Wywiady / Interviews #2

 

ABY PRZECZYTAĆ STARSZE WYWIADY PRZEWIŃ W DÓŁ




Toruński Mag jest zespołem… magicznym. Może to banalne stwierdzenie, ale ich płyty, a przede wszystkim koncerty, mają w sobie coś, co winduje odbiór tej muzyki na wyższy poziom. Dwa lata temu, podczas ich pierwszej wizyty w moim mieście, w towarzystwie Las Trumien i Hostia, chłopaki zrobili tak niesamowity szoł, że kiedy tylko dowiedziałem się, iż grają u nas ponownie, natychmiast zakupiłem bilet na ich misterium. A że mnie natchnęło, to się z nimi umówiłem godzinkę przed The Doors, siedliśmy przy piwie (niektórzy z nas pili co prawda bezwoltowe, ale nie będę wytykał palcem), i pogadaliśmy. Nie tylko o magii.

 

Skąd wam się wziął w głowie pomysł na Maga?

Hubert: W sumie to ja miałem takie parcie, żeby pograć doom metal. Wcześniej, z poprzednią, nasze drogi się rozeszły. Chciałem jednak kontynuować granie właśnie w takim stylu. Udało się zebrać  ekipę, i  formuła się troszeczkę rozwinęła, przez różne podejścia, jakieś upodobania muzyczne innych członków. W wyniku tego powstał Mag.

Konstatnty: Tak, motorem napędowym do stworzenia zespołu faktycznie był Hubert, natomiast nazwa jest ode mnie.

H: Ona się idealnie wpisuje w tą konwencją stoner / doomową, ale nie tylko…

K: No nie tylko. Jakieś inne nawiązania też się tu pojawiają. Choćby do Kata, czyli zespołu, który się nazywał trzyliterowo i, że tak powiem, określał bardzo konkretną  rolę. Ale też na przykład to, że przecież było, i co ciekawe, zostało kilka lat temu reaktywowane, wydawnictwo MAG, którym to w zasadzie stała polska fantastyka lat 90-tych. Czy to chociażby magazyn „Magia i Miecz”, zresztą chyba, popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że właśnie za wydaniem Warhammer Fantasy Roleplay, pierwszej edycji,  też stało wydawnictwo MAG. Na pewno za całym „Światem mroku”, bo  mam zresztą podręcznik do gry, a jakże. „Mag: wstąpienie” z roku 2000 czy 1999.  Ale nie przepadam za tą grą, nie lubię systemów pulowych.

Przed Magiem mieliście doświadczenia w innych projektach. Na ile zdobyte w nich doświadczenie ukształtowało was jako muzyków i jaki miały wpływ na kształt Maga?

K: O kurcze,  nie wiem czy to jest do mnie pytanie, i to tak poważnie zupełnie mówię, ale na pewno miało wpływ, w tym sensie, żeby nie robić pewnych rzeczy tak samo.  Skoro jest jeden zespół, to po to jest drugi, żeby działać inaczej. A jeśli chodzi o jakieś takie doświadczenie…  No z całą pewnością!  Cała ta taka sfera "jak być w zespole" i tak dalej, to te zdobyte wcześniej szlify oczywiście miały tutaj jakieś przełożenie.

H:  Na pewno. Dla mnie Mag  to jest drugi projekt. We  wcześniejszych w których grałem, dwóch równolegle, popełniłem pierwsze riffy, pierwsze numery, i wiedziałem, że chciałbym kontynuować tą formułę. Może nie na tyle produkcyjnie, żeby grać numery, które mają dwa takie same riffy po dziesięć minut, tylko trzymać się gdzieś tego rdzenia, ale troszeczkę tą stylistykę rozwijać.


A które zespoły  mają na ciebie największy wpływ, taki świadomy?

H: Na pewno Electric Wizard. To był ten pierwszy zespół, który  upewnił mnie, że na pewno to jest ta droga, którą bym chciał obrać.  Jeśli chodzi o ten przykład, jest on typowy  w muzie doom/stonerowej, natomiast z innych zespołów…  Myślę, że może przy wczesnym Magu, takim zespołem był Ufomammut, czy Yob. To też są zespoły jakby dookoła konwencji, aczkolwiek mam wrażenie, że troszeczkę jednak wychodzące poza formułę. Mają trochę więcej do dopowiedzenia, w pewien sposób rozwijają ten gatunek.

K: Wydaje mi się też, co jest naturalną koleją rzeczy, że ta lista inspiracji i rzeczy, które faktycznie na tej playliście się znajdują, zmieniała przez lata. 

H: Cały czas się tak na dobrą sprawę zmienia, nie? To był jakiś tam punkt wyjścia, ale myślę, że  teraz też wszyscy słuchamy także  troszeczkę innej muzyki. Podstawa gdzieś tam zostaje, ale cały czas eksplorujemy  nowe rejony, i ten gust ewoluuje, co też przekłada się na muzykę, którą tworzymy.

Jak udało się nawiązać kontakt z Piranha Music? Na ile znaczenie miał fakt, że to label dla was lokalny?

K: Wiesz, no, jedynka Maga to jest tak naprawdę dwójka w katalogu Piranhi.  A jedynką w katalogu Piranhi był „Golem” Diuny (poprzedni zespół Kostka. Przyp. –j.) . Była to zatem naturalna kolej rzeczy, że jak już mieliśmy gotowy ten materiał, chcieliśmy żeby wypuściła go właśnie Piranha.

Inicjatywa była ze strony Patryka czy z waszej?

H: Chyba finalnie ze strony Patryka. Trochę to jeszcze zajęło, zanim w ogóle ten materiał wypuściliśmy, od czasu jego zarejestrowania, w takiej finalnej wersji pod względem miksu i masteringu.  Wiadomo, z Patrykiem już się wcześniej znaliśmy,  Kostek miał z nim też inne współprace koncertowe i wydawnicze. My też planowalismy z jednym z wcześniejszych zespołów grać na evencie Piranhi, choć ostatecznie do tego nie doszło. Ale znaliśmy się, jesteśmy kumplami… Patryk w pewnym momencie stwierdził, że chciałby bardziej pójść w stronę wydawniczą, i już po tej naszej płycie to poszło bardzo z kopyta.  Wyszła Hydra, Las Trumien, Tankograt…

Patryk wypuścił wam od razu dużą płytę. Nie myśleliście, by najpierw dać znać o swoim istnieniu za pomocą pomniejszego wydawnictwa?

H: Wypuściliśmy najpierw singiel, który sobie tak z rok hulał po sieci. Zatem daliśmy jakiś znak o sobie. Były jakieś tam drzwi, żeby skorzystać z  innych wydawnictw, ale finalnie wyszło jak wyszło, i myślę, że jesteśmy z tego bardzo zadowoleni, że  tak ta współpraca się potoczyła, że poczekaliśmy z tym troszeczkę i wydaliśmy to w takiej formie. A poza tym, wydaliśmy ten materiał wcześniej, w takim bardzo ograniczonym rzucie, kilku kaset, jeszcze właśnie nie olajbelowanych.  Zagraliśmy koncert, i przy okazji zrobiliśmy sobie tam dziesięć czy dwanaście sztuk, nie pamiętam ile tego było. Ale bardzo mały nakład.

K:  Rzeczywiście bardzo mało, i jest to dzisiaj taki obiekt kultowy. Jest tam też taka, można powiedzieć, „strona B”  tej kasety, która jest w ogóle totalnym artefaktem.

Debiut nagraliście za fundusze własne?

K: Tak, to była nasza inicjatywa. Nagrywaliśmy to w VIP Studio w Toruniu.

H: Tak, z Jackiem Stasiakiem. Wkład w samą produkcję płyty, znaczy nagranie i postprodukcję, był po naszej stronie. Natomiast jeśli chodzi już o samo fizyczne wypuszczenie płyty, mieliśmy tam jakiś wspólny deal dogadany z Piranhą, żeby to było obustronnie korzystne dla nas.

Kto wam zaprojektował logo? Muszę przyznać, że jest wyjątkowo udane i idealnie odzwierciedlające koncept zespołu.

K: No to jest Adam Bejnarowicz, muzykografika. Także on jest odpowiedzialny za projekty okładkowe pierwszej i drugiej płyty. Jakieś tam wytyczne od nas były.

H: Jeśli chodzi o logo, to najpierw był prototyp, który przygotowałem, bo wspólnie ustaliliśmy, że chcemy, by tam pojawiał się ten kapelusz, który idealnie by pasował. Przedstawiliśmy to Adamowi, Adam od razu to podchwycił, zrobił chyba tylko jedną wersję, i od razu wiedzieliśmy, że to jest w sumie strzał w dziesiątkę. Jest ono tak wyględne, że ja bym się chyba nie chciał się z nim rozstawać.

Wiedźmy, czarownicy, magiczne mikstury, to bardziej tematyka filmowa, fantastyczna. Wierzycie w to, że ktoś jeszcze dziś uprawia tak zwane czary?

K: Nie wiem, czy mogę o tym mówić haha! Wiesz, to jest, kurczę, bardzo poważna sprawa. Zupełnie poważnie teraz mówię. Są na świecie kraje, i to do dzisiaj, choć może jakby w perspektywie przemian społecznych, kulturowych, które tam nastąpiły w ciągu ostatnich trzystu powiedzmy lat, w niektórych z tych krajów te przepisy są martwe, ale jak najbardziej wciąż funkcjonują przepisy dotyczące traktowania osób zajmujących się magią, na które można się powoływać. Na przykład Wielka Brytania, gdzie jak najbardziej wciąż istnieją wytyczne dotyczące postępowania z czarownicami. Więc wiesz, to jest bardzo pojemna dziedzina. Jak najbardziej istnieją ludzie uprawiający magię, jak najbardziej istnieją ludzie, którzy nawiązują do starożytnych tradycji chaldejskich. Zresztą, kurczę, choćby w ostatnich pięciu latach, na przykład, na polskim rynku ukazał się Picatrix. To jest taki dwunastowieczny bodajże, pochodzący z Andaluzji, zbiór rytuałów, informacji dotyczących tworzenia talizmanów i tak dalej. I też trudno oderwać tak naprawdę od magii początki współczesnej nauki. Astronomia stała się możliwa dzięki temu, że budowano wieże obserwacyjne do badania nieba pod kątem astrologicznym na przykład, a tacy ludzie jak Benjamin Franklin, który podłożył przecież ogromne podwaliny pod badania nad elektrycznością, bardzo interesował się ezoteryką.  Więc to nie jest tylko i wyłącznie kwestia jakichś baśni czy fantazmów.

H: Ja bym powiedział, że to jest kwestia postrzegania pewnych spraw. Że można jakby te rzeczy, których nie rozumiemy, bo nie mamy pewnych narzędzi  do ich zbadania, jakieś zjawiska niewytłumaczalne, właśnie tak  skategoryzować.

Spotkaliście się kiedyś z takimi właśnie, niewyjaśnionymi zjawiskami osobiście?

K: Z kilkoma owszem, ale nie wiem, czy to jest kwestia magii, czy nadprzyrodzoności, czy sfery odniesienia albo wyobraźni. Albo elastyczności moralnej. Nie bez powodu parapsychologia jest czymś innym od magii. Magia zakłada zmienianie świata podług woli maga. A parapsychologia, czy różnego rodzaju zjawiska fizyczne, które są trudno wytłumaczalne to jest inna para kaloszy. Bo tu trudno mówić o intencjonalności.

Z jakimi reakcjami spotkał się „Mag”? Były jedynie pochlebstwa, czy krytycy też się trafili?

K: Mnie najbardziej z tamtego okresu zapadło w pamięć, że ktoś nas na Last FM-ie otagował jako NSBM, to było bardzo śmieszne.

Szczerze, to bym tego sam nie wymyślił…

K: No to może to jest właśnie ta magia haha! To są te rzeczy, które wymykają się racjonalnemu pojmowaniu i rozumowaniu.

H: Pojawiały się jakieś tam pojedyncze opinie, które były nie do końca przychylne, ale w dużej mierze, były takie, że wow, że ludziom się to generalnie podoba. Myślę, że wstrzeliliśmy się w taki w miarę korzystny okres, bo wydawaliśmy pierwszą płytę w dwa tysiące dwudziestym. I miałem wrażenie, że ludzie w tamtym czasie byli bardzo chłonni, jeśli chodzi o tą undergroundową muzykę. Nie było wtedy tak dużo koncertów, praktycznie w ogóle w pewnym czasie, więc  ludzie sobie jakoś to kompensowali właśnie muzyką. Równolegle z nami było też trochę innych artystów, którzy właśnie w tym czasie wydawali swoje materiały, jak na przykład Dola. I też gdzieś to potrafiło na takie pozytywne opinie.


Wspomniany okres covidowy mocno was spowolnił?

H: Tak, trochę nas to ograniczyło, bo generalnie wydaliśmy płytę i taką naturalną koleją rzeczy byłoby to, żebyśmy pojechali w trasę. I faktycznie taka trasa była zaplanowana, właśnie z wcześniej wspomnianym zespołem Dola, tylko, że covid pokrzyżował te plany. Z całej trasy udało się zagrać tylko dwa koncerty, w Warszawie i Toruniu, gdzie bardzo ciepło nas przyjęli. W Warszawie był sold out, w Toruniu już nie pamiętam, ale też było sporo ludzi.

Kostek, skąd czerpiesz inspirację do tekstów? Sposób ich pisania jest u ciebie nieszablonowy. To bardziej opowiadania niż poezja.

K: Wiesz co, naprawdę zewsząd. Bo jakby każdy utwór wynika z czegoś, i do każdego była inna inspiracja. Bardzo dobrze u mnie działa, gdy znajduję coś zupełnie przyziemnego i trywialnego z życia codziennego, i zastanawiam się w jaki sposób opowiedzieć o tym metaforami, które są spójne z tą konwencją.  Zatem często są  to sprawy przyziemne. Często jest tak („Że nie…” Przyp. –j.), że się zaczyna od jakiegoś artefaktu językowego. Może przy Magu jest tego mniej niż było przy Diunie, czy materiale,  który robiłem z Wędrowcami- Tułaczami -Zbiegami, ale też oczywiście te artefakty językowe gdzieś tam są utrwalone.  Więc tak, chyba najkrótsza wersja tej odpowiedzi, ale jak najbardziej prawdziwa, brzmi po prostu -  z życia.

Zdarzyło wam się, że ktoś z zewnątrz wchodził z wami w głębszą analizę tekstów?

K: Dość często. Ja w ogóle mam wrażenie, że ludzie się uwrażliwili na ten temat przez ostatnią, powiedzmy, przez trwającą i jeszcze poprzednią dekadę. Że gdzieś w międzyczasie opadło to odium, które się kołatało po polskim rynku muzycznym. Mam wrażenie, że jak jest rockowy czy metalowy zespół, to powinien koniecznie śpiewać po angielsku. Dużo w tej materii zmienił zapewne Black Metal z Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

H: Może trochę wyeksponował  ten język polski. Teraz jakby zespoły z naszej rodzimej sceny, które śpiewają w tym języku, są o wiele lepiej przyjmowane. I tam faktycznie odbiorcy się mocno skupiają na tekstach, one zostają w głowie. Później się przekładają na inne rzeczy i jest jakiś taki trend właśnie na śpiewanie po polsku, który cały czas się utrzymuje.

K: Tak, ja nawet powiem jeszcze a propos właśnie takiego wchodzenia w interakcje stricte z tekstami. Nie wiem ,czy pamiętasz, kiedyś jeden użytkownik Instagrama (To nie pamiętam, bo nie korzystam. Przyp. –j.) opublikował taką rolkę, w której przedstawił interpretację utworu „Nekromanta” z drugiej płyty, że to jest utwór o tym, jak prywaciarz wykorzystuje tanią siłę roboczą w związku z tym, że budżetówka płaci niewiele, bo sama ma niewiele pieniędzy. Był taki post i bardzo mi się spodobał. Trochę było w tym takiej interpretacji, że tak powiem, bliskiej moim założeniom, ale jednak było to coś całkowicie osobnego, i bardzo mi się spodobało . To jest właśnie ta słynna śmierć autora. To są bardzo wspaniałe okoliczności śmierci, żeby umierać sobie jako autor.

Ale widzisz, są to niby opowiadania, ale mówisz, że za każdym z nich stoi jakaś historia. No to ja bym się chciał, na przykład, dowiedzieć na temat tekstu do „W tym Domu Wszystko Było Stare”. Bo dla mnie to jest horror story na zasadzie takiego Mastertona, nie Mastertona. Co zatem za nim stoi?

K: Ból i rozczarowanie jest motywem przewodnim, który stał za powstaniem tego tekstu. I właśnie, że tak powiem, bardzo ciemny ogląd przyszłości. I na tym chciałbym tutaj poprzestać.

„Samotnik z Providence” to jeden z utworów na „Mag”. W jaki sposób twórczość Lovecrafta wpłynęła na waszą muzykę, czy ogólnie, twórczość? Bo wspomniana piosenka to przecież nie wyjątek.

K: Ten utwór jest pewnego rodzaju grą. To jest wspaniały autor jeśli chodzi o cały ten sztafaż wyobraźni. Całe wspaniałe imaginarium Lovecraftowskie naznaczyło bardzo popkulturę, i wyznaczyło pewne ramy gatunku. Jest to pisarstwo, które jest też skażone na przykład przekonaniami, przeświadczeniami na temat życia człowieka, który wychowywał się w białej, elitarnej społeczności Nowej Anglii. Choćby do tego nawiązywałem. To jest bardziej taki dialog z Lovecraftem niż hołd. Powiedziałbym nawet, że ten tekst nosi lekkie znamiona satyry. Bo tak jak mówię, oczywiście jest to wspaniałe imaginarium, i tutaj padło chociażby nawiązanie do zespołu Electric Wizard, którego, myślę, że słuchając nas, trudno nie wyłapać. Jeden z utworów tego zespołu nosi tytuł „Dunwich”, a jeden z najbardziej znanych tekstów Howarda Phillipsa, Lovecrafta, to „Zgroza w Dunwich”.

H: Generalnie gdzieś ta literatura lovecraftowa, literatura grozy, bo w sumie nie chodzi jedynie o Lovecrafta, ale też na przykład Edgara Poe, wszystkie te mroczne sfery gdzieś tam się zazębiają z naszą muzyką. Ludzie czegoś takiego właśnie szukają, więc jest to naturalna kolej rzeczy, że te elementy się ze sobą przecinają.

Jakiś czas temu rozszerzyliście skład zespołu. Pod względem koncertowym?

K: Koncertowym, choć wyszło niejako przypadkiem. Nie mogłem wystąpić podczas jednego z koncertów, to był występ przed szwedzkim zespołem Suma, i się okazało, że żeby zastąpić mnie jednego, jest potrzebne dwóch, więc...

H:  Kostas jeszcze wtedy był odpowiedzialny też za obsługiwanie klawiatury. Wtedy nie było na niej aż tak dużo. Teraz już ona jest takim stałym integralnym elementem zespołu.

K: Tak, i to dało jakby asumpt i przestrzeń, żeby te partie syntezatorowe mogły się bardziej rozbujać i mieć bardziej prominentną rolę w brzmieniu zespołu, co na drugiej płycie, myślę, że jednak mocno słychać, w porównaniu z pierwszą.

H: Było to dzieło przypadku, ale stwierdziliśmy, że nam się to podoba, że taka formuła jednak jest bardziej korzystna, więc w to celujemy.

Jak widzicie główne różnice w procesie powstawania „Mag” i „Mag II: Pod Krwawym Księżycem”?

H: Myślę, że nasza formuła zaczęła się bardziej rozwijać. Druga płyta jest zdecydowanie bardziej dojrzała. Tak ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dla mnie, tworzenie materiału na pierwszą płytę Maga to był taki okres, gdzie jeszcze byłem zachłyśnięty tą stylistyką muzyczną, co zresztą słychać, choćby dlatego, że wszystkie kawałki się praktycznie zaczynają od „C”, i cały czas tam buczy, charczy ten przester. Dużo czuję  jakiejś takiej młodzieńczej energii w tych starych numerach. No i potem dwa lata minęły do momentu, kiedy płyta została wydana. A przy pracach nad drugą, była taka potrzeba, żeby to jakoś urozmaicić, żeby dodać coś innego, czasem troszeczkę bardziej zluzować, zagrać na jakimś klinie na przykład, bardziej nastrojowo do tego podejść.

Wasze koncerty faktycznie są przepełnione magią. Moim zdaniem, nie dość, że w sposób idealny potraficie odtworzyć na żywo sam dźwięk, to dodajecie mu niesamowitej scenicznej oprawy. Na ile ważne są dla was koncerty, i w jaki sposób się do nich przygotowujecie? Standardowo? Czy macie swoje magiczne sposoby?

K: Jeżeli standardem jest przygotowywanie materiału w taki sposób, żeby być z nim zaznajomionym i żeby się nie zastanawiać przy każdym dźwięku, na co, może się tak wydawać, jest  trochę czasu w doom metalu. Ale okazuje się, że wcale niekoniecznie. Granie wolno nie jest takie łatwe, jak by się można było spodziewać.

Co najwyżej perkusista może między uderzeniami wyskoczyć na browara haha!

K: Haha! To też jest tricky, bo właśnie jak jest długie oczekiwanie, to ono musi zostać rozładowane w odpowiednim momencie. Bo jak będzie troszeczkę za długo,  to pojawia się cała gama problemów. Więc myślę, że to utrwalenie materiału. Jeśli chodzi o nasze ostatnie koncerty, to przygotowanie do nich jest troszeczkę taka podróżą sentymentalną. Mimo iż gdzieś tam powstają te nowe dźwięki,  nie chcemy jeszcze za dużo zdradzać, stąd też jest to materiał z dwóch pierwszych płyt. (Ale jednak jeden nowy numer na koniec zagrali. Przyp. –j.).

Gdyby ktoś zapewnił wam nieograniczony budżet, co chcielibyście dodać do swojej choreografii, może jakieś efekty? Jak wyobrażacie sobie taki koncert?

K: Hahaha! Słuchaj, no ja myślę, że przy nieograniczonym budżecie to bardzo dużo pirotechniki.

H: Może tak nie odpowiadając wprost, ale a propos scenografii miejsca, myślę, że nasz zespół pasował by do zagrania w takim miejscu jak kościół, gdzie masz dużą przestrzeń, wysoki sufit, czujesz jakąś taką powagę tego miejsca, że ono w jakiś sposób cię przytłacza. W takich warunkach nasza muzyka miałaby okazję ciekawiej wybrzmieć.

Kostek, twój wokal jest niesamowicie silny. Jednocześnie niebywale emocjonalny. W jaki sposób ćwiczysz głos, tudzież, jak dbasz o higienę gardła?

K: Wiesz co, teraz na pewno dbam bardziej niż kiedyś. Na przykład kiedyś byłem ogromnym amatorem papierosów. Już nie jestem. Oczywiście ćwiczę wokal. Choć teraz już nie muszę odkrywać drogi do osiągnięcia pewnych dźwięków, tylko czasami muszę je korygować. Ja po prostu lubię śpiewać i robię to nie tylko na próbach.

Czyli na co dzień też ci się zdarza? Domowników to nie irytuje?

K: Już się przyzwyczaili, nawet zdążyli to polubić. Jak nie śpiewam, to dopiero jest dziwnie. Dokładnie tak. Szczególnie jak odkrywasz jakąś nową muzykę, to aż się chce do niej śpiewać. A z drugiej strony bardzo lubię repertuar, który nie kojarzyłby się z artystą metalowym, i obcowanie z nim bardzo dużo otwiera i pozwala czerpać.

Jakich artystów masz na myśli?

H: Zenka Martyniuka!

K: Haha! To chyba ty. Uważam, że najpiękniejszy głos jaki słyszałem to jest… właściwie trudno wskazać jedną osobę, ale pamiętam nagranie chóru prawosławnego z Bejrutu, w Libanie, gdzie był taki mnich o przepięknym barytonie. Oni wykonują utwory w tradycji prawosławnej, ale w języku arabskim. Przepiękny jest ten jego głos. Jak sobie wpiszesz w platformy streamingowe tytuł „Ihmadou Al Rab”, to jest to właśnie ten przepiękny  utwór. Ja się wzruszam za każdym razem jak go słyszę.

A spotkałeś się z porównaniami do Romana Kostrzewskiego? Poza moją recenzją, w której o tym wspominałem.

K: Bezustannie hahaha! Bezustannie, ale to miłe, bo Roman ma bardzo pozytywne konotacje. Jak chociażby usłyszałem po Red Smoke’u, od kogoś, że on, czy też ona, bo już nie pamiętam, czy to była kobieta czy mężczyzna… Ale mówiła ta osoba, że się poczuła osierocona przez śmierć Romana Kostrzewskiego, i druga płyta Maga jej tą pustkę pomogła zapełnić. Zatem ja się za bardzo nie odżegnuję, aczkolwiek myślę, że to nie jest to samo. Chociaż, oczywiście, nawiązania są, są świadome… Zwłaszcza na pierwszej płycie. Ktoś kiedyś w komentarzach na Youtube napisał, że to jest Kat Sabbath, to pomyślałem „Człowieku, właśnie o to chodzi”.

Będąc jeszcze przy tekstach. „Tryktrak”… Mówi się, że np. Jonas Renske z Katatonia ma tak niesamowity głos, że mógłby czytać „paragon z Biedronki”, a i tak zabrzmi to genialnie (i w sumie z tym się zgadzam, pomijając, że sam zespół od dłuższego czasu gra muzykę im samym uwłaczającą). Skąd pomysł na takiego rodzaju tekst?

K: Wiesz, ja bardzo lubię tę grę! Haha! To jest bardzo dobra gra.

…losowa dla dwóch graczy!

K: Losowa dla dwóch graczy… Ma jakoś z pięć tysięcy lat. Choć tak naprawdę mniej, bo pięć tysięcy to ma gra królewska z UR, która jest przodkiem Tryktraka, ale najstarsze plansze stricte Tryktraczne znajdowane były na wykopaliskach z ery przedchrystusowej. Więc gra bardzo stara, poza tym wiele gier można na tej samej planszy toczyć… I nie jest przypadkiem, że różne książki poświęcone grom na całym świecie, zbiór gier, który jest w nich prezentowany, jeśli nie jest prezentowany w kolejności alfabetycznej, to bardzo często jest to pierwszy tytuł. Jest to gra starsza od szachów, co też jest istotne i ważne. W przeciwieństwie do szachów, z względu na losowość istnieje w niej możliwość, że nowicjusz wygra z graczem bardzo doświadczonym. Stąd też chęć zaczerpnięcia, bo też z drugiej strony, ciekawy przypadek w naszej kulturze, bo jak kilka razy zdarzyło mi się rozłożyć planszę Tryktraka, to ktoś się przyglądał, i mówił „A ty umiesz w to grać?”. Bo Backgammon był grą systemową, na Windowsie 95 czy 98, ale ludzie nie znali zasad. Bo u nas, z jakiegoś powodu świadomość, i zdolność rozgrywania tej gry po prostu się zatarła. I dlatego nie każdy pamięta, że ta gra się nazywa Tryktrak po polsku, a nie Backgammon.

Nie wyobrażam sobie, byście taką muzykę tworzyli bez żadnych wspomagaczy. Macie jakieś swoje ulubione, magiczne specyfiki?

K: Odmawiam odpowiedzi na to pytanie! Haha!

H: Tak, lepiej zostawmy je bez odpowiedzi.

Wracacie do Bydgoszczy po dwóch latach, kiedy to gościliście u nas przy okazji trasy z Las Trumien / Hostia. Jak wspominasz tamten set?

K: Bardzo ciepłe i przyjemne przyjęcie przez publiczność. Bardzo dobre występy, zarówno Lasu Trumien, jak i hostii. A tak w ogóle, to był jedenasty listopada. Święto niepodległości Polski. A dzisiaj na przykład też mamy ciekawą rocznicę, ponieważ gramy w Bydgoszczy w sześćset osiemdziesiątą rocznicę nadania jej praw miejskich. To chyba jest warte odnotowania. Mamy szczęście do grania w Bydgoszczy w ciekawych datach.

H: Tamten koncert ze strony muzycznej wyszedł bardzo dobrze, odbiór też był super. Natomiast personalnie był od dla nas trochę cięższy, bo to był ostatni koncert w składzie, który wtedy funkcjonował. Jednocześnie wieńczył cały rok bardzo intensywnego grania, bo zagraliśmy w dwudziestym trzecim kilka festiwali, kilka pojedynczych strzałów, a to był właśnie finisz.

K: Ja jeszcze chory byłem straszliwie, pół apteki w siebie wpakowałem, żeby być w ogóle w stanie wystąpić. Ale jakoś poszło.

A wolicie grać w małych klubach, czy na festiwalach?

K: Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, nie wiem w ogóle, czy się da. Bo to są dwa zupełnie różne doświadczenia. Tutaj (Over the Under – przyp. –j.) , albo w klubie nawet mniejszym, bo ten jest przecież całkiem spory, jest ta atmosfera intymności, bliskiego kontaktu i takiej konfrontacji ze słuchaczem. Na festiwalu tego nie ma, ale z drugiej strony jest coś, czego w klubie nie ma się zemulować. Takie poczucie rozchodzącej się fali. Szczególnie jak ludzie się bawią, to wtedy to eksploduje i idzie aż pod samo niebo. Dużym walorem festiwali jest też szansa dotarcia do nowego słuchacza. Bardzo dobrze wspominam na przykład nasz koncert na Mystic…

H: Gdzie wtedy ta dziewczyna przyszła ze swoimi rodzicami na koncert…

K: Tak, to jest ciekawa rzecz. Zresztą teraz była kontynuacja tej historii, bo byli teraz też w Poznaniu. Minęły dwa, czy trzy lata, i nadal nas słuchają. Ale całość tego koncertu była niesamowita, bo to był pierwszy występ tego dnia, ostatni dzień festiwalu, więc było szokujące, że tylu ludzi chciało się na niego zwlec o tej godzinie. Bo wiadomo jak jest. Reakcje były fantastyczne, ludzie nas wtedy na bis wywołali! To nas kompletnie zaskoczyło. To był jeden z najlepszych koncertów, jakie mieliśmy do tej pory okazję zagrać.

H: I takim przełomowym, bo on otworzył to całe festiwalowe lato z Magiem. Wcześniej nie graliśmy w tym formacie, bo były to występy w klubach. Trochę się rozsmakowaliśmy w graniu festiwali. Ale odpowiadając na pytanie – ja bym nie wybierał „albo albo”. To i to ma swój klimat. Ja bardzo lubię grać koncerty, czasem mnie nachodzi, że bym sobie w jakiejś małej pipidówie zagrał. Ale to by było dziś cięższe do wykonania.

Jak by nie patrzeć, od „Księżyca” upłynęły cztery lata. Kroi się coś nowego?

K: No kroi się. Ale nie wiem, czy jeszcze troszeczkę nie za wcześnie, żeby o tym mówić, dlatego, że jesteśmy jeszcze przed sesją nagraniową. Studio mamy zaplanowane na ten rok. Nowy skład, więc znowu jakaś ewolucja stylu. Nie jestem recenzentem, i nie mi oceniać własną twórczość, ale myślę, że twarz zespołu Mag jest tam zachowana.

H: Jest cały czas ten sam core, ale zaczęły pojawiać się też nowe ścieżki. Grając co gramy, z założenia osadzamy się w pewnym rejonie, ale też eksplorujemy nowe. Ja to w nowych numerach czuję.

Wspominaliśmy wcześniej o inspiracjach wokalnych. A w odniesieniu do samej muzyki? Coś „niemetalowego” też was czasem inspiruje?

K: Arab techno. Bardzo, naprawdę. Omar Slayman, Ammar 808… Polecam, bo to fantastyczni artyści. Albo Acid Arab, który jest chyba dość regularnym gościem w naszym kraju. Rapowe rzeczy też, jak najbardziej. Ale inne rzeczy też, jak ulubiony chyba Etno zespół doom metalowców, mongolskie Huun-Huur-Tu, jest wspaniałe. Ostatnio wróciłem do ich muzyki, i odświeżyłem sobie ich wspólny album z żeńskim chórem z Bułgarii. Przepiękne są te utwory.

H: Generalnie się nie zamykamy. Osobiście mam ostatnio spore zajawy na shoegaze, albo psychodeliczny rock, co też chyba ma jakiś wydźwięk na nowym materiale. Trochę jazzu, polskiego rocka. Metalu to chyba ostatnio jest najmniej, jeśli chodzi o muzykę, którą sobie sam, intencjonalnie włączam w domu. Więcej mam z nią styczności na koncertach, festiwalach, czy na próbach u znajomych.

Zapytam jeszcze, Kostek, i to nawet śpiewająco, bo wspominaliście o mistrzu Martyniuku, o współpracę z Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi. „Jak do tego doszło nieee wieeem…”

K: Wiesz co, doszło do tego ze względu, że spodobał się nasz koncert na Summer Dying Loud, to tak a propos występów festiwalowych, i docierania do nowych osób. Panowie z Furii nas wtedy mieli okazję zobaczyć, i krótko po tym, minął miesiąc, może dwa, Sars napisał do mnie, że jest taki a taki temat… Dla mnie to było bardzo duża nobilitacja, bo pamiętam, jak odkryłem materiał Duszę Wypuścił, będąc jeszcze licealistą, i to mnie absolutnie zmiotło z planszy. Miałem poczucie, że wow – takiej muzyki, to nikt, kurwa, na świecie nie gra. Potem to się przekształciło w Wędrowców, już razem ze Stawroginem… Tak że w ten sposób to wyglądało. Zostały mi przedstawione jakieś tam ramy i założenia, również informacja, że to będzie ich ostatni krążek. Napisałem teksty, troszeczkę musiałem w ich napoprawiać zresztą, ale to bardzo dobrze, bo to jest fajne doświadczenie być autorem w zespole, gdzie tą ostatnią bramkę cenzorską w tej materii trzyma ktoś inny. Dwa utwory były gotowe wcześniej, jeden powstał w ramach improwizacji, już w studio, czyli „Jak spalić wieś”, który był takim naszym dialogiem…

Słyszałem historię na ten temat, że to była wymiana SMS-ów w nawiązaniu do sesji zdjęciowej  haha!

K: Hahaha! Tak, tak, dokładnie haha! To było u nich, a potem jeszcze pojawiła się moja odpowiedź na pytanie „jak spalić wieś?”, czyli „podłączyć silniczek” i tak dalej… Fantastycznym doświadczeniem było też nagrywanie tego singla, którego nie ma na płycie, to jest rewelacja. Bo ten tekst, który jest w „Agapie” ma kilka interpretacji, kilka linii melodycznych, i akurat to, co zrobił Mateusz w wersji singlowej, jest moją ulubioną. To jest ten styl, że, po prostu, przeciwsłoneczne okulary na skroni, przeciera, i „Parne wieczory końca aa lataaa…”. To jest sztos.

Gdybyście mogli być faktycznie magami, co byście we współczesnym świecie zaczarowali, albo odczarowali?

K: Ja bym chyba chciał, żeby złoto przestało być czymś, co, jak pokazuje nam akurat nauka a nie magia, że złoto najprawdopodobniej pojawiło się u nas jako pierwiastek pozaziemski, coś co spadło z meteorytem… Bym chciał, żeby było więcej złota na Ziemi. Może wtedy ludzie mniej by świrowali na jego punkcie. I innych pierwiastków ziem rzadkich. Czyli zmieniłbym magicznie ekosystem. Nie chcę tu mówić o wpływaniu na ludzi, że gdybym miał magiczną moc, to bym zrobił z nimi tak czy tak, bo mogłoby się okazać, że ludzie działający wedle ściśle ustawionych przeze mnie intencji działają jeszcze gorzej.

H: Wielka moc to wielka odpowiedzialność.

K: Dokładnie tak! Jak uczył wielki czarodziej Wujek Ben haha!

A na scenie, metalowej?

K: Myślę, że scena metalowa jest tak czarodziejska, jak tylko może być. Daje ludziom furtkę, niczym te drzwi w starej szafie do Narni. Ona daje podobną firtkę ludziom, którzy chcą żyć dobrze i w miarę normalnie do tego, żeby czasem mieć kontakt z tym swoim cieniem i tą bestią żyjącą w nas. Ale kontakt taki, który pozwala zostać jej w tej szafie.

H: Mi się wydaje, że w scenie nie ma co na dziś zmieniać, bo jest ona w bardzo dobrej kondycji. Jest coraz bardziej różnorodna, eklektyczna, ludzie są coraz bardziej otwarci na eksperymenty (Mocno bym polemizował. Przyp. –j.).

Wielkie dzięki za poświęcony czas. Rzućcie na koniec jakimś zaklęciem.

K: Oczywiście. Magią to potęga!

- jesusatan

Zdjęcia (w kolejności): Bartosz Filipczyk / Muzyczne Retrospekcje / Karol Makurat / Patryk Młody







Czy w ramach bardzo hermetycznego gatunku, jakim jest war metal, możliwe są jeszcze jakiekolwiek eksperymenty? Czy wojenny metal i techno to dobre połączenie? Jeśli macie wątpliwości, to zapewne nie mieliście jeszcze okazji spotkać się z chorobą DeathEpoch, czyli tworu zrodzonego z trzewi Morgula (dowódcy Putrid Cult) i Lorda Kaosa (tego herbatnika przedstawiać chyba nie muszę). Temu pierwszemu miałem ochotę zadać kilka pytań już po debiutanckim „Abysmal Invocation”, ale temat jakoś się rozmył. Powrócił w chwili wydania kolejnego pełniaka, którego premiera miała miejsce parę miesięcy temu. No to bez przedłużania, poczytajcie, co facet miał do powiedzenia na tematy bardziej, i mniej muzyczne.


Cześć MordŻul. Powiedz, ksywkę sobie wybrałeś, bo zawsze lubiłeś pić na umór? Bo chyba dokładnie to ona oznacza? Czy może się mylę?

Dokładnie tak było. Pamiętaj, że ten, co nie jest w stanie wciągnąć pół litra czeczena na raz, ten nie ma prawa nazwać się mężczyzną, hahaha!

No dobra, sobie pożartowaliśmy, to przejdźmy do rzeczy. Prowadziłeś se legancko swoją stajenkę, która przez lata zyskała określony status na krajowej, i nie tylko, scenie. Skąd ci nagle przyszedł do głowy pomysł na DeathEpoch? Z tego co wiem, to wcześniej chyba niezbyt muzykowałeś.

DeathEpoch to jest nasz, mój i Kaosa, wspólny pomysł, a zrodził się tak naprawdę za sprawą pandemii. Obaj mieliśmy duże przestoje w naszych pracach zawodowych, więc jakoś trzeba było spożytkować wolny czas. K. kupił sobie perkusję do "popykania" w domu, a ja wyciągnąłem swoją gitę, żeby sobie poprzypominać, jak to leciało jakiś "Master of Puppets" czy "Symphony of Destruction". W końcu Kaos rzucił temat, czy jakby nagrał ślady beczek, to czy dogram do tego riffy? No i pewnie, temat został przyklepany. On za jednym dosiadem nagrał beczki, a ja najebałem riffów na kilka płyt do przodu, haha. Razem przy gęstym alkoholu przesialiśmy to przez sito — co się nada i co pasuje, a co jest do wyjebania, później doszły wokale i te wszystkie elektroniczne wstawki, i tak w ciągu niemalże jednego weekendu zrobiliśmy całe „Abyssmal Invocation”.


Myślałem, że to bardziej ty zaprosiłeś Kaosa. Bo wiadomo, Nekkrofukk jest w określonych kręgach w chuj popularny, i DeathEpoch jakoś by się pod tą nazwę podpiął. A przynajmniej byłby to idealny slogan reklamowy.

Tak jak wspomniałem powyżej, to jest nasz wspólny zespół, nie ma frontmana, dzielimy się robotą na pół. I nikt nikogo nie zapraszał, bo my z Piotrem jesteśmy jak bracia, także tu sprawa była jasna, że jeśli już mam wrócić do grania, to albo z nim, albo wcale. To nasz wspólny projekt, tu nie ma kapo i wyrobnika. Kaos robi swoje, ja swoje i później to wspólnie staramy się połączyć w całość. Wiadomo, Piotr to jest muzyk pełną gębą i jego warsztat bije mnie na łeb, więc on robi perkusję, wokale, elektronikę oraz oprawę graficzną, ja tylko gitary. Tak po prawdzie, nie planowaliśmy tego na początku nawet wydawać, tylko mieć taki swój stuff z szuflady do posłuchania dla siebie i znajomych. My gramy właśnie taką muzykę, którą sami chcemy słuchać i daje nam ona satysfakcję, bo na rynku nie ma drugiego takiego tworu. Przysłowiowo: żeby napić się piwa, zrobiliśmy sobie browar, haha! No ale właśnie, wracając: gdy wysłaliśmy to kilku kumplom, to wszyscy reagowali tak samo: "Ooooo kurrrrwaaaa!", i po takiej recenzji nie sposób było zagrzebać tego demona, więc puściliśmy go w świat.

Warmetalowe klimaty to nie gatunek, który jest w stanie zagwarantować, nazwijmy to ogólnie, popularność. Jest dość oklepany i przewidywalny. Wam jednak udało się nieco odświeżyć jego formułę. Czyim pomysłem było zmieszanie Blasphemy z podziemnym niemieckim techno, że tak sprawę uproszczę?

Nikt nie liczył na popularność, zresztą tak jak mówisz, czas War Metalu już dawno minął, jednak to jest ta energia, która płynie w naszych żyłach i która najbardziej z nami współgra. Dużo nakombinowaliśmy z tymi stylami, nie ma nudy ani w tworzeniu, ani w słuchaniu, więc w tej sytuacji DeathEpoch ani oklepanie, ani przewidywalność kompletnie nie grozi. Obaj słuchamy sporo elektroniki i obaj chcieliśmy zmieszać te dwa gatunki. W sumie to dwa najbardziej ekstremalne odmiany muzyki, więc pasowały nam jak ulał do tego, by jak najbardziej zbliżyć się do apokaliptycznego klimatu.

Nie bawiliście się w demo, EP-ki - srepki i tym podobne, tylko od razu zrzuciliście atomówkę w postaci pełniaka. Dlaczego tak?

Tak jak pisałem powyżej, puściliśmy jak z rękawa masę materiału, więc szkoda było to dzielić, tym bardziej że „Abyssmal” to bardzo spójny i przemyślany album. Krótsze materiały poszły na splity.

Nagrywając „Abysmal Invocation” nie miałeś tremy przed objawieniem światu swojego „talentu” haha? Paluszki nie drżały?

Trema? Przecież to miała być muza do szuflady. „Abyssmal Invocation” to nie był pokaz talentu, tylko wyplucie wszystkiego, co gnije w środku. Tam nie chodziło o to, żeby komuś się spodobać, tylko żeby oczyścić gówno z duszy. Ten materiał powstawał w dość zamkniętym stanie umysłu — było dużo alkoholu, improwizacji, intuicji, ciężaru duchowego. Nie mieliśmy planu, jak to ma brzmieć „na zewnątrz”. Robiliśmy swoje: rytualnie, organicznie, instynktownie.

Płytę wydałeś sam. Kurwa, pójście na łatwiznę. Próbowałeś rozsyłać jakieś promo do innych labeli, by przynajmniej sprawdzić, czy ta muzyka jest w ogóle warta funta kłaków?

W dzisiejszych czasach większość labeli jedzie na tym samym wózku, mimo że patrząc z boku jako laik, możesz pomyśleć np. że taki OSMOSE to moloch i niewiadomo jak tam wszystko schodzi. A rzeczywistość jest taka, że oczywiście jest to świetny label z kultowym statusem, ale czasy świetności ma za sobą, bo to już nie są czasy na sprzedaż metalu. Żeby nie być gołosłownym, zwróć uwagę, że wydali przecież przezajebisty album Mord „Necrosodomic Abyss” 17 lat temu w limicie 500 sztuk winyli, przeceniali je już setki razy, i do tej pory nie mogą się ich pozbyć, haha! A takich przykładów wydawnictw, które leżą latami, nawet w tych dużych labelach, są setki, jak nie tysiące. Mało tego, zobacz, że nawet ci "duzi" wydawcy wydają już limity 300 sztuk, bo wiedzą, że to nie zejdzie i myszy będą pierolić się w pudłach z płytami, haha! W dobie Internetu każdy, kto chce dotrzeć do danego zespołu, to wyciągnie go nawet z największych odmętów undergroundu. Więc tak naprawdę więcej plusów było po stronie wydania DeathEpoch samodzielnie. Było kilka ofert z dużych wytwórni, ale warunki nie były korzystne. Teraz przynajmniej sam trzymam rękę na pulsie

Wspominałeś, że pierwszy odzew był zaskakująco dobry. Po wydaniu, więcej pozytywnych opinii dostaliście z kraju, czy ze świata?

Tak, odzew był bardzo dobry. Jak wspominałem, odezwały się duże wytwórnie i padły nawet oferty koncertowe, m.in. trasa z Denial Of God, no ale to był czas pandemiczny, a my i tak mamy w dupie granie koncertów. DeathEpoch to zespół dwuosobowy i tak zostanie do końca. O dobrym odzewie świadczy też fakt, że to wszystko wyprzedaje się na pniu i leci głównie za granicę.

A trafił się jakiś pederasta podobnie uszczypliwy co ja, w temacie promowania nowego zespołu ze względu na obecność w składzie Diabła z Nekkrofukk?

Eeeee nie, jesteś jedynym intrygantem hahahaha :)

Wspomniałeś, że Kaos tworzy oprawę graficzną. Dostaje od ciebie jakieś wskazówki, czy ma wolną rękę?

Kaos jest odpowiedzialny indywidualnie za wizualną stronę DeathEpoch. Zna się na tym znakomicie, a że mamy podobny gust, więc nie wcinam mu się w robotę, bo wiem, że zrobi to najlepiej.

Powiem szczerze, że lekkim zaskoczeniem był dla mnie wasz split z Sathanas, bo to, jak by nie patrzeć legendarny band, a wy dopiero raczkowaliście. Jak doszło do współpracy?

Paul Tucker napisał do mnie pierwszy z ofertą splitu. Dostał od jakiegoś swojego kumpla sztukę „Abysmal” i, jak twierdzi, został rozjebany na łopatki. A że Sathanas to zespół zahartowany w podziemnych bojach, to znają realia rynku i nie mają wymagań na miarę zespołu swojej klasy, więc szybko dobiliśmy targu. Ten split napawa nas wielką dumą, bo  tak jak mówisz  to jest zespół kultowy.

Chwilę wcześniej był też split z Upon the Altar. Znów, to była wasza czy ich inicjatywa?

Split z UTA wyszedł trochę przy okazji. Bartek napisał do mnie, czy nie mam jakiegoś zespołu poruszającego się w klimatach black/death, który pasowałby klimatem do ich materiału, a my akurat w tym czasie kończyliśmy swoje kawałki. Więc obaj stwierdziliśmy, że to będzie najlepsze połączenie dla obu kapel. Wydaje mi się, że wyszło bardzo ciekawie , bo oba zespoły poruszają się w gruzowej stylistyce, a jednak bardzo odległej od siebie, co powoduje, że na tym krążku bardzo wiele się dzieje.

Jeśli chodzi generalnie o splity, to jakie masz do nich podejście? Jakie warunki musi spełniać drugi zespół, żebyście zdecydowali się dzielić w nimi płytę? Bardziej braterstwo muzyczne, czy ideologiczne?

Split w naszym wykonaniu to nie akt współpracy, klepania się po plecach, umawiania na piwko itp. Tylko wspólne splunięcie światu w twarz. Nie szukam braterstwa, nie potrzebuję zgody. Ma być gniew, nienawiść i rozpierdol. Jeśli drugi zespół czuje ten sam stan, ten sam wstręt do tego, co dookoła , wtedy możemy razem zacząć taplać się w wspólnym bagnie. Ale żadnych kalkulacji, żadnych uprzejmości. Split to krótka chwila, kiedy dwa organizmy żrą się nawzajem i wypuszczają to, co w nich najbardziej zepsute. To wojna na jednym polu bitwy,  gdzie albo stoicie po jednej stronie barykady, albo walczycie ze sobą. Albo jesteś częścią tej wojny, albo jesteś turystą. A z turystami nie dzielimy materiałów.


Wspominałeś, że koncertów grać nie będziecie. A może jednak, z czasem, chcielibyście udowodnić, że nie tylko Bolzer potrafia w duecie roznieść na strzępy. Albo dokooptujecie sobie jednak kogoś do składu?

Nie myślimy o koncertach DeathEpoch. To projekt całkowicie studyjny. Obaj z Piotrem dogadujemy się najlepiej i nie przewidujemy powiększenia składu. Poza tym obrośliśmy już w kapcie, więc warunki domowe w naszym wypadku tworzą najlepsze środowisko do siania plugastwa. Zresztą koncert źle by się skończył dla wszystkich. Przy tak ekstremalnej muzie i alkoholu, milicja byłaby na miejscu już po drugim kawałku, haha!

Satanistyczna symbolika to dla was tylko symbolika, czy coś głębszego?

To nie jest żadna symbolika, to jest manifestacja nienawiści. Krzyże, kozy, ogień, odwrócone świętości - to nie ozdoby, tylko broń. To jest nasze splunięcie na wszystko, co święte. Satanizm to nie idea - to instynkt. To wyraz całkowitego odrzucenia tego, co nazywane jest światłem, porządkiem, ładem, boskim planem. Symbolika to język - narzędzie, którym komunikujemy nasz brak wiary w jakikolwiek ład wyższy poza wolą jednostki. I jeśli coś z tej symboliki rezonuje, to nie z powodu estetyki, ale dlatego, że to głos czegoś pierwotnego i nienawistnego, co od zawsze czai się pod skórą. A my to tylko wypuszczamy na wierzch. My nie wierzymy w Boga. My wierzymy w spalenie jego świątyni.

Przed chwilą premierę miał wasz drugi pełen krążek. Jak zauważasz zasadnicze różnice między „Abysmal Invocation” a „Legalize Satanic Murder”? Zarówno pod względem czysto muzycznym, jak i twórczym.

„Abysmal Invocation” to efekt improwizacji,  budowania utworów w czasie rzeczywistym, bez rozpisywania, kminienia, planowania aranżacji itp. Surowy, brudny i pełen negatywnej energii. To był czas, kiedy szukaliśmy swojego brzmienia i formy, więc płyta jest bardziej chaotyczna. Jest tam sporo przestrzeni, eksperymentowania i klimatu. To taki kocioł, w którym mieszaliśmy swobodnie wszystkie nasze najlepsze pomysły. Poza tym,  jest przesiąknięty upiorną atmosferą apokalipsy, czego nie mają pozostałe materiały.

„Legalize Satanic Murder” to krok do przodu. Płyta jest bardziej przemyślana i lepiej zagrana, mega brutalna, ciężka do granic możliwości. Tu skupiliśmy się na ciężarze, motoryce i bezlitosnym groove, a mniej na atmosferze i ambientowych wstawkach. Jest dużo death metalu, a mało power electronics, haha!

Chcielibyście aby satanistyczne morderstwo stało się prawnie dozwolone. Jaki w tym sens? Komu to potrzebne, a dlaczego?

Oczywiście, jest wielu ludzi na świecie, którzy stanowią bezmózgą ludzką papkę - nie mają swojego życia, wartości, a jedynie cały czas wpierdalają się na chama tam, gdzie nikt ich nie chce. Są nierobami, pasożytami rodzin, swojego otoczenia i systemu. Żerują na wszystkich, trollują, podpierdalają i syfią dookoła, a na końcu uważają, że wszystko się im należy, bo żyją  i zabierają innym tlen. Więc chyba najlepiej sprawdziliby się, dekorując okładkę metalowego zespołu swoim rozfiletowanym truchłem, lub stając się karmą dla psów, haha! Nie powiesz mi, że nie znasz w swoim środowisku ludzi, którzy nadają się jedynie do spełnienia tej funkcji i nikt by nawet po nich nie zapłakał, haha!

Ukryta ścieżka zawiera coś na kształt coveru Ramones. To bardziej prowokacja, celowo odmienna stylistycznie przeróbka, czy, kurwa, co?

Tak jak mówisz,  to coś na kształt coveru, ale coverem nie jest. Podoba nam się szkielet tego utworu. Jego motoryka i trzy riffy na krzyż, haha! Pasuje idealnie pod przeróbkę war metalową. Dlatego dojebaliśmy tam ostrego wojennego gruzu, teksty o skórowaniu ludzi  i wyszła z tego kanibalistyczna przeróbka Ramones, haha!

Na ile istotne są dla was teksty DeathEpoch? Pytam, bo… Po pierwsze, i tak nikt ich przy bulgocie Kaosa nie zrozumie, i dwa, nie ma ich na wkładkach.

Teksty mają olbrzymią rolę  stanowią integralną część utworu oraz cały koncept: w którą stronę iść z klimatem, a co za tym idzie, wstawkami, brzmieniem itd. Każdy numer opowiada jakąś historię albo jest preludium apokaliptycznych wizji,  i to wszystko ma swoje odbicie w muzyce, nastroju i lirykach. Bez tego utwór jest jak wydmuszka. Zresztą Kaos też musi mieć co bulgotać, a nie jakieś bezsensowne „uła buła”. Wiesz numer, który opowiada o seryjnych morderstwach, nie będzie miał klimatu i wstawek ambientowych np. z Czarnobyla. To wszystko musi się po prostu składać w jedną, dobrze zgraną całość.

Myślicie, że w obecnym systemie politycznym, zespoły pokroju DeathEpoch czy Nekkrofukk mogą spać spokojnie? Nie obawiacie się, że po powrocie do władzy prawicowych oszołomów (co według mnie jest nieuniknione) ktoś zacznie się wam dobierać do dupy?

Eeee, nie. Podziemie to na tyle nisza w niszy, że nawet przeciętny metalowiec nie jest w stanie dotrzeć do takich zespołów. A co dopiero jakieś dziwne służby? Zresztą komu by się chciało i co by to miało na celu? To jest zbyt marginalna szkodliwość społeczna, żeby komukolwiek chciało się ruszyć dupę, haha! A co by on niby zarzucił? Że wokalista nawołuje do nienawiści i zbrodni, bulgocząc niezrozumiałe teksty? Hahaha :)

Wspomniany skręt w prawo z jednej strony wcale mnie nie dziwi. Bez sugerowania z mojej strony, pod jakim względem, sam się na ten temat wypowiedz.

Świat robi się niepewny, ludzie się boją  i wtedy zaczynają szukać "silnej ręki", prostych rozwiązań, kogoś, kto powie: „będzie tak i chuj”. Mamy inflację, wojny za granicą, kryzysy energetyczne, imigrację, której nikt porządnie nie ogarnia to wszystko się ludziom kumuluje w głowach. A jak do tego dochodzą ci wszyscy politycy, którzy latami tylko jebali o wartościach, a potem robili przekręty... No to ludzie mówią: „Pierdolę to, nie wierzę już w tych miękkich gości. Dajcie kogoś, kto przynajmniej wali prosto z mostu, nawet jak trochę przegina”. Z imigrantami  to samo. Jak ludzie widzą, że gdzieś we Francji czy Niemczech jest chlew i strach wyjść wieczorem, to potem głosują na tych, którzy obiecują „jebać migrantów”, „bezpieczne granice” i tak dalej. A teraz jeszcze ten cały klimat, blackouty, normy unijne, zakazy, nakazy… Ludzie mają dość. I jak ktoś krzyczy: „jebać Brukselę, wróćmy do swoich spraw” to ludzie klaszczą. Bo mają dosyć bycia ciągle na kolanach. A że z tego wszystkiego polityka skręca w prawo? No tak  bo to prawica dzisiaj obiecuje „siłę”, „tożsamość”, „obronę granic”, „koniec z uległością”. Lewica gada o równości i tolerancji, ale nie ogarnia, że ludzie chcą po prostu czuć się bezpiecznie i godnie żyć. A że jedni i drudzy kłamią  to już inna para kaloszy, haha!

Co cię najbardziej wkurwia w polskiej scenie metalowej?

To, że jest podzielona, skłócona i najbardziej niedoceniona przez… polskich fanów. W Polsce od lat na scenie panował syndrom „kogucika”. Każdy stroszył swoje piórka, uważał, że jest jedynym true, a wszyscy inni to pozerzy. Przez to powstawały (i wciąż powstają) bezsensownie wrogie sobie nawzajem obozy, które teraz nie walczą na pięści, tylko podkładają sobie świnie na socjalach albo obsmarowują sobie dupy w towarzystwie. Traci na tym cała scena, bo "polaczkowatość" trawi ją od środka. Zamiast wspierać polski underground, teraz jest moda na szyderę: „że serek”, „że cebulka”, „że zagraniczne metale to ho ho zajebiozka”, itp. A tak naprawdę polski metal ma na świecie bardzo silną pozycję. Tyle że "my", jako „metalowe społeczeństwo” tego kraju, podcinamy temu gatunkowi gardło. Zajebiste płyty się nie sprzedają, bo mają znaczek „Made in Poland”. Zobacz, poza kilkoma dużymi eksportowymi nazwami, mało który zespół z Polski jest zapraszany na zagraniczne festiwale. Nie ma zastępowalności pokoleń wśród zespołów pierwszej ligi, i nawet te najbardziej wartościowe kapele zostają niezauważone przez brak wsparcia, promocji i przez tę całą modę na jebanie wszystkiego, co polskie. 

Z czego jesteś w życiu najbardziej zadowolony?

Zadowolenie to cecha maminsynków. Twardziele mogą się tylko wkurwiać, hahaha!

Wiem, że nie znosisz słowa pozer. Dałeś kiedyś komuś za takie określenie w mordę?

Eeee tam, ja sobie zazwyczaj jaja robię. Ale faktycznie ostatnio na "Legacy Tour” w Lublinie, w 2017 roku, gość chciał sobie pożartować i przykozaczyć w gronie znajomych, i mu się wymsknęło… Wtedy mocno tego pożałował.

Jakie plany na przyszłość?

Jeśli chodzi o DeathEpoch, to żadne. My nic nie planujemy. W momencie kiedy robactwo zacznie patroszyć mózg, wtedy będzie trzeba wpuścić je na wolność.

Błyśnij na koniec elokwencją, i powiedz coś mądrego. To nie musi być myśl własna, może być jakiś oddający twój sposób myślenia cytat.

Jak nie musi być moje, to zaśpiewam piosenkę w stylu leśnego black metalu pt. „Leśne Jebaki”

 

Pod lasem na polanie, leśniczych stało trzech,
Jebali w dupę konia, aż biedny konik zdechł.
Złapali też zająca, jebali go bez końca,
A zając kitą fikał, łapczywie spermę łykał.

A zając kitą fikał, łapczywie spermę łykał, uuu...
Gdy pierdolili lisa, a lis miał syfilisa,
To pały im ściemniały, a jaja zaśmierdziały.

Hahahahaha!

 

Hahaha! Rozdałeś! Dzięki za twój czas, mordzio ty moja! Hail Satan!

Dzięki również, Brachu! HS!

 

- jesusatan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.