THE LAST WORDS OF DEATH vol. XXII
Arcane
Dust / Prey of Monsoon / Dominance / CUG / Mortis Dei
Bydgoszcz,
09.12.2023 Over The Under Pub
Kolejny
rok, tym razem 2023 prawie wyzionął już ducha, ale zanim to uczynił, pozwolił,
aby ostatni raz przemówiła do nas jej wysokość Śmierć we własnej osobie.
Dziewiątego dnia grudnia odbyła się bowiem ostatnia w owym odchodzącym na
naszych oczach roku, XXII edycja znanej i lubianej serii zwącej się The
LastWords of Death. Starego Hatzamoth’a nie mogło na niej zabraknąć, więc o
wyznaczonym czasie stawiłem się w klubie Over The Under celem kolejnej
pogawędki z panią od kosy i jej ludźmi.
Zaczęło
się klasycznie od powitań, wymiany uprzejmości i wszelakich, grzecznościowych
gestów. Później człowiek zwilżył czymś usta i trzeba było udać się pod scenę,
gdyż tam zaczynali właśnie czynić swą powinność muzycy Arcane Dust.
Z
grubej rury panowie rozpoczęli tę imprezę. Ciężki, dosadny Metal Śmierci, jaki
zaprezentowali, miażdżył konkretnie i mógł się podobać. Wybornie brzmiały
zagęszczone, soczyste gitary, a w chwilach, gdy miały oparcie w grubo szyjącym
basie, tłustych centralach i złowieszczych growlach, efekt był naprawdę niszczący. Wioślarze
potrafili wyrzeźbić także bardziej złożone struktury dźwiękowe, że nie wspomnę
o ciekawych solówkach, więc klimat występu Arcane Dust był zawiesisty i
nasycony ciemnością. Troszeczkę co prawda mi się to rozjeżdżało, gdy zespół
próbował przyspieszyć, ale całe szczęście nie zdarzało się to często, gdyż
łodzianie swój set oparli głównie na równych, gniotących okrutnie wałkach. Tak,
czy srak, było to bardzo dobre otwarcie sobotniego wieczora.
Chwilka
przerwy na rzeczy niezbędne i scenę we władanie objęli Prey of Monsoon.
Przyznam szczerze, że ciekaw byłem ich występu i gdy jest już po wszystkim,
mogę śmiało powiedzieć, że chłopaki nie zawiedli. Ich wizja nowoczesnego,
technicznego Death Metalu przeplatana nieznacznie ciężkimi akcentami rodem z
brutalnego Deathcore’a poniewierała konkretnie, nie biorąc jeńców. Precyzyjne
bębny wraz z wyraźnie zaznaczonym basem gniotły niemożliwie, wioślarze co rusz
lepili techniczne, pokręcone niewąsko, zadziorne riffy i dopracowane harmonie
mogące przyprawić o zawrót głowy, a wokale gardłowego można porównać tylko z
niedźwiedzim rykiem. Dojebali panowie fachowo, oj bardzo fachowo. Widziałem, że
niektórzy po ich występie, zapewne nieco przytłoczeni tym,czego byli świadkami,
mieli delikatne problemy, aby wytoczyć się z sali koncertowej.
Kolejna przerwa, a więc można było przepłukać gardło jakimś płynem rozgrzewającym, zapalić fajkę pokoju i trzeba było ponownie czy prędzej wracać pod scenę, gdyż tam już z wolna swe podwoje otwierało piekło, a swój występ zaczynali jego wysłannicy, czyli szczecińskie Dominance. I tu moi mili mięliśmy do czynienia z występem iście Diabelskim. Pomorzanie zrobili taki rozpierdol, że wszystkie aniołki w niebie (lub jego okolicach) niechybnie osrały się po same pachy. Black Metal równie mocno osadzony w klasycznej szkole skandynawskiej, co i w naszych rodzimych tradycjach, jaki usłyszeliśmy w wykonaniu tej hordy po prostu niszczył. Kanonady bębnów roznosiły w pizdy, ziarnisty bas o ostrych krawędziach rozrywał bestialsko, riffy zrywały skórę pasami, a złowieszczy scream obwieszczał rychłe nadejście Pana Ciemności. Każda sekunda występu Dominance to było jebane bluźnierstwo, agresja i kurwa czyste Zło. Szatańska rozpierducha przecudnej urody, nic dodać, nic ująć.
Po
takim wykurwie trzeba było obowiązkowo zażyć jakiegoś napoju
wysokomineralizowanego, aby wypłukać z organizmu siarkę i można było szykować
się na występ CUG. Autorzy „Ziemi Obiecanej” także nie głaskali się po
klejnotach, tylko dorzucili do pieca tak, że niejednemu odbił się komunijny
opłatek. Doprawiony mocno korzennym HC/Punkiem Thrash Metal, jaki
zaprezentowali równał z ziemią z siłą rozpędzonego przynajmniej do 120km/h
buldożera. Siarczyste bębny roznosiły wszystko w perzynę, gruby bas wywracał
wnętrzności, riffy cięły głęboko, niczym dziadkowa brzytwa, pozostawiając
obficie krwawiące bruzdy, a jadowite, drapieżne wokalizy kąsały dotkliwie.
Zaprawdę CUG zaprezentował intensywny, wysokooktanowy show, który przeorał mi
beret tak, że lepiej nie trzeba. Dzięki panowie, tego mi było trzeba.
Obowiązkowe
uzupełnienie płynów, wydalenie z organizmu tego, co zbędne i już człowiek
szykował się do ostatniego tego wieczora i zarazem niejako zamykającego
tegoroczny cykl The LastWords of Death występu Mortis Dei. Gdybym miał w dosłownie
trzech słowach streścić ich recital, to napisałbym tak. Weszli, rozjebali i
poszli. Tak to właśnie było. Może się powtarzam, ale w aktualnym składzie ten
zespół to po prostu koncertowa maszyna do zabijania (ponownie chciałoby się
dodać, gdyż onegdaj już tak przecież było). Gęsty, tłusty, dopracowany
technicznie Death Metal, jakim przypierdolili w zgromadzonych, spustoszenie
siał potworne i miażdżył barbarzyńsko. Jakże jednak mogło być inaczej skoro
bębny cisnęły z siłą pneumatycznego młota do wbijania mostowych pali, bas
oddzielał mięso od kości, wiosła patroszyły z wprawą wytrawnego rzeźnika, a
gardłowy co rusz wypluwał ze swych trzewi cuchnącą żółć i żrący jad.
Rozpiździaj zrobili chłopaki naprawdę wyborny, a po ich występie nie było kurwa
co zbierać. Grzegorz i spółka zdecydowanie złapali jakiś czas temu drugi
oddech, a ich forma w tej chwili jest iście mistrzowska. Nie mam więcej pytań.
I
tak oto zakończył się kolejny już sezon Ostatnich Słów Śmierci. Chylę czoła
przed Maciejem, czyli pomysłodawcą i głównym architektem tego cyklu za
wytrwałość. Dziękuję mu także, całej jego ekipie, jak i załodze Over The Under
Pub za masę wyśmienitego grania, jakie dane mi było dzięki nim zobaczyć. Mam
nadzieję, że w przyszłym roku publiczność będzie licznie przybywać, na każdą
kolejną edycję tego zacnego cyklu. Do zobaczenia więc w lutym Anno Bastardi
2024.
Hatzamoth
Zdjęcia dzięki uprzejmości:
Robert Kaźmierski / PhotoVintage
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.