grał, jak by jutra miało nie być, i samą tylko charyzmą podnosił mi ciśnienie. Basista wyglądał z kolei jak Zorro (opaska na oczach), ale wcale nie spierdolił w ostatnim odcinku. Między numerami przewijały się różne sample, interludia, co też wypełniało te wszystkie „martwe” momenty. Mimo iż zespół grał na jedną gitarę, wszystko było niemal perfekcyjnie słyszalne, zatem koncert ten oglądało się wyśmienicie. Taaak, na żywo Garota zdecydowanie zyskuje podwójne pierdolnięcie. Z set listy wyłapałem drugą część „Z Mieczem na Gwiazdy”, „Czarna Zaraza Serc” i coś jeszcze, ale zapomniałem zanotować. Tak to na trzeźwiaka bywa. Podsumowując – świetny gig!

Zørza nagrała (nagrali?) dwie bardzo dobre płyty, i, nie kłamiąc, to właśnie na nich tu głównie przyjechałem. Na deski chłopaki weszli witani oklaskami (patrz, jeszcze nie zagrali, a już im bili brawo), i złamali wieczorną zasadę. Funeral Mass grali bowiem w czwórkę, Garota w trzech, wypadałoby więc, by Wielkopolanie dali radę we dwoje. No co, taki Bolzer umi. Wyszli jednak całą bandą, bo było ich pięciu. Biorąc pod uwagę, że to nie chuderlaki, na scenie niemal się o siebie ocierali, a po rozpoczęciu muzykowania nie ruszali się ze z góry upatrzonych pozycji. Ale chłopaki i tak mają wyjebkę na image, więc w sumie to sytuacji nie pogarszało. A nawet dobrze wypadło, kiedy cała czwórka w pewnym momencie kiwała się synchronicznie, normalnie jak stare heavy metale. Ale po kolei. Na starcie było intro, że niby pada deszcz, a potem w zasadzie same „przeboje”, po trochu z każdego wydawnictwa.  Wspomnieć można, że „Rumcajs” po drugiej pesniczce pięknie się z publiką przywitał. Kultura, kurwa mać, a nie, że słoma z butów. Ludziom się podobało, bo nawet zakręcił się, po raz pierwszy, solidniejszy młyn. W sumie się nie dziwię, bo po prawdzie, muzyka Zørzy pod pewnymi względami utrzymana jest w podobnym stylu co Mgły. Czyli jest chwytliwa, ale ma w sobie tą agresję i nie wali populizmem. I jest chyba mimo wszystko bardziej, jak to niedawno określił w rozmowie ze mną pewien muzyk, okołoblackmetalowa. Bujało to naprawdę nieźle, czuć było lodowy powiew, i tylko nie jestem w stanie zrozumieć, co się stało akustykowi. Na początku gitary brzmiały wyśmienicie, za to gdzieś w tle ginął „backing vocal”. Potem zrobiło się odwrotnie, i przy którymś z kolei kawałku (chyba to był „Against Theocracy”) zrobiła się lekka ściana dźwięku. Kiedy panowie grali swój Satyricon, czyli „The Devil Wears Well”, byłem przekonany, że to już koniec. Choćby z tego względu, że to najlepszy numer napisany przez grodziski duet. A tu niespodzianka, bo kiedy byłem już niemal przy wyjściu, poleciał jeszcze jeden numer. W sumie chłopaki zagrali dobre trzy kwadranse.

No cóż, dobry był to wieczór. Może nie z kategorii tych, które się zapomina do końca życia, ale na pewno nie żałuję, że się do miasta pierników kopnęliśmy. Gdyby tylko w ostatnim rozdziale mniej było niepotrzebnych kombinacji z gałkami, powiedziałbym, że zajeboza. Nie będę już jednak dłużej zrzędził. Kto był, na pewno i tak wyszedł zadowolony, a pieniędzy wydanych na bilet nie uznał za stracone. No i chyba właśnie o ty w tym wszystkim chodzi.

- jesusatan

Zdjęcia Zørza: Dżoli  

Fotka Garota, autorstwa Agnieszki Frustra Młynarczyk, pochodzi z warszawskiego setu. Nie byłem jednak w stanie namierzyć na tym koncercie fotografa, więc łatałem czym się dało.

wtorek, 20 października 2026

Recenzja / A review of Casket Dweller „River of Slumber”

 Casket Dweller

„River of Slumber”

Nuclear Winter Rec. 2026

Kurcze, był już jakiś Asphyx z Grecji? Nie? No to już jest. Nie, no może trochę sprawę upraszczam i od razu wykładam wszystko na talerzu, ale tak mi się jakoś wymsknęło. Casket Dweller to helleńska świeżynka, i kolejna doskonała pozycja w katalogu rosnącej u mnie do miana jednej z ulubionych wytwórni Nuclear Winter Records. (Czytaj dalej... / Read here)

Recenzja Urarv „Nychta Psychis”

 Urarv

„Nychta Psychis”

Darkness Shall Rise Productions 2026

Oto wrócił Aldrahn ze swoim projektem Urarv, a dokładniej z nową, trzecią już płytą tego szyldu. Tym razem jest to pięć utworów, które łącznie dają ponad pół godziny muzy. To niezmiennie awangardowo potraktowany black metal, ale w przypadku tego artysty jak i tej kapeli, to nic nowego więc nikt zdziwiony zawartością „Nychta Psychis” być nie powinien. (Czytaj dalej...)

Można odsłuchać nowy ARMORY

 


Today, Swedish speed metallers Armory stream the entirety of their highly anticipated fourth album, Echoes of the Astrolith, at Decibel magazine's website. Set for international release on October 23rd via Dying Victims Productions, hear Armory’s Echoes of the Astrolith in its entirety exclusively HERE.

Debiut CASKET DWELLER do odsłuchu

 


Greek death metal trio CASKET DWELLER invite listeners to descend into the depths of their debut album, "River of Slumber", now streaming in full through an exclusive premiere hosted by Death Metal Promotion, ahead of its official release on October 22, 2026, via Nuclear Winter Records.

The band channel the spirit of traditional death metal into nine riff-driven tracks shaped by the Swedish school, the classic Florida scene and the Dutch tradition.

Drawing inspiration from classic horror cinema and gothic literature, "River of Slumber" builds a macabre world of decay, supernatural creatures and morbid tales, establishing CASKET DWELLER as a promising new presence in the death metal underground.

Stream the album at THIS LOCATION.

Singiel od SACCAGE

 

Today, French-Canadian death metallers Saccage premiere the new track "Béton armé" at heavily trafficked web-portal NoCleanSinging.com. The track is the second to be revealed from the band's highly anticipated fourth album, Chronophage, set for international release on November 20th via Caligari Records on CD format; the vinyl LP version will follow later in December / early January 2027. Hear Saccage's "Béton armé" in its entirety exclusively HERE.

Dwelling in the northern metal hotbed of Québec City, Saccage formed in the late 2000s and now unleash the punishing Chronophage, their fourth full-length. Sharpening their collision of death metal and blackened crust, the band pushes their sound even further beyond its previous boundaries. The D-beats hit harder, the blast sections are more brutal and relentless, and everything is anchored by crushing grooves and an unmistakably unholy spirit, featuring some of the quintet's strongest riffs and most accomplished songwriting to date.

Mixed and mastered by Cody Baresich (Iskra, Hedonist), with the main artwork created by Brad Moore, Chronophage sees Saccage surgically blending their influences and extracting the most vicious elements of OSDM, grindcore, and dark crust into one cohesive assault, extending from the music itself to the concept and visual identity surrounding the album. Beneath the bludgeon, the band deliver deeply nihilistic and satirical lyrics, dissecting the dystopian, decaying, and time-consuming world we are forced to live through. Desperate music for desperate times - Chronophage is indeed such a soundtrack.

Simultaneously modern and classic, Chronophage is a new highwater mark for Saccage, displaying the Canadians at their most focused, violent, and fully realized.

In the meantime, hear the brand-new track "Béton armé" exclusively HERE, courtesy of NoCleanSinging.com. Also hear the previously revealed "Terreur diurne" HERE at Caligari's Bandcamp, where the album can be preordered. Aforementioned cover and tracklisting are as follows:


Tracklisting for Saccage's Chronophage
1. Rustre
2. Terreur diurne
3. Villes poubelles
4. Anaphylaxie
5. Crame ta porcherie
6. Béton armé
7. Extrême-onction
8. Cadence cadavre
9. Chronophage

Recenzja / A review of Destruction Of Orion “Dimensions of Chaos”

 Destruction Of Orion

“Dimensions of Chaos”

Aesthetic Death 2026

Czy ja jestem fanem projektów jednoosobowych? Nie. Czy scena bułgarska jest sceną o znaczących metalowych tradycjach? Nie. Czy ja lubię kobiety w metalu? No, kurwa, poza nielicznymi wyjątkami, z oczywistych, i wielokrotnie przedstawianych tutaj powodów, nie. Czy jestem maniakiem funeral doom metalu? Patrz: odpowiedź na pytanie poprzednie. I teraz taka sytuacja… Dostaję promo Destruction of Orion, projektu ze wspomnianego kraju, tworzącego właśnie w gatunku pogrzebowym, gdzie sterem i okrętem jest sobie Tehina Spasova, czyli przedstawicielka płci pięknej. (Czytaj dalej... / Read here)

Recenzja Marca Diaboli „Labyrintomb”

 Marca Diaboli

„Labyrintomb”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Jeśli macie ochotę na coś innego niż metal, coś co bliższe jest rockowym brzmieniom, ale jest równie szatańskie, to sięgnijcie po Marca Diaboli. To dość enigmatyczny, chilijsko-austriacki projekt, który w zeszłym roku wydał swoją debiutancką epkę na kasecie za sprawą niemieckiej wytwórni Sect Entropy. (Czytaj dalej...)

Recenzja Black Waves Fest # 11

 

Black Waves Fest # 11

11.10.2026 Jarocin, JOK

Königreichssaal / Dormant Ordeal / Morast / Abduction / Wode / The Ruins of Beverast

 


Słowo ciałem się stało, czyli jedenasta edycja jarocińskiego festiwalu faktem. Mało wiela, a bym zapomniał o tym wydarzeniu, bo mimo iż wpisałem sobie rzeczoną datę w kalendarz wiele miesięcy naprzód, i nawet wrzucałem przypominajki na Apocalyptic’a, to info pod tytułem „masz wydarzenie w tym tygodniu” kompletnie mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że mi małż ustawiła w tym samym dniu wizytę z córką u specjalisty. Jakoś to jednak ogarnąłem, i dosłownie dziesięć minut przed rozpoczęciem pierwszych baletów stawiłem się pod bramą Jarocińskiego Ośrodka Kultury zwarty i gotowy, jedynie po dwóch mocnych.

Koniki, czyli zespół ze stajni Godz ov War, wieczór rozpoczęły punktualnie. I tu od razu napomknąć należy, że jeśli w przypadku Black Waves dochodzi do jakichkolwiek obsuw, to są one minimalne. Ledwo fajka zdążysz spalić. Chłopaki tak (nomen omen) nadymili, podświetlając wszystko przy okazji na zielono, że przed oczami stawał albo Lech (zgodnie z obowiązującą kiedyś reklamą, którą pewnie pamiętają tylko starsi uczestnicy), albo marihunaen, której zalegizować nie można nigdy w życiu! Sala zabaw wypełniona była wówczas jeszcze w bardzo niewielkim stopniu, co potwierdziło, że tak zwane „otwieracze” łatwo nie mają. Panowie, czysto muzycznie, poradzili sobie za to bez problemu. Poszli przekrojowo, hipnotyzując troszkę swoim tremolowym podejściem do tematu. Bo w owe melodie to oni potrafią. I widać, że są w formie, bo to był bardzo solidny blackmetalowy występ, wspomagany zresztą idealne dopasowanymi efektami wizualnymi. Szkoda tylko, że muzyków praktycznie nie było widać, a po zejściu ze sceny pewnie nikt ich nie rozpoznał (no chyba że koledzy). To był taki mroczny Teatr Cieni, którego Königreichssaal byli częścią, bo podobny schemat owego wieczora jeszcze się czasem powtarzał. No i świetne były wokale, surowsze niż z płyt. A jak już o wokaliście, to pogadać się z nim nie dało. Żadnego „Ello” czy „Pocałujcie mnie w dupę”. Może po polsku nie umiał? Przy okazji wspomnieć muszę o brzmieniu, i sprawę chyba zgłoszę na Milicję. Podobnie jak rok temu, sound na środku sali był mocno „dudniący” (acz czytelny), natomiast w niewielkim sektorze dla pijąco / palących owego przebasowania nie uświadczyłeś. Czyli nic, tylko pić i pilić!

Dormant Ordeal byłem bardzo ciekaw. Panowie grali co prawda jakiś czas temu w moim rodzinnym mieście, ale miałem chyba dzień lenia, i się na koncert nie wybrałem. A zwłaszcza przedostatni album zespołu bardzo mi się podobał. Klimaty oczywiście z goła odmienne od poprzedników, bo panowie grają szybko i dość technicznie. Zaczął się zatem letki napierdol przy, powtórzę to, idealnie spasowanym naświetleniu. Może to dla niektórych szczegół, ale według mnie, ta minimalna oprawa wizualna jednak robi różnicę. Ewentualnie epileptycy mogli poczuć dyskomfort, bo migające miejscami w tempie blastów reflektory pewnie nie należą do rzeczy przez te tygrysy ulubionych. Pod względem brzmienia można się ciut czepiać, ale ogólnie i tak było legancko. Chłopaki zagrali przekrojowo, a ich repertuar należał do gatunku mocno wciągających. Był żywioł i pełna energia, a grajki też dokładali do tego swoją cegiełkę pozamuzyczną trzepiąc włosem na lewo, prawo, i w kółko, i na dziobaka. W odróżnieniu do poprzedników Dormant Ordeal nawet zagadywali ze sceny, a wokalista miał chyba jakiś dynamit w dupie, bo jakby mógł, to w niektórych momentach by chyba eksplodował. Pomyślałem nawet, że to taki nasz Corpsengrinder Fisher, tylko połowę chudszy. Energię chłop miał niespożytą. Szkoda, że publika była mocno leniwa, i nawet mimo takiego napięcia stała, jakby kij połknęła. Dla mnie był to bardzo mocny cios na szczękę.

Morast po raz pierwszy w całości przesłuchaliśmy… w drodze na festiwal. Przeleciała ich ostatnia płyta trzy razy. Wystarczająco dużo, by się w niej zakochać. Na niej oparty był set Niemców tego wieczora, zatem o rozczarowaniu mowy być nie mogło, przynajmniej pod względem muzycznym. Miazga. Totalnie gruzowe grania w tym charakterystycznym, nowszym stylu. Według mnie zespół nie odstaje zbyt wiele od takich nazw jak Phobocosm czy Disma (to takie nazwy, które mi przyszły do głowy „na gorąco”). Trzewia były gniecione, a panowie na scenie poruszali się jakby z zwolnionym tempie. Co ciekawe, mimo iż panowie grali rzeczony „gruz”, to ich zachowanie na scenie nieco odbiegało od oklepanych standardów, bo wokalista chwilami niemal tańczył, solo czy z mikrofonem, prawie jak Dave Gahan, tudzież wił się niczym wąż. Był to trzeci już zespół tego wieczoru, a patrząc na plac boju pod barierkami utwierdziłem się w przekonaniu, że tegoroczna frekwencja znacznie odstawała od zeszłorocznej. Mimo to, Morast gnietli, walili kafarem w łeb, częstując, poza klasycznym growlem, także dzikimi wrzaskami. Potrafili też omamić klimatem trybalnym, kiedy gitara robiła za tło dudniącej monotonnie perkusji. Wyjątkowo udany koncert, po którym udałem się do piwopoju, przy którym kolejki nie uświadczyłeś, co, po raz kolejny, świadczyło o średniej frekwencji. No chyba że moda na abstynencję zatoczyła już naprawdę szerokie kręgi.

Abduction po wejściu na scenę wlali w moje serce nieco nadziei, że oto w końcu będzie coś mrocznego, ale i teatralnego. Postaci w kapturach, płaszczu… Tym razem jednak nagłośnieniowcy dali ciała po całości, gdyż stężenie basu, dotychczas tolerowalne, poszybowało wysoko ponad akceptowalny przez moje uszy poziom. I nawet jeśli ze sceny leciał jadowity thrash / black w staroszkolnym stylu, a chłopaki starali się jak mogli, postanowiłem odpuścić ten szoł, i udać się na pogaduchy ze znajomymi, których tradycyjnie było na terenie liczne grono.

Na Wode pod sceną były… niemal pustki. Przynajmniej na wstępie. A szkoda, bo tutaj brzmienie wróciło do solidnego poziomu, a nawet go przebiło. Chłopaków nie znałem, i mocno mnie zaskoczyli i zaintrygowali. Ich muzyka to mieszanka death, black i doom metalu, z elementami wpadającymi chwilami nawet w thrash. Za dużo? Za kolorowo? Nic bardziej mylnego. Bo Angole potrafią wyśmienicie mieszać w kotle, a że składniki biorą w większości ze starej księgi (w pewnym momencie wyłapałem nawet melodię pod Venom, a za chwil parę Dissection, czyli na celowniku były obie fale), to ja się poczułem oczarowany. Muzyka tych panów oparta jest przede wszystkim na riffach, i zgrabnym nimi tasowaniem. Zero przynudzania, same konkrety, będące miksturą lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Po koncercie pobiegłem sobie zakupić najnowszego winylka, który dnia następnego zakręcił się dobre cztery razy.

Ruins of Beverast zawsze był dla mnie zespołem pełnym sprzeczności. Poza naprawdę konkretnym gnieceniem, występują w ich muzyce momenty mnie rozbrajające w sensie negatywnym (patrz: zaśpiewy i jakoś nie pasujące mi do całości fragmenty klimatyczne). Kiedy koncert się rozpoczął, na sali obecna była już chyba połowa dotychczasowego składu wizytatorów. Smoła lała się po ścianach, konusowaty wokalista rzygał napalmem, nieruchoma postać za klawiszami robiła nastrój, ambientowe interludia idealnie wprowadzały w uczucie wyczekiwania, i było fajnie… do czasu. Znów mnie te zaśpiewy zniesmaczyły, i nawet jeśli w większości występ Niemców miał wydźwięk monumentalny, to w połowie setu zdecydowaliśmy się teren opuścić. I to jakoś tak bez żalu.

Generalnie jedenasta edycja Czarnych Fal była jednak festiwalem bardzo udanym. Dla mnie głównie ze względu na Morast i Wode. Poza tym były całkiem dobrze zaopatrzone stoiska z merchem (acz kilku pozycji mi brakowało, bo nowy Morast był zanabył, a nie uświadczyłem), piwerko solidne (był nawet mój ulubiony Porter od Żywca), pizza na wyjątkowo dobrym cieście… No i towarzystwo. Mi niczego nie brakowało, byłem szczęśliwy, że po raz kolejny mogłem brać udział w jarocińskim cyklu. Za rok pewnie też wrócę, bo nawet jeśli skład, jak w tym roku, na kolana nie rzucał, to ostatecznie okazało się, iż warto Łukaszowi zaufać i poznać wcześniej nie znane nazwy. Dokładnie tak samo jak mojemu lokalnemu ziomkowi od The Last Words of Death (a to tak na chama wkleiłem po raz kolejny reklamę haha!). Bardzo udany wieczór. Jak ktoś jeszcze dotychczas do JOK’u nie dotarł, to nigdy nie jest za późno. A warto.

- jesusatan

Zdjęcia: Magdalena Skowronek

Balety w MALBORKU

 


W sobotni wieczór tego dnia mury Zamku się zatrzęsą, za sprawą trzech mocnych Metalowych Kapel, które dadzą potężnego kopa. Wstęp: 30 pln Lineup: PUTRID EVIL - death/grind z Trójmiasta. To nazwa, która od razu przywołuje odór piwnicznych sal prób i plugawą atmosferę wczesnych lat 90. Zespół wywodzi się z głębokiego podziemia, hołdując prymitywnemu i bezkompromisowemu graniu. Ich muzyka to mieszanka cuchnącego death metalu z elementami Grindcore w stylu Repulsion czy Entombed! Grind To The Core, Death To Rot! Putrid Evil to: - Dave W. - gitara/wokal - Jan P.E. - bass/wokal - M.D. - perkusja Spotify: https://open.spotify.com/artist/41aID7XMHUWbiPDE9tNygj... FB: https://www.facebook.com/grindingputridevil IG: https://www.instagram.com/putrid_evil?igsh=amFyY3hyOGo1bDdq Bandcamp: https://putridevil.bandcamp.com/music SCARFACE - jest to zespół z Miasta Kościerzyna (woj. pomorskie) PL. Grajacy Thrash / Death Metal. Powstał latem 2025r. Muzycy Ci już wcześniej grali w różnych innych projektach, co zaowocowało szybką fajną atmosferą, napędzając ich do układania własnych aranżacji. Skład zespołu: Mateusz -wokal Sobiesław -gitara Tomek - bas Paweł - perkusja https://www.facebook.com/profile.php?id=61575369072432 TUROK - Grają głośno, grają nisko i udowadniają, że ekstremalna muzyka najlepiej smakuje z solidną porcją dystansu. Kartuski zespół serwuje bezkompromisową dawkę metalu, w którym brutalne riffy spotykają się z ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość. Skład zespołu: Witek - wokal, gitara Karol - bas Marcin - perkusja https://www.facebook.com/profile.php?id=61576479886396 https://www.instagram.com/turokband/ https://www.youtube.com/@TurokBand Nie spóźnijcie się na sam początek, widzimy się pod sceną!

Nowy FVNERAL FVKK do odsłuchu

 


Today, German doom monks Fvneral Fvkk stream the entirety of their highly anticipated second album, Indecent Idols, at heavily trafficked web-portal NoCleanSinging.com. Set for international release on October 23rd via Dying Victims Productions, hear Fvneral Fvkk’s Indecent Idols in its entirety exclusively HERE.

Drugi singiel SOMN

 


Today, Russian post-black metallers Somn reveal the new track "Swarming Mass." The track is the second to be revealed from the band's highly anticipated second album, Consecration, set for international release on November 20th via AOP Records. Hear Somn's "Swarming Mass" in its entirety HERE at AOP Records' official YouTube channel.

WINGLESS: druga zapowiedź nowego albumu "Vision Beyond Form"

 


Deathmetalowy WINGLESS prezentuje kolejny singiel z nadchodzącego albumu Vision Beyond Form. The Gnosis of Decay to druga odsłona materiału, który ukaże się w listopadzie nakładem Selfmadegod Records.

Najnowszy, szósty album WINGLESS Vision Beyond Form to 36 minut bezkompromisowego death metalu w jego najbardziej esencjonalnej odsłonie. Materiał łączy ciężar, surowość i mrok z wysokim poziomem instrumentalnego kunsztu oraz organicznym, naturalnym brzmieniem całości. To świadoma i konsekwentnie zrealizowana wizja muzyki metalowej, inspirowana klasyką gatunku lat 80/90., jednocześnie zachowująca własny charakter i tożsamość.

Premiera singla The Gnosis of Decay w poniedziałek, 19 października 2026 o godz. 16 na kanale Selfmadegod Records na YouTube. Sprawdź tutaj

Pierwszym singlem promującym Vision Beyond Form jest zilustrowany teledyskiem Crossing the Abyss. Do obejrzenia tutaj

Premiera najnowszego albumu WINGLESS Vision Beyond Form 6 listopada 2026 na CD nakładem Selfmadegod Records. Płycie towarzyszy dedykowana koszulka, nawiązująca do oprawy graficznej.

DARVAZA 2 grudnia w Krakowie

 


niedziela, 18 października 2026

Recenzja Razorvoid „Into the Void”

 Razorvoid

„Into the Void”

Jawbreaker Rec. 2026

Nie jestem w stanie zliczyć, ileż to już było zespołów z “void” w nazwie. Czy to pisanym razem, czy oddzielnie, w każdym razie od chuja i jeszcze trochę. Powiem, że owa „pustka” nieco mnie zmyliła, bo spodziewałem się, iż ten świeży szwedzki wykwit będzie obracał się gdzieś w okolicach awangardy, black, czy ewentualnie doom metalu. A tutaj niespodzianka. (Czytaj dalej...)