niedziela, 17 września 2017

I na zakończenie dzisiejszego postowania .... relacja z ostatniego Brutala!!!!!



 Brutal Assault 22
9-12.08.2017 Twierdza Josefov, Czechy

Jak ten czas zapierdala. Kończące się właśnie lato przyniosło nam w tym roku dwudziesty drugi już odcinek czeskiego festiwalu Brutal Assault. Bywam na tej imprezie od czasów, kiedy jeszcze nie mogła pochwalić się dwucyfrowym wynikiem ilości edycji, a tu proszę… Z małej siksy, która dopiero uczy się liczyć wyrosła dżaga, za którą przeciętnemu, metalowemu heteroseksualiście nie wypada się nie obejrzeć i zawołać „Ej, laleczka! Chodź się napić mleczka!”. W rzeczy samej, docierające do mnie zapowiedzi kolejnych kapel mających zaprezentować się na scenach czeskiej twierdzy w tym roku, raz po raz powodowały na przemian, a to głośne mlaśnięcie, a to napływ krwi to organu, którego, według mojej małżonki, używam do myślenia w sytuacjach podbramkowych. W wyniku tychże odruchów bezwarunkowych, w momencie sprawdzania listy obecności w Josefovie miałem okazję po raz kolejny zawołać radośnie „obecny!”. Nie tylko ja oczywiście, bo nadmienić należy, iż w tym roku festiwal po raz pierwszy wyprzedał się całkowicie jeszcze przed dniem rozpoczęcia całego tego grajdołu. Wynik godny poszanowania.
Nasza wesoła gromadka zjawiła się na miejscu, tradycyjnie już, w środę nim słońce osiągnęło najwyższy punkt na sklepieniu niebieskim. Po równie tradycyjnym pytaniu retorycznym pod tytułem „To co, po grzdylu?” postawiliśmy namioty (te do spania kurwa! Świntuchy.) i ruszyliśmy po odbiór akredytacji. Co prawda są one podobno dla dziennikarzy, ale poudawałem ważnego i uznali, że się kwalifikuję. Wielkim zaskoczeniem był … brak kolejki do punktu odbioru wejściówki. Nie wiem, czy był to wynik faktu, że organizatorzy znacznie w tym roku ograniczyli ilość darmowych free pass-ów, czy może pozostałe darmozjady w tym czasie jeszcze piły wódkie, nie moja to sprawa. Dwie minuty formalności i wbijamy na teren festu.

Środa

Szybko okazało się, że organizatorzy przygotowali swoim gościom znaczną zmianę, jeśli chodzi o system zakupów. Zrezygnowano z przeliczania sprzedawanych napojów (i innych fantów) na kupony. Zamiast tego ceny dóbr wszelakich podane były w koronach czeskich. Było to o tyle wygodne, że można było bezgotówkowo kupić sobie zarówno piwo, jak i płytę w dowolnym distro, których jak zwykle porozstawiało się mnogo. I to akurat bym uznał za plus. Minusem był, niestety, znaczny jednak wzrost cen w porównaniu do roku poprzedniego. No ale nie po to człowiek planuje czterodniową potańcówę wakacyjną, żeby z tego powodu siedział i jęczał. Dawaj pan, panie pepik tego browara, ruszamy słuchać zespołów.
Rolę rozgrzewacza odegrał w tym roku niemiecki Deserted Fear. Niemiaszki pogrywają sobie całkowicie amatorsko, o czym wspominali w jakimś czytanym przeze mnie wywiadzie, ale za to pogrywają naprawdę niezgorszy szwedzki det. Bardzo przyjemnie było posłuchać dźwięków Nihilisto- czy Entobebo- podobnych. Frycom chyba też się podobało, że mają okazję tu wystąpić, i napić się, jak to określili „najlepszego piwa na świecie”. Zaprosiłbym ich do naszego pięknego kraju. Już ja bym się postarał, aby wódzia która by pili była najsmaszszniejsza” w ich życiu.
Po nazistach, ze sceny obok usłyszałem znajomy głos. Hmmm? Ja cie panie kolego patrzę, a tam Tompa Lindberg we własnej osobie. Pytam ziomasa, czy dobrze widzę, i nagle okazuje się, że jestem ignorantem, bo przegapiłem fakt, że były wokalista At the Gates, wraz z kilkoma innymi znanymi personami ze sceny szwedzkiej założyli supergrupę The Lurking Fear. Nieee, no to oglądamy.
Dalszego zaskoczenia jednak nie było, bo panowie zagrali nam bardzo poprawny death metal z odrobiną melodii i odrobiną wściekłości w sosie szwedzkim. Złe to nie było, aczkolwiek moje doznania byłyby zapewne większe, gdybym przez festiwalem zapoznał się z zawartością ich debiutanckiej płyty. Na pewno nie omieszkam tego uczynić po powrocie do domu.
Następnym daniem, już z gatunku tych głównych, był kanadyjski Gorguts. Oczekiwania miałem wysokie, i nie zawiodłem się ani odrobinę. Był tytułowy numer z „Obscura” wraz z „Nostalgia”, z „Forgotten Sands” poszły „An Ocean of Wisdom” i „Forgotten Arrows”, plus kilka innych, a wszystko to odegrane bez najmniejszego zająknięcia. Tak grać to jednak trza umić. Szkoda, że zagrali dość krótko, bo w sumie zamknęli wszystko w 45 minutach, ale tak to już na festiwalach jest. Moje kubki słuchowe zostały mile połechtane hehe!
Nieco z nudów postanowiłem sobie rzucić okiem na Madball. Nie słucham zazwyczaj tego typu
muzyki, ale muszę przyznać, że była to jedna z lepszych decyzji podjętych na tegorocznej edycji Brutala. Ze sceny poszedł taki totalny ogień, że nie umiałem ustać spokojnie. Starzy hardcorowi wyjadacze potrafili kupić publikę w dosłownie kilka sekund. Goście zagrali mega żywiołowy koncert. Publika śpiewała wraz z wokalistą, były skoki ze sceny, był (obowiązkowo w przypadku grup HC) gruby basista, który został przedstawiony jako największy fan metalu w zespole, była petarda! Powiem szczerze, że jeśli chodzi o koncerty, to tego typu granie naprawdę buja i bangla.
Po Madball, na scenie obok, zaczął koncert Metal Church, ale było to moje pierwsze rozczarowanie w tym roku. Choć może inaczej – nie znam ich twórczości poza pierwszą płytą, która kiedyś wydawała mi się całkiem niezła. Oczekiwałem czegoś zupełnie innego,
a dostałem nudny jak flaki z olejem heavy metal z jęczącym wokalistą. Nie moja bajka - do kosza.
Gdy słońce zaczęło zachodzić pojawiła się okazja odwiedzenia MetalGate, czyli sceny mniejszej, pod namiotem. Tam bowiem pojawiły się stare dziadki z Macabre. No, może z tymi dziadkami to przesadzam, ale panowie grają już wspólnie 30 pierdolonych lat, więc do młodzieniaszków ciężko ich zaliczyć. Zagrali jak na profesjonalistów przystało i jak to na Macabre przystało, czyli było sporo grindowego czadu, była dawka humoru, ale przede wszystkim była zajebista zabawa. Corporate Death, ubrany w jeansowe ogrodniczki i wyglądający przy tym jak typowy morderca z amerykańskiego horroru, przed każdym kawałkiem wprowadzał słuchaczy w tematykę poszczególnych utworów, streszczając w kilku zdaniach teksty o tym jak to się rucha trupy czy robi z nimi inne niestandardowe sztuczki. Przez chwilę sobie pomyślałem, że jak wrócę do domu, to biorę łopatę i idę na cmentarz, a co mi tam. Tylko jeszcze sobie zapuszczę „Sinister Slaughter” z walkmana. Zajebiaszczy koncert, zabawa po pachy.
Przed głównym daniem wieczoru, postanowiliśmy z kolegą nieco spowolnić wchłanianie alkoholu do organizmu i udaliśmy się do stoiska celem zakupienia jakiegoś napoju mniej szkodliwego dla wątroby. No i ja już kurwa nie wiem… Dlaczego do sprzedaży zatrudnia się totalnych jełopów? Kolega mówi do laski „Water, please”, a ta tępa dzida mu na to „I don’t under stand” haha! I bynajmniej nie chodziło jej o to, że na festiwalu się pije a nie popija. Litości!!!
Wspomnianym przed chwilą daniem głównym środowego wieczoru był występ czeskich wesołków z Master’s Hammer, którzy to ostatnimi czasy stali się niespodziewanie aktywni koncertowo. Ich godzinny set oparty był w zasadzie na utworach z dwóch pierwszych (uwielbianych przeze mnie) płyt. Były ognie na scenie, były gołe baby stojące cały koncert nieruchomo z pozie Baphometa i była świetna publika spod znaku samego Lucypera chyba, bo Frantiszek Storm, w pięknym kapeluszu,  stwierdził w pewnym momencie ze „Tu se zeszli same satanisty”. Nie wiem, czy było mu to do końca na rękę, bo za chwilę zganił luda „Wy huligani, stavejta konve na misto!”. No i z tejże płyty zagrali na koniec 2 kawałki. Powiedziałbym, że wypadło to wszystko wzorcowo, ale musiałbym wtedy skłamać. Niestety, mało słyszalne były klawisze i kotły, które nadają tej muzyce niesamowitego klimatu. Mimo to, warto było, zdecydowanie.
Kusił mnie jeszcze na koniec Overkill, ale jako iż fanem nie jestem, a jestem fanem rumu – po 2 kawałkach całkiem solidnego thrashu, wybrałem podróż do namiotu, konsumpcje i sen.









Czwartek

W czwartek można było swoje odespać, gdyż pierwszy interesujący mnie koncert zaczynał się dopiero o 15:00 i był to kanadyjski Cryptopsy. No i od razu była jazda bez trzymanki, bo na scenie ukazała się wielka płachta z głową na tacy i goście zagrali moją ulubioną płytę „None So Vile” w całości. Występ tych popaprańców był na tyle intrygujący, że zwrócił nawet uwagę mojej małżowiny,
która w pewnym momencie stwierdziła, że „ciekawe mają teksty”. Niby że co? „Grrrrrrr! Wrrrrrr!” – czego nie czai? Ech, zawsze mówiłem – baby do garów kurwa! Nic nie rozumiom i nie umiom w metal. Za kare w domu puszczę jej ową płytę kilka razy i nakażę  ze słuchu teksty pisać. Niech się uczy języków, niech się uczy! Bardzo dobry koncert.
W namiocie zaraz chwilkę, ciut potem zagrał był Hour of Penance. No i chętnie bym sobie ten koncert pooglądał dłużej, ale słuchanie ściany dźwięku, przez która absolutnie nic się nie przebije mija się z moimi muzycznymi upodobaniami. Nagłośnienie fatalne, zero selektywności, właściwie wszystko się zlewało. Może zatrudnili fachmana z Massive, który nagłaśniał ostatnio gig Immolation w  Szczecinie, bo efekt był podobny bardzo. Do dupy z takim graniem.
Jeśli mnie pamięć nie myli, to dwa lata temu strasznie podniecałem się występem hamerykańskiego Havok. W tym roku ich koncert nie wypadł może aż tak udanie, jednak thrashowa załoga skopała solidnie tyłki zgromadzonym pod sceną maniakom i miło było na to popatrzeć. Zdecydowanie uważam, że jest to bardziej muzyka koncertowa, niż do posłuchania z płytonga – czad rozpierducha i kopanie po jajach. Solidny uzupełniacz.
Z kolei Nile, to dla mnie taki drugi Cannibal Corpse. Co mam na myśli? Konkretnie to, że poza pierwszymi płytami ich dokonania w ogóle mnie nie rajcują, za to na żywo… Profeska pełną papą. Brzmienie wyjebane (niech się Hour of Penance uczy, do chuja pana!), na scenie pewnego rodzaju majestat (może dlatego że Karl to raczej duży gość i tak mi się jakoś skojarzyło), no nie ma się do czego przyczepić. Konkret.
Na koncert Samael oczekiwałem, jako na swojego rodzaju ciekawostkę. Sporo słyszałem negatywnych opinii o ich ostatniej trasie z okazji iluśtam-lecia "Ceremony of Opposites", na której to grali kawałki w, hmm, powiedzmy „unowocześnionych” wersjach. Tuż przez BA z kolei grali trasę, na której wycinali kawałki tylko z pierwszych dwóch płyt. Miałem więc skrytą nadzieję, że usłyszę set oparty na tychże właśnie. No to kurwa jego mać usłyszałem. Zaczęli od „Shining Kingdom”, „Rain” i już mi się odechciało. Zresztą wkurwił mnie ten cały wyblondzony Vorphalack (Ups! Przepraszam, on chyba nawet swego czasu najkrócej nazywał się V) bo jebany prorok śpiewał „Let it rain a Day, a week, a year” i jebany wyśpiewał, bo później tak lunęło, że przestać nie mogło. Ale nie uprzedzajmy. Gitarzysta pomalowany jak plansza do szachów machał swoją emogrzywką, Xy podskakiwał za klawiszami jak pajac, daj pan spokój. Nawet jak zagrali coś z dwójki (już kurwa z nerwów zapomniałem nawet jaki to był kawałek) to tak to przesłodzili klawiszami, że mnie zemdliło. Przypomniał mi się film pod tytułem „Bułgarski pościk” i scena, gdzie kolo krzyczał „Disko Disko to dla mnie wszystko. Disko kasety lepsze od kobiety!”. Taaaaak, to była kupa.
Zakręciłem się tedy w rewir ze stoiskami, gdzie na małej scenie grał Swans. I tam znalazłem ukojenie dla moich zranionych dość mocno uszu, bo klimat jaki płynął ze sceny był niesamowity. Podobno cały set trwał dwie godziny, mi dane było doświadczyć jedynie około 30 minut, ale starczyło mi na tyle, że jeśli kiedykolwiek będę mógł obejrzeć występ Swans w całości, to na pewno to uczynię. Niesamowita atmosfera, nastrojowe światła – coś idealnego na odsapnięcie od metalowego napierdalania.
Pod główną scenę wróciłem na Emperor. Nigdy ich nie widziałem na żywo, dlatego byłem niezmiernie ciekawy, jak to się sprawdzi, i czy po tylu latach nie będzie to czasem trącić myszką. Cóż, byłem świadkiem koncertu, na którym otrzymałem bardziej niż poprawnie odegrany materiał z „Anthems…” plus po jednym numerze z trzeciej płyty, debiutu i demówki. Wszystko było doskonale słyszalne, wizualnie nie ma się do czego przyczepić… Niby nie ma na co narzekać. Ale wiecie czego mi w tym koncercie zabrakło? Szczerości. Ot był to wg mnie typowy produkt na zamówienie. Nie wierzę, że ten zespół gra koncerty czując nadal ten ogień, który płonął w ich sercach (i trawił norweskie kościoły) na początku lat 90-tych. To było sztuczne, wyreżyserowane, udawane. Mimo to, sam koncert – lala.
Co mnie jeszcze zniesmaczyło podczas owego koncertu, to jebany pedał z War For War (takie gówno, co grało przed południem). Otóż podczas rzeczonego koncertu Emperor, stał ów pedał wraz z (chyba) żoną i zaledwie kilkumiesięcznym dzieckiem w wózku, oglądał koncert, żona trzęsła się z zimna, dziecko popłakiwało w wózku (głośno było jak chuj, a bidula nawet bez słuchawek na uszach), a ten pajac się bujał do Emperora. Kilka razy spojrzałem wymownie w ich stronę, aż się kobicie najwyraźniej zrobiło głupio, ale pan muzyk z wybitnego WFW chyba chciał się czegoś uczyć od swoich mistrzów, bo koncert obejrzał do końca. Miałem ochotę dać mu w ryj (kto ma dziecko, ten chyba zrozumie).
Czekając niecierpliwie, z coraz to większym zaniepokojeniem patrząc na błyskające w oddali pioruny, na koncert Suffocation, spotkała mnie miła niespodzianka w postaci koncertu Opeth. Nie jestem w stanie słuchać ich ostatnich dokonań, a jak widziałem ich kilka lat temu na żywo, to niemal nie zasnąłem na stojąco, a tutaj – zupełna niespodzianka. Zagrali set oparty w zasadzie na pierwszych czterech płytach, pitolenie zminimalizowane do minimum, sporo growla, brawo. Taki Opeth to jak najbardziej.
Nadszedł czas na wisienkę na torcie jeśli chodzi o czwartkowy wieczór – SA-Fo-Kej-Szyn! Czekałem na ten występ z mokrymi majtkami, bo nigdy jeszcze nie widziałem choćby średniego koncertu w ich wykonaniu. Co prawda mój entuzjazm mocno osłabł, kiedy kilka godzin wcześniej Terrance powiedział mi, że grają bez Franka, który już definitywnie odchodzi z zespołu, ale liczyłem na dobry gig. No i znów będę marudził. Sam występ był niemal wzorcowy, brzmienie – żyleta… Tylko że… Czy można nadal mówić, że to jest Suffocation skoro z oryginalnego składy pozostał jeden chuj? Tzn, członek. No niby zagrali (zcoverowali?) wyśmienicie, niby Boyer na swojej basowej wiolonczeli wyprawiał niesamowite rzeczy, niby same kawałki nadal niszczą… Niby nagle jak nie pierdolnął zapowiadany wcześniej przez geja z Samael deszcz, to pomału oddaliłem się w pizdu. Dwa ostatnie numery posłuchałem sobie z przerywnikami w postaci gromów z ciemnego nieba w drodze do tymczasowego miejsca zamieszkania. Mogiem być giej, ale kocham Franka! Dobranoc.
Piątek
Piątek piątek, tygodnia koniec i początek… Coś takiego mi chodzi po głowie, bo mi kiedyś sąsiad śpiewał … Nieważne. Piątek stał się deszczem. Jak wstaliśmy – padało, jak piliśmy – padało, jak oglądaliśmy koncerty – padało. Przy naszym namiocie w międzyczasie (chyba w czwartek) zainstalowało się Kelly Family – jakaś irlandzka rodzinka, on rudy z brodą jak Rumcajs, ona blada, jakby ją wyprali w Arielu, córka brzydka jakby jej po ryju traktor przejechał. Nie wiem, po co przyjechali, na pewno nie na koncerty, bo wychodzili z rana na wycieczkę po okolicy i wracali późnym wieczorem. Ryb nie znosili, więc na pewno nie nad rzekę szli. A szkoda, bo ja taką rybkę dopiero złowioną to bym najbardziej. No, ale jako że rybki nie było, musieliśmy zadowolić się browarkiem i kanapeczką z gulaszem angielskim, po czym posiedzieliśmy gapiąc się tępo w strumyczek płynący przez pole namiotowe, dolewając do niego co jakiś czas coś od siebie.
W drodze do sceny namiotowej zahaczyliśmy po drodze o kilka numerów Crowbar. Solidnie odegrany staf, kto jest fanem, ten się zapewne świetnie bawił. Ja jednak dość szybkim krokiem oddaliłem się na koncert Ulcerate. Nowozelandczycy weszli na scenę, pokręcili się chwile w te i wewte po czym bez zbędnej konferansjerki rozpętali piekło. Uwielbiam takie techniczne łamańce, jednak przyznać trzeba bez bicia, że aby taki koncert mógł być zaliczony do udanych, potrzebny jest wysokiej klasy specjalista od dźwięku, który ustawi wszystko na tip top (tak jak bywa to choćby w przypadku Suffo czy Cannibal Corpse). Niestety, trochę się to wszystko zlewało, ale znając ich dokonania z płyt, dorzuciłem w środku, w Czesiu, brakujące elementy i wszystko mi się zgadzało. Ogień podsycały kawałki z ostatnich płyt, choć na koniec poleciało tez „Everything is Fire” i… I chuj, ogień się skończył, bo oto z nieba nagle jak nie pierdolnął deszcz, to fajer nowozelandzki nie miał szans. Przez około 20 minut przeszła taka rozpierducha, że musieliśmy biednym pepikom przytrzymywać ich stoiska, bo wiater by im to wywiał tak daleko, że mógłbym im co najwyżej powiedzieć „Psze pana, do Bydgoszczy będę jeździł, ale tu nie będę kupował!”. Na szczęście sytuacja została opanowana, teren festiwalu wzbogacił się o kilka tymczasowych jeziorek, w których ochoczo taplały się golasy (szkoda, że rodzaju męskiego), i mogliśmy powrócić pod MetalGate w celu sprawdzenia w jakiej formie są, podupadli nieco ostatnimi czasy, bodzy z…
The Crown! Ileż to razy katowałem się ich dokonaniami do płyty „Possessed 13” włącznie, które to zresztą do dziś uważam za klasyki melodyjnego (nie mylić z In Flames) szwedzkiego death metalu. Poza tym uważam, że Johan to najlepszy wrzeszczący (nie glowlujący) wokalista na świecie. Pomimo utraty włosów i przybraniu nieco na wadze (wszyscy się starzejemy) załoga z Trollhattan udowodniła, że na żywo nadal płonie w nich młodzieńczy bunt. Koncert zagrali z taką energią, że gdybym ich nie widział, pomyślałbym, że nadal mają po 20 lat. Widać, że chłopaki dobrze się przygotowali do występu i najwyraźniej też wiedzą, że ich ostatnie płyty nie są warte więcej niż funt kłaków, bo setlista składała się głownie ze starych hiciorów, jak choćby „Deathexplosion”, „Blitzkrieg witchcraft”,” Total  Satan” czy zagranego na koniec „Zombiefied”. Johan wypluwał z siebie teksty z szybkością karabinu maszynowego i udowodnił, że nadal daje radę. Ja nie wiem, gość chyba żre na śniadanie żyletki i popija spirytusem że ma takiego powera w gardzieli. Do pełni szczęścia zabrakło mi w zasadzie tylko „Death Metal Holocaust”, ale i tak było wybornie. Kop w twarz – Total Kurwa Satan pozerzy!!!
Po Szwedach po raz drugi w życiu, a po raz pierwszy na świeżym powietrzu, mogłem doświadczyć legendarnego Possessed. Przy ustawianiu dźwięku techniczni zabawiali się w odgadywanie narodowości zgromadzonych fanów, jednak byli w tym przypadku dość monotematyczni, bo mówili tylko „Czech! Czech! Czech!”. A chuja prawda! Byli tu nawet dzicy z Afryki. Natomiast obecny skład zespołu najwyraźniej już się całkowicie dotarł, bo na żywo chłopy potrafią dojebać do pieca. Niesamowite uczucie – usłyszeć utwory, przy których za gówniarza niemal klęczało się przed magnetofonem. „The Eyes of Horror”, „My Belief”, „The Exorcist”… Napięcie rosło z każdą chwilą a ja napierdalałem łysym łbem na wszystkie strony. Jeff jest zdecydowanie frontmanem totalnym, i mimo iż nie gada za wiele, potrafi rozkręcić publikę. Wątkiem humorystycznym było pytanie, które zadał mi stojący przy mnie Włoch „Dlaczego on siedzi na krześle?”, ale nie będę się śmiał z jebanych pozerów (tu robię złą minę, pokazuje znak rogów, bo jestem taki kurwa so fakkin ivjeeeel and truuu! ;)). Na koniec, czego zresztą można było się spodziewać, dowalili „Death Metal” i można było pójść (albo raczej pobrodzić w błocie) na zasłużonego bronxa.
Jakiś chuj tak zajebiście ułożył setlistę festu, że zamiast teraz zobaczyć sobie Incantation (który dopiero co był skończył grać) mogłem sobie co najwyżej zjeść klobasę paliwą. Oczekując więc na zastępstwo Morbid Angel (którzy to odwołali swój występ dosłownie kilka tygodni przed festem, bo jakiś debil ponoć zapomniał jednemu z nich załatwić wizę - hie! hie! hie!) w postaci brytoli z Carcass, miałem sposobność napełnić żołądek czymś treściwym oraz zamienienia kilku słów z dawno nie widzianymi mordziami. Sam Carcass ściągnął pod scenę sporą rzeszę metalowych wyznawców, choć zawsze w sytuacji koncertów wieczornych zastanawiam się, ilu z tych obecnych pod sceną rzeczywiście zna grające tam zespoły, a ilu jest tam metalurgów „przypadkowych”. Dla tych co znają i kochają, i dla tych „innych” (co to jak Forest Gump mają inteligencję tuż poniżej ogólno dopuszczalnej) Ścierwo tego wieczora zagrało kolejny wyśmienity koncert. Tym bardziej warto to docenić, gdyż zagrali na pożyczonym sprzęcie, jako że ich zaginął gdzieś po drodze do Czech. Pojechali przekrojowo prezentując co smaczniejsze kąski z wszystkich płyt (niestety poza jedynką. Cholera, mogliby zagrać choć 1-2 kawałki). Po ostatnim „Heartwork” cisza w moich uszach wydała się jakaś taka… przygnębiająca, bo to już był niestety koniec przedostatniego dnia BA’17. I muszę przyznać się bez bicia, że największym błędem było odpuszczenie sobie (choć to już wynik zmęczenia/upojenia) szwedzkiego Clawfinger, bo słuchając dźwięków dobiegających na pole namiotowe, podejrzewam, że bawiłbym się równie przednio jak to robiłem podczas koncertu Madball. Tak, tak, wiem, że to kompletnie inna muza, chodzi mi bardziej o to, że takie występy stanowią idealną odskocznię od metalowego napierdalania. Trudno, może kiedyś, inną razą.
Sobota
No i zaczął się festiwalowy weekend, czyli dzień pod tytułem „dziś nie piję, bo nocą prowadzę”. No, może nie do końca, bo przed południem, podczas noszenia gratów do auta kilka Tyskich jednak pękło, ale z umiarem.
Niektórzy festiwalowi goście mieli już chyba jednak dość nadmiaru atrakcji. Tuż pod naszym namiotem odgrywały się dantejskie sceny. Wielki jak sam Conan Barbarzyńca Czech stał skoro świt przed swoim legowiskiem drąc się w niebogłosy „ „Mamaaaa!!! Chce domuuuuu!!!!” puszczając przy okazji pawie wielkości średniej kałuży. Godzinę później nie było ani Conana, ani namiotu. Heh, nie wyczymał.
Pod sceną zlądowałem, gdy występ zaczynał duński Artillery. Ich nowy wokalista starał się jak mógł, biegał to w lewo, to w prawo, to przybijał piątkę zgromadzonej przy barierkach gawędzi, jednak swoim głosem zaczął mnie irytować. To nie było do końca to, co znam z ich wczesnych płyt. Niby zagrane wszystko było poprawnie, jednak się oddaliłem.
Po Prong spodziewałem się powtórki z czadu jaki dał Madball, ale z czym do gości. Nie zaiskrzyło. Nuda.
Rodacy z Decapitated z kolei zagrali kolejny gig, który można określić mianem solidnego. Ten band ma już taką renomę i doświadczenie, że w zasadzie zawsze wiadomo czego się po nich spodziewać. Charyzmatyczny dredziarz i reszta załogi zajebali z półobrotu, poprawili z wyskoku jak sam miszcz Bruce Lee i się zawinęli. Koło Vader czy Behemoth to kolejny topowy produkt eksportowy Made In Poland. Obejrzałem, galotów nie obsrałem, ale szacun się należy.
Krótko po 19:00 doczekałem się w końcu tego, na co miałem chyba największą chrapkę podczas tegorocznej edycji BA. Reaktywowany Demolition Hammer rozjebał mnie w pył! Dziady zagrali z takim zaangażowaniem, że ze sceny energia wręcz tryskała. Gdyby im podłączyć w dupska kable, to mogliby oświetlić średniej wielkości miasteczko. Set? Same hiciory! Od „Skull Fracturing Nightmare” na początek, poprzez „Hydrophobia”, „Omnivore” czy „Aborticide” na „ 44 Caliber Brain Surgery” kończąc. Same ciosy, bez zbędnego sięgania po utwory z płyty niepotrzebnej. Steve rzucał przy okazji zapowiedzi utworów taką ilością „fuck-ów”, że w pewnym momencie byliśmy nawet świadkami tego, że no… Nadejszla wiekopomna chwila… I zespół zmienił nazwę na Demolition Fucking Hammer! No i kurwa brawo, napierdalaaaaać!!! Oj ponapierdalali, tak się kurwa gra metal w starym stylu, jest mordierstwo! Jeden z najlepszych koncertów jakie przez te kilka dni było mi doświadczyć.
Heh! Śmieszy was czeska mowa? Lubicie kabarety? No to był też i kabaret na Brutalu. Ale żadne tam silenie się na żart pod tytułem Koń Polski czy inne Kryszaki, była prawdziwa gwiazda – Tiamat. Edlundy miały zagrać na żywo cały album „Wildhoney”. Miały, bo czy można w sumie powiedzieć, że zagrały, czy odjebały… No chyba to drugie. Johan i reszta zespołu wyszli na scenę tak napierdoleni/naćpani (nie mi osądzać, zdania są podzielone, a ja specjalistą nie jestem) że nie byli niemal w stanie ustać na nogach. Riffy nabrały nowego wymiaru (zahaczało to niemal o jakieś koślawe dysonanse), teksty „się zapomniały”, a mikrofon oddalał się i zbliżał do wokalisty jakby był przytwierdzony do jego nadgarstka na gumce elastycznej. Całość uzupełniała konferansjerka międzyutworowa. Było coś o waleniu konia, o tym jaki chujowy to jest obecnie świat, oraz o tym, że nie tego dotyczyły teksty „Wildhoney” i „chyba powinienem się zamknąć”. Racja, bo mi Tiamat koło pydy lata, ale zapewne było tam sporo dziewic i prawiczków, którzy obszczywali gacie na myśl, że sobie posłuchają swojej ulubionej płyty. Wyszedłem, bo było to jednak śmieszne tylko przez chwilę, później stało się żenujące. Myślę, że Tiamat powinien pojechać na trasę z fińskim Azazel, dogadaliby się. Obiło mi się o uszy, że na sam koniec występu lider tego, mającego swego czasu w logo aż dwa odwrócone krzyże zespołu, przeżegnał się z publicznością słowami „god bless you”. No i to by chyba było na tyle w temacie.
Udałem się zatem, po raz pierwszy tego lata, pod scenę orientalną, gdzie instalował się już Incantation, a chwilę po nich Zhrine. I to ci drudzy rozpoczęli misterium równo o godzinie 21:00. Chryste panie na gumowym bananie, cóż to był za cudowny koncert! Islandczycy przy oszczędnych czerwonych światłach zagrali całą swoją debiutancką płytę, a uczynili to z taką perfekcją, że stałem tam jak zahipnotyzowany. Niepozorni kolesie, krótko obstrzyżeni, bez żadnej napinki wyszli i zagrali swoje. Brzmienie było doskonałe, energia ze sceny wręcz rozszarpywała mi wnętrzności, zamknąłem oczy i płynąłem wyznaczaną przez mistrzów ścieżką. Jak ktoś jeszcze tych kolesi nie zna, a lubi dysonanse, Immolation i odrobinę zajebistego klimatu, to niechaj nie zwleka tylko kupuje ich płytę i uderza na koncerty. Ciekawą rzeczą był nietypowy, postawiony na statywie bas, na którym Evar raz to pogrywał palcami, by za chwilę przejechać po strunach smyczkiem. Zresztą smyczek był też narzędziem pracy gitarzystów, co już w ogóle było rzeczą niespotykaną. Koncert idealny. I kolejny dowód na to, że na festiwalu BA najlepsze brzmienie można ustawić na scenie orientalnej.
Po Zhrine miałem największą zagwozdkę, pod tytułem – oglądać Devina czy wybrać się na doomowy set Incantation. Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak rozdarty, musiałem rzucić monetą. Ta wskazała bezlitośnie – Townsend. Może to i dobrze, bo nie zliczę ile razy już oglądałem Johna i ekipę na scenie. A Devin, jak to Devin – poopowiadał trochę historyjek, pożartował, zagrał na początku trochę spokojniejszych wałków, z czasem rozkręcając się coraz bardziej. Zawsze kiedy oglądam jego występy to mam uczucie, że jest to jeden z niewielu kolesi emanujących ze sceny pozytywną energią, mających do siebie niesamowity dystans i, przede wszystkim, szanujący swoich fanów. Był Ziltoid, było „Supercrush”, było „Deadhead” i w zasadzie nic do czego można by się dopierdolić. Jednak gdzieś w podświadomości świeciła mi diodka „Inca” i może dlatego był to chyba najsłabszy występ Kanadyjczyka jaki w życiu widziałem, choć poniżej pewnego (wysokiego, to na pewno) poziomu nie zszedł.
Następnym kąskiem tego wieczora była rodzima Furia. Nihil wprowadził większość publiki w swój własny świat i zrobił to w wyjątkowy dla siebie sposób. Całe to zrzędzenie, że Furia stała się ostatnio zbyt komercyjna, lub że zbyt wiele osób przypadkowych, nie mających nic wspólnego z metalem posłuchuje sobie ich najnowszych płyt, spływa po mnie jak woda po kaczce. Zaczęli od „Opentańca” i „Zamawiania”. Po trzecim „bez tytułu” Nihilista podziękował pięknie (poliglota jebany, w 3 językach, było „dzięki” i „ senkju” i nawet Danka się narysowała) i zapowiedział numery z najnowszej płyty, co spowodowało, że spora część publiki pospiesznie opuściła namiot MetalGate. Bardzo kurwa dobrze, przynajmniej mogłem się przedostać bliżej sceny. Poleciały zatem 3 numery z „Księżyca” które zrobiły niesamowity, kosmiczny wręcz klimat. Pozostawiły mnie niespełnionego i pragnącego więcej. Nie omieszkam więc wybrać się na ich koncert w moim rodzinnym mieście za dwa miesiące. Mistrzostwo świata.
Na deser, na scenie głównej podano legendę norweskiego black metalu, autorów mojej ulubionej płyty w tym gatunku, która to została tej nocy odegrana w całości – Mayhem i „De Misteriis Dom Satanas”. Początek był dla mnie małym rozczarowaniem, gdyż z powodu ilości motłochu zgromadzonego pod sceną, byłem zmuszony stanąć nieco z boku, w miejscu, gdzie dźwięk gnany wiatrem, docierał nieco falami. Na szczęście po chwili udało mi się przedrzeć bliżej centralnej strefy pod sceną, gdzie wszystko już było (prawie) jak ta lala. Norwegowie ubrani w kaptury (czy to znaczy, że nie umiom w blek i chowają swoją impotencję muzyczną pod przykryciem?) na tle ogromnej płachty z wizerunkiem kościoła widniejącego na okładce debiutu, odegrali po kolei wszystkie hity z albumu, który zmienił moje życie. Z każdym następnym kawałkiem sceneria na scenie ulegała drobnej metamorfozie. Czuć było zimno, zło i diabła. I nie będę nawet narzekał, że znów co jakiś czas brzmienie się rozjeżdżało, bo w przypadku tego zespołu, i tej płyty, tak chyba nawet być powinno. Pod tym względem Mayhem wypadł wg mnie o piekło lepiej niż Emperor – oba zespoły zagrały set „na zamówienie”, ale w przypadku tych pierwszych pozostawiono więcej miejsca na niedoskonałości. Bardzo dobry występ na zakończenie tegorocznej edycji festiwalu. Niestety, przyszedł czas zawijać się do auta i ruszać nach polen.
Podsumowując – tegoroczny brutal był tradycyjnie inny niż wszystkie poprzednie. Przede wszystkim z tego powodu, że do godzin popołudniowych można było w zasadzie pierdzieć w namiocie albo się ruchać, bo nic ciekawego na scenie się nie działo. Za to kilka koncertów, które było mi dane zobaczyć w godzinach nocnych wynagrodziły tą małą niedogodność (kochanie, nie to mam na myśli!) i sprawiły, że edycję namber 22 uważam po raz kolejny za mega udana! Jak nie zklapcieję do końca, to za rok też będę! Total Satan chuje jebane!!!
- jesusatan


Tekst: jesusatan
Zdjęcia: Rafał Kotylak
https://www.facebook.com/kotlletica/
http://www.kotylak.pl/blog/

Wznowienie materiałów Black Death wyjdzie w Hells Headbangers



Hells Headbangers sets the release date for a special, LONG-overdue reissue of Black Death's self-titled debut album. The CD version will be released November 17th while the vinyl version - which includes a 12" and a 7" - will be released December 29th; the cassette tape version is out now.

Preorder info - as well as a full stream of the album - can be found HERE at Hells Headbangers' Bandcamp. Cover and tracklisting are as follows:


Tracklisting for Black Death's Black Death -main LP-
Side A
1. Night of the Living Dead
2. The Hunger
3. When Tears Run Red (From Love Lost Yesterday)
4. Fear No Evil
Side B
5. The Scream of the Iron Messiah
6. Streetwalker
7. Black Death
   
- 7" 45 RPM-
Side A
1. Here Comes the Wrecking Crew  
Side B
2. Retribution

Debiut Zornheym do odsłuchu


Swedish Symphonic Black/Death Metal masters, Zornheym  debut album "Where Hatred Dwells And Darkness Reigns  is out Today full album streaming over at Non Serviam Youtube Channel:



Dwójka Sjukdom wyjdzie w Osmose Productions


Osmose Productions announces the signing of Norway's Sjukdom. The first fruit of this union shall be the band's highly anticipated second album, Stridshymner Og Dodssalmer, which shall see release early next year.

Natt and Avsky established Sjukdom in September 2011. After having one record under their belt, the pace changed for a faster, more in-your-face style of black metal. This was a change that the whole band was into, and the result came out brutal. With war as a main theme, the music fits the lyrics very well. The music may have changed a bit since the first record, but you can clearly hear that this is Sjukdom. Accompanied by Aske (former member) from Sweden,  the forthcoming Stridshymner Og Dodssalmer turned out to be just the way they wanted.

Release date, cover art, and tracklisting for Sjukdom's Stridshymner Og Dodssalmer to be announced shortly. In the meantime, hear "Naervaer," the first track to be revealed from Stridshymner Og Dodssalmer at Osmose's official YouTube channel HERE.


trójeczka Nocturnes Mist do odsłuchu


Australian black metal veterans Nocturnes Mist stream the entirety of their highly anticipated third album, Diabolical Baptism, at heavily trafficked web-portal NoCleanSinging.com. Following quickly on the heels of last year's scorching second album, March to Perdition, Diabolical Baptism completes an unholy trinity of albums that forever establishes Nocturnes Mist as one of the darkest and most uncompromising antipodean forces. More savage, more immediate, and more engaging, the band goes from strength to strength here, heralding a new era for their characteristically Aussie black metal. Set for international release on September 15th via Seance Records, hear Nocturnes Mist's Diabolical Baptism in its entirety exclusively HERE.


Feel the full force of that rebirth exclusively HERE, courtesy of NoCleanSinging.com. Cover and tracklisting are as follows:


Tracklisting for Nocturnes Mist's Diabolical Baptism
1. Hammers of Hatered
2. Barbs of Sadism
3. Tears of Misery
4. Temple of Malevolence
5. Pale Face Cold Heart
6. Obscure Reaches
7. Upon The Beast Rode a Whore
8. Shadow of the Flame
9. Domina Noctus
10. Ave Satani

 

sobota, 16 września 2017

“In The Beginning” from Nile available again on vinyl after 17 years!





Visit the Hammerheart Records webstore here:

www.hammerheartstore.com

Debiut Nihil Eyes






Following in the battle-hardened footsteps of their forbears, war torn legends like Bolt Thrower and Carcass, Nihil Eyes are here to show the world that British death metal can still go toe-to-toe with the world’s elite; that the birth place of metal still possesses the firepower to compete on every level. Formed in 2016 by lead vocalist/guitarist Casey Jones and drummer Szymon Ogiełło, the duo were joined in early 2017 by bassist Max Morgan. With the crew complete the heavy artillery of Nihil Eyes was ready to roll and progress has been ferociously rapid. Such is the accomplished poise and presence that radiates from these monstrous steel-clad tracks that you’d swear they were the work of veteran campaigners.