Clairvoyance / Serotonin
Zero / Tyran / The Black Thunder
27.03.2026 “NRD” Toruń
Przy okazji niedawnego, lokalnego, koncertu
Technophobia, zresztą w mojej byłej podstawówce, poznałem kolesia. Okazało się,
że mieszka na „mojej” dzielni, w muzie siedzi od dziecka, a mimo to, przez
piętnaście lat na siebie jakoś nie wpadliśmy. Pogadaliśmy sporo, wymieniliśmy
się numerami telefonów, i obiecaliśmy sobie, że przy okazji spotkanie
powtórzymy. No i nagle pada z jego strony pytanie, czy jadę jutro na
Clairvoyance do NRD. Cóż, nie planowałem, ale jako że Toruń blisko, a zespół
konkretny, to czemu nie. Tym bardziej, iż kolega zaoferował się jako kierowca,
to i napić piwa się można… Jade!
Po drodze trochę postaliśmy w korku, stąd też na
występ The Black Thunder przybyliśmy mocno spóźnieni. Na tyle, że dane nam było
zerknąć jedynie na dwa ostatnie numery. Pod sceną naliczyłem jedenaście osób,
co nawet w tak małej salce generowało same prześwity. Scena w NRD jest malutka,
zatem czterech kolesi ledwo się na niej mieściło, i o popisach typu skoki
narciarskie mowy być nie mogło. Mimo to, dawali konkretnie do pieca, w trybie
dość skocznym i zachęcającym do zakupu browara. Wokalista zyskał u mnie plusa,
bo miał na sobie koszul „Altars of Madness”, więc otwarcie było przyzwoite.
Załapałem kilka chwytliwych riffów, przy których nóżka potupała, acz z drugiej
strony także pierwsze minusy typu śpiewane wokale, kompletnie nie pasujące mi
do koncepcji. Zresztą koncepcji nie do końca określonej, bo mieszanka death i
black metalu w wykonie Czarnego Pioruna chwilami zdaje się dość chaotyczna i
nie do końca dopracowana. Ale źle nie było. Na koniec pan wokalista poprosił o
jakieś zaznaczenia na Instagramie, zadedykował piosenkę przybyłym, i se poszli.
Tyran weszli na scenę z kopyta. Przede wszystkim
brzmienie. Głośne blachy, niczym na próbie garażowej, hard core’owe rytmy,
przeplatane punkiem, z deathmetalową okrasą… Od razu mi się banan na twarzy
namalował. Na basie zauważyłem znajomą twarz (czytaj: koszulkę Morbid Angel),
czyli konotacje personalne z poprzednim zespołem. Ale to bez znaczenia. Tyran
napierdalali ile fabryka dała, a uśmiech, mimo nielicznej publiki, praktycznie
nie znikał im z twarzy. Sporo w ich muzyce punkowych rytmów, przy których
chciało się poskakać, sporo niemal grindowego pierdolnięcia, ale przede
wszystkim mnóstwo chwytliwych patentów do rozruszania kości. Wokalista śpiewał,
albo raczej darł ryja, z niesamowitą pasją, a że miał na głowie czapeczkę z
daszkiem, skakał po odsłuchach i przybierał różne pozy, to jakoś tak skojarzył
mi się z Kyle Simonsem, z czasów kiedy to oglądałem Hate Plow w Warszawie. Ubrał też pan śpiewak koszulkę Yattering, zatem mój szacun urósł jeszcze bardziej.
Zajebistą robotę zrobiły podczas tego gigu migające na czerwono światła. Bo
sprawiały wrażenie, jak byśmy oglądali stare kino, horror klasy B, z
przeskakującymi klatkami. Pod sceną się ciut zagotowało, co nie dziwi, bo muza
Tyrana to był prawdziwy koktajl energii, czym sam byłem niesamowicie zaskoczony
(bo zespołu wcześniej nie znałem). Pod koniec występów chłopaki poprosili o
oznaczenie na Insta (kurwa mać, plaga jakaś, czy ja już za stary jestem i nie
wiem o co chodzi?), i się grzecznie pożegnali. Dla mnie był to występ wyśmienity,
porozkładali mnie kolesie na części pierwsze.
Serotonin Zero nie chciał pozostawać dłużny pod
względem zabawowym. Chłopaki dawali mocno ognia, choć ich muza, względem
poprzedników jawiła mi się bardziej techniczną, przez co jednocześnie mniej
chwytliwą. Wokal biegał (o ile na tej małej scenie można użyć takiego słowa) w
dresie Adidasa i białej koszulce, tańcował i starł się zabawić toruńską
publiczność, której liczebność wzrosła do jakichś trzydziestu pięciu osób.
Chwilami chłopaki potrafili konkretnie przypierdolić, gdzie indziej jechali na
d-beacie, ze sporą ilością headbangingowych riffów. Były jednak w ich występie
momenty usypiające, w których zdecydowanie brakowało żywiołowości. Ponadto
każdy numer przeplatali noise’owym przerywnikiem, co na początku zdawało się
być fajnym rozwiązaniem, ale po dłuższej chwili zaczynało ciut wkurwiać.
Ogólnie występ Warszawiaków był przyzwoity, choć moim zdaniem za dużo w ich
twórczości niepotrzebnego kombinowania. Nie wiem, może nie moja bajka, ale ten
koncert był takim trochę uzupełniaczem tego piątkowego wieczoru.
Clairvoyance. Na pierwszy strzał poleciał „Szmaragd
Bazyliszka”. Oczywiście nie w całości, ale i tak podbił ciśnienie dość mocno.
Potem scenę oplótł gęsty dym, z którego wyłoniło się pięciu kolesi, i
przypomniało, jak się grało kiedyś. Warszawiacy
pojechali przekrojowo, oczywiście z naciskiem na debiutancki album, ale nie
zapominając po drodze o EP-ce czy demówce (zwłaszcza pod koniec setu). Na
scenie było ich aż pięciu, zatem, z powodów metrażowych, do zabawy zachęcał
głównie wokalista, zresztą człowiek na pokładzie nowy. Zdecydowanie dawał radę.
Jako iż panowie w przesadne prędkości się nie bawią, podczas ich recitalu smoła
ściekała powolnie po ścianach byłego NRD, a death metal w ich wykonaniu
zdecydowanie nawiązywała do czasów, kiedy ów kraj jeszcze istniał. Moim zdaniem
piosenki Clairvoyance na żywo, przy odpowiednio ustawionym brzmieniu (a takie
akurat mieliśmy pod ręką), jeszcze bardziej zyskują na ciężarze. Z kolei
wplatane przez zespół interludia o wiele bardziej sprawdzały się niż w przypadku
wspomnianych przed chwilą poprzedników. Te czterdzieści minut to była klasyka
death metalu z lat dziewięćdziesiątych, zarówno pod względem muzycznym, jak i
scenicznym. Potężne pierdolnięcie, po którym musiałem sprawdzać w dowodzie jak
się nazywam.
Podsumowując, był to całkiem udany wieczór, tak
muzycznie, jak i towarzysko. Klubik całkiem przyzwoity, nagłośnienie bez
zarzutów, spory wybór chmielu, niczego mi nie brakowało. Dziękuję organizatorom
za zaproszenie, warto było ruszyć cztery litery by wziąć udział w tym
wydarzeniu. Pewnie wpadnę tu ponownie za jakieś dwa tygodnie, tym razem na
Hell-Born. Do zobaczenia!
-
jesusatan
zdjęcia: Marcel Bartkiewicz




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.