wtorek, 13 stycznia 2026

Relacja z koncertu Terrestrial Hospice / Upon the Altar / Pralaya w Gdańsku

 

Terrestrial Hospice / Upon the Altar / Pralaya

09.01.2026 Gdańsk, Dizzly Grizzly

 


Za tym, aby wybrać się na koncert trzech wymienionych w nagłówku zespołów, przemawiało przynajmniej kilka rzeczy. Po pierwsze, chciałem nadrobić niemożność sprawdzenia scenicznej formy Terrestrial Hospice. No, bo to, co udało mi się dostrzec „przez ramię” podczas występu w Krypcie na SDL, ciężko nazwać doświadczaniem koncertu w pełnym tego słowa znaczeniu. Ponadto zespół miał tym razem zagrać wyjątkowo z Inferno za bębnami, co przecież nieczęsto się zdarza ze względu na zobowiązania muzyka względem Behemoth. Drugą sprawą był występ Pralaya. Jako iż ich debiut uważam za topowe wydawnictwo z gatunku death / black metal roku ubiegłego, i to nie tylko w ramach sceny krajowej, nie skorzystać z okazji obejrzenia chłopaków na scenie byłoby, delikatnie mówiąc, małym zaniedbaniem. Jak do tego dodać jeszcze kilka czynników osobisto towarzyskich związanych z Upon the Altar, to okazało się, że w ten piątek wszystkie drogi prowadziły do Dizzly Grizzly. Wsiedliśmy zatem do auta, i dawaj, na północ…

Bramy piekła otworzyły tego wieczoru trzy zakapturzone postaci z Pralaya. Ich trzydziestopięciominutowy występ to był prawdziwy rytuał. Zero gadania, minimalna ruchliwość, spowijające scenę, opadające niczym welon fioletowe, nieruchome światła, i cmentarny dym. Przy pomocy tak banalnych środków można najwyraźniej stworzyć klimat autentycznej grozy. Brzmienie było bardzo surowe, jednocześnie masywne i czytelne. Zresztą ciekawą sprawą było, że wokale, mam tu na myśli te polskojęzyczne, były ze sceny bardziej zrozumiałe niż z nośnika. W szybszych momentach unosił się w powietrzu Ross Bay Cult Eternal, natomiast zwolnienia… totalna miazga, można było zapomnieć oddychać. Między utworami pojawiały się krótkie interludia, lub panowała całkowita, wręcz niespotykana cisza, jakby wszyscy wyczekiwali kolejnych słów szamana. Pralaya na żywo jest niczym ciemność, która cię pożera, i wysrywa. Na koniec poleciała melodyjka z pozytywki i panowie bez słowa oddalili się w mrok. A ja jeszcze dłuższą chwilę stałem tam jak zahipnotyzowany.

Chwilę później na scenie zainstalowano stojaki z czaszkami i zapalonymi świecami, wybrzmiało krótkie intro z głębi piekła i… sala ponownie została zasypana wywrotkami gruzu. Muzycy, podobnie jak w przypadku Pralaya, trzymali się raczej z góry upatrzonych pozycji, ograniczając się chwilami do rytmicznego headbangingu, za to gęstość powietrza wzrosła na tyle, że zamiast potu po ścianach ściekała lawa, a budynek trząsł się w posadach. Światła tym razem świeciły się monotonnie na czerwono, a Upon the Altar siał zniszczenie godne ostatniej bitwy w niebie. Przekrzykujące się wokale, podrasowane niewielkim efektem, wybrzmiewały niczym z głębi ziemi, a biczujące gitarowe riffy zalewały umysł złem i antychrześcijańską nienawiścią. Po każdym numerze „rogi” szły w górę, zamiast zbędnej konferansjerki, po czym tornado rozkręcało się ponownie. To był istny żywioł, trans, przy którym ciało odmawiało posłuszeństwa a umysł wariował. Wszystko trwało tylko nieco ponad pół godziny, za to było niebywale intensywne. Ten zespół to obecnie światowa klasa, i nikt temu nie zaprzeczy. Dla takich koncertów warto ruszyć dupę z domu.

Po występie Tarnowian nie spodziewałem się, że tego wieczora jeszcze cokolwiek może mnie rzucić na glebę. Bo przecież już dwukrotnie z niej wstawałem. Jednak to, co zrobił ze mną Terrestrial Hospice, było nieprzyzwoicie wręcz nieludzkie. Na scenie postawili jakąś kosę, kolce, chuje muje, po raz pierwszy rozkręciły się światła, które zaczęły szaleć i migać niczym przy nadejściu cenobitów, a na scenie niepodzielnie rządziło czterech kolesi ubranych w skóry, naćwiekowane pasy, poowijanych różnym żelastwem, którzy grali numer za numerem z takim zaangażowaniem i kipiącą energią, jakby za chwilę miał się skończyć świat. Powiem wam, wiele w życiu widziałem koncertów, bardzo wiele, ale w tym przypadku naprawdę czułem się, jakbym został przeteleportowany w lata dziewięćdziesiąte na jeden z tych sławnych, historycznych koncertów Mayhem czy Darkthrone, które oglądało się kiedyś z wypiekami na twarzy z VHS-ów. Machanie łbami na totalnym wkurwie, oldskulowe mejkapy, posępne twarze… Niby banał, ale właśnie ten banał u Terrestrial Hospice był tak naturalny, że w powietrzu poczuć można było czyste zło! Czas stracił znaczenie, i w sumie nawet nie wiem ile ostatecznie trwał ten koncert (chyba z trzy kwadranse), bo po rzuconym na zakończenie „Hail Satan!” (jedyne słowa które padły w kierunku publiczności ze sceny), nie wiedziałem co się dzieje i gdzie jestem. To był zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów blackmetalowych jakie widziałem od… nie pamiętam kiedy. Totalne, kurwa, satanistyczne zniszczenie!

Nieczęsto się zdarza, by każdy z występujących jednego wieczoru zespołów pozamiatał mną niczym szmacianą lalką. Datę dziewiątego stycznia roku dwudziestego szóstego zapamiętam do końca życia. A koncert Terrestrial Hospice będę wspominał jeszcze leżąc już, w stanie zaawansowanego rozkładu, w trumnie. I skupiam się wyłącznie na samym aspekcie muzycznym, acz towarzysko też było fantastycznie, Kilku spotkanych bratnich dusz, starych przyjaciół, bardzo dobrze zaopatrzone stoisko z merczem, zimny bursztyn… Jeśli kiedyś zaśpiewam sobie „W życiu piękne są tylko chwile”, to na pewno będę miał na myśli między innymi ten dzień. Wieczór z gatunku doskonałych, nic więcej do dodania. Hail Satan!

- jesusatan

Zdjęcia: Bang Your Head Live Photography

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.