poniedziałek, 31 grudnia 2018

niedziela, 30 grudnia 2018

Into The Tomb #3

Into   The   Tomb  #3  jest  już  dostępny  od  jakiegoś  czasu. 
Na 96stronach formatu  A5  znalazły  się  wywiady  z  UNHOLY WAR,CHABER OF UNLIGHT, AIHOS,  BLOOD  WORSHIP,  MALAKHIM,  MATTERHORN, MORKETIDA,  UHRILAHJA,  OVATE  i  CIEŃ.  Recki  w  ilości  około  100.
Tradycyjnie ksero.

10 PLN + koszty wysyłki lub wymiana, jak kto woli.
 
proximus95@poczta.onet.pl
 


 

Recenzja ROT „Messiah Death”



ROT
„Messiah Death”
Demented Omen of Masochism 2018


W przypadku debiutanckiej, pełnej płyty naszych rodaków z ROT słowo klucz to prostota. Chłopaki napierdalają bezkompromisowy, walący siarą, prosty niczym konstrukcja cepa, bluźnierczy Death/Black Metal na milę morską walący grobem i wilgotną, zapleśniałą piwnicą. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z rozrywającymi petardami pokroju „Antigod Atomic Attack”, „Messiah Death”, „Throwing Into Hellfire” czy też z miażdżącymi walcami ( „Church Burned Ruins = Invocation of Sodomy Ritual”, „Impending Torment on the Eternal Void of Death”) zawsze jest to granie nieskomplikowane, dosadne i okrutnie kopiące po żebrach. Nie ma tu miejsca na rozbudowane struktury, progresywne pitolenia, czy pseudoawangardowe sranie po krzakach. Tu rządzi Szatan, wojna, łańcuchy i pasy z nabojami. „Messiah Death” to materiał wręcz idealny dla wszystkich tych, którzy uważają, że współczesna scena jest zaśmiecona przez sterylne, cukierkowe, słodkie produkcje. Tutaj znajdziemy dwanaście agresywnych, brudnych, ziejących nienawiścią wałków, które zalatują wczesnym Sarcofago, Mayhem, Necrovore, Hellhammer czy Venom. Nie jest to jak dla mnie żadne mistrzostwo świata i okolic, niemniej uważam, że surowego, inspirowanego starymi mistrzami gatunku Metalu nigdy za wiele. Każdy, kto też tak myśli, może śmiało łykać pierwszy long Katowickiego duetu, z pewnością się nie zawiedzie.

    Hatzamoth       

MONSTRAAT „Scythe & Sceptre”



MONSTRAAT
„Scythe & Sceptre”
Fallen Temple 2017


Cztery lata po solidnym debiucie Szwedzki duet Monstraat powraca ze swym drugim, pełnym albumem zatytułowanym “Scythe & Sceptre”. Materiał ten to w prostej linii kontynuacja drogi obranej na pierwszej płycie. Ponownie obcujemy z obskurnym, jadowitym, nienawistnym Black Metalem zakorzenionym głęboko w latach 90-tych. Surowe, proste, chropowate riffy, solidnie gruchocząca kości sekcja rytmiczna i diaboliczny, zajadły, pełen złości, bluźnierczy wokal. Słychać w tej muzyce patenty, przywodzące na myśl Dark Throne z okresu „Under a Funeral Moon” czy „Transylvanian Hunger”, tu i tam przeleci zagrywka kojarząca się z wczesnym Gorgoroth, a nad płytą unosi się duszny, grobowy klimat znany z wczesnych produkcji Mayhem. Słuchając tej płytki, można odnieść wrażenie, że cofamy się w czasie o ponad dwie dekady wstecz. Szorstkie, zimne, piwniczne brzmienie podkreśla klasyczny charakter zawartych tu kompozycji i sprawia, że każdy z tych utworów posiada okrutną, niszczycielską siłę. W zasadzie nie ma co się rozpisywać nad „Scythe…”, gdyż to produkcja złożona z prostych i dobrze już znanych składowych, które jednak ułożone w odpowiedni sposób przynoszą dobry w swej klasie album, który fanom srogiego, złowrogiego, barbarzyńskiego Black Metalu opartego na kanonach gatunku przyniesie z pewnością sporo przyjemnych chwil.
Hatzamoth

Recenzja WITCHFUCK „Disgusting Rock’n’Roll”


 WITCHFUCK
„Disgusting Rock’n’Roll”
Old Temple 2017 


“Disgusting Rock’n’Roll” to debiutancka Ep’ka projektu Witchfuck, w skład którego wchodzą byli lub obecni członkowie Vociferous, Putrid Evil, Offence, Goat Tyrant czy Exhalation. Materiał ten ukazał się pod banderą Old Temple i zawiera trzy autorskie kompozycje oraz cover „Violence Now” z repertuaru GG Allin & Antiseen. Muza wypełniająca tę produkcję, to zgodnie z tytułem obrzydliwy, brudny, zasyfiony Rock’n’Roll zainfekowany odrobinką Black i Thrash Metalu. Pierwszy i zarazem tytułowy wałek jest całkiem niezły, poniewiera solidnie, a refren można sobie mruczeć przy goleniu. Niestety dalej nie jest już tak dobrze. Następnym utworom brakuje nieco ognia, są bardziej prymitywne i jakieś takie nijakie. Nie jest to jakaś totalna kiszka, ale przynajmniej mnie te wałki nie porywają tak, jak rozpoczynający tę produkcję utwór. Całe szczęście, ze Ep’ka ta trwa nieco ponad 13 minut, gdyby był to dłuższy materiał, to wynudziłbym się jak chuj. Nie wiem, może za stary już jestem, ale takiego grania wolę posłuchać w oryginale, a odgrzewane kotlety okraszone w dodatku starym tłuszczem nie smakują już tak dobrze, jak świeżo przyrządzone danie. Szanuję chłopaków za to, że chcą pograć sobie bezkompromisową, prostą, walącą siarą surowiznę, jednak przynajmniej na razie twórczość Witchfuck poza małymi wyjątkami do mnie nie trafia. Nie sugerujcie się jednak zdaniem starego ramola i najlepiej sami sprawdźcie „Disgusting Rock’n’Roll”. Może Wam akurat ten materiał zrobi dobrze i będziecie przy nim walić konia kilka razy dziennie (lub nocnie). Mnie, w każdym razie, poza pierwszym utworem to nie bierze i chuj !
 
Hatzamoth

Recenzja HATE THEM ALL „Defender of the Black Throne”


HATE THEM ALL
„Defender of the Black Throne”
Old Temple 2018


Trzy lata po debiutanckim “Last Feast With the Beast” Katowicki Hate Them All wyrzygał ze swych trzewi drugi album, który podobnie jak „jedynka” ukazał się pod sztandarem Old Temple. „Defender of the Black Throne” to zamykające się w 30 minutach dwanaście wałków surowego, pierwotnego, prostego, obskurnego Black Metalu podlanego brudnym Punkiem i doprawionego pikantnym, Rock’n’rollowym sosikiem. Wszystko ładnie zapierdala, chropowate riffy tną skórę aż do kości, równo młócąca sekcja miażdży czaszki a zachrypnięty, lekko niechlujny, bluźnierczy wokal pluje jadem, ile fabryka dała. Słychać wyraźne inspiracje starymi mistrzami, tu i tam przeleci co pewien czas jakiś patencik znany z twórczości Hellhammer, za jakiś czas usłyszymy echa Venom, jednak nigdy nie jest to bezmyślna zrzynka, a jedynie głęboki ukłon w stronę klasyki. Duże brawa należą się za brzmienie, jakie posiada ten materiał. Sound uzyskany na tej płycie wali wilgotną, zatęchłą piwnicą, jednak jest jednocześnie wysoce selektywny i nie zlewa się w jedną, nieczytelną masę dźwięków. Antisound Studio odwaliło zajebistą robotę. Mnie osobiście ten materiał jakoś specjalnie w glebę nie wjebał, niemniej wszyscy poszukujący dobrego, piwnicznego grania opartego na najlepszych wzorcach gatunku powinni zaopatrzyć się w „Defender…”. Ta płyta jak amen w pacierzu rzuci ich na podłogę i wydupczy w tyłek niczym Rocco Siffredi niczego nieświadome, młode kurewki.      
Hatzamoth

Recenzja Krukh „Безглуздість!”


Krukh
I, Voidhanger Records 2019


Kruk(h) jest czarny. Chyba, że albinos. Czego zatem można spodziewać się po tworze nazwanym jego imieniem? Tym bardziej, jeżeli założycielem owego jest nijaki Marko Soroka (kurwa, jakie bogactwo ptactwa my tu dziś mamy)  znany choćby z Tchornobog, skądinąd bardzo niedocenianego zespołu. Otóż wspomniany Marko był spotkał się na emigracji w Jułesewej z innym obywatelem kraju postUSSRowego, dokoptowali sobie do sekcji rytmicznej pałkera mającego epizody w Disma czy Funebrarum i nagrali sobie debiucik dla I, Voidhanger Records. I co to za dźwięki panowie sobie ponagrywali? Otóż panowie i panie, nagrali sobie około 35 minut klimatycznego blackmetalu. Słowa klimatyczny nie należy tu absolutnie rozważać w kontekście zbędnego pitolenia i opowiadania o czarownicach, gdyż słowo to niejedno ma imię. W przypadku Kruka znaczy ono tyle, co wciągające po szyję bagno, kuszące na początku swoją niewinnością, by zaraz potem powolutku wessać w siebie (no już już!) wszystko czym jesteśmy. Domyślić się można zatem, iż rzecz dzieje się pomalutku, z nielicznymi tylko zwiększeniami tempa. Owo bagno gada do nas niskim, krzyczanym tonem, po ichniemu, a jakże. Choć szczerze mówiąc, gdybym nie wiedział, że teksty są po Ukraińsku, to bym się nie zorientował, więc co bardziej uprzedzeni mogą się czuć bezpiecznie. Muzycznie natomiast buja nas ta muzyka, wprowadza w trans, wślizguje się poprzez uszy do naszych zwojów mózgowych i nie daje spokoju. Melodie zawarte na „Безглуздість! są nienachlane, nie uderzają od razu, one czekają żeby wbić w nie nasz słuch, dopiero wówczas sprawiają, iż stajemy się ich niewolnikami.  Chwilami deszcz pada na nasze nagie, pogrążające się w mule ciało i wówczas czujemy się kompletnie bezbronni. Są też momenty, gdy uderza piorun, jednak jego melodia pięknie topnieje w naszych uszach. Z każdym odsłuchem ten materiał zyskuje na słuchalności. Serpentyny dźwięków zjadają nas od środka, niczym ukryty pasożyt. Gdybym miał przyrównać muzykę Krukh do czegokolwiek, to przychodzą mi na myśl lekkie skojarzenia ze sceną islandzką, choć też nie do końca. Jest to twór, który ma swoje własne imię. Imię, które każdy powinien poznać. Imię, którego brzmieniem niewielu fanów blackmetalu będzie rozczarowanych.
- jesusatan