Terrestrial Hospice / Upon
the Altar / Pralaya
09.01.2026 Gdańsk, Dizzly
Grizzly
Za tym, aby wybrać się na koncert trzech
wymienionych w nagłówku zespołów, przemawiało przynajmniej kilka rzeczy. Po
pierwsze, chciałem nadrobić niemożność sprawdzenia scenicznej formy Terrestrial
Hospice. No, bo to, co udało mi się dostrzec „przez ramię” podczas występu w
Krypcie na SDL, ciężko nazwać doświadczaniem koncertu w pełnym tego słowa
znaczeniu. Ponadto zespół miał tym razem zagrać wyjątkowo z Inferno za bębnami,
co przecież nieczęsto się zdarza ze względu na zobowiązania muzyka względem
Behemoth. Drugą sprawą był występ Pralaya. Jako iż ich debiut uważam za topowe
wydawnictwo z gatunku death / black metal roku ubiegłego, i to nie tylko w
ramach sceny krajowej, nie skorzystać z okazji obejrzenia chłopaków na scenie
byłoby, delikatnie mówiąc, małym zaniedbaniem. Jak do tego dodać jeszcze kilka
czynników osobisto towarzyskich związanych z Upon the Altar, to okazało się, że
w ten piątek wszystkie drogi prowadziły do Dizzly Grizzly. Wsiedliśmy zatem do
auta, i dawaj, na północ…
Bramy piekła otworzyły tego wieczoru trzy
zakapturzone postaci z Pralaya. Ich trzydziestopięciominutowy występ to był
prawdziwy rytuał. Zero gadania, minimalna ruchliwość, spowijające scenę,
opadające niczym welon fioletowe, nieruchome światła, i cmentarny dym. Przy
pomocy tak banalnych środków można najwyraźniej stworzyć klimat autentycznej
grozy. Brzmienie było bardzo surowe, jednocześnie masywne i czytelne. Zresztą
ciekawą sprawą było, że wokale, mam tu na myśli te polskojęzyczne, były ze
sceny bardziej zrozumiałe niż z nośnika. W szybszych momentach unosił się w
powietrzu Ross Bay Cult Eternal, natomiast zwolnienia… totalna miazga, można było
zapomnieć oddychać. Między utworami pojawiały się krótkie interludia, lub
panowała całkowita, wręcz niespotykana cisza, jakby wszyscy wyczekiwali
kolejnych słów szamana. Pralaya na żywo jest niczym ciemność, która cię pożera,
i wysrywa. Na koniec poleciała melodyjka z pozytywki i panowie bez słowa
oddalili się w mrok. A ja jeszcze dłuższą chwilę stałem tam jak
zahipnotyzowany.
Chwilę później na scenie zainstalowano stojaki z
czaszkami i zapalonymi świecami, wybrzmiało krótkie intro z głębi piekła i… sala
ponownie została zasypana wywrotkami gruzu. Muzycy, podobnie jak w przypadku
Pralaya, trzymali się raczej z góry upatrzonych pozycji, ograniczając się
chwilami do rytmicznego headbangingu, za to gęstość powietrza wzrosła na tyle,
że zamiast potu po ścianach ściekała lawa, a budynek trząsł się w posadach.
Światła tym razem świeciły się monotonnie na czerwono, a Upon the Altar siał
zniszczenie godne ostatniej bitwy w niebie. Przekrzykujące się wokale,
podrasowane niewielkim efektem, wybrzmiewały niczym z głębi ziemi, a biczujące
gitarowe riffy zalewały umysł złem i antychrześcijańską nienawiścią. Po każdym
numerze „rogi” szły w górę, zamiast zbędnej konferansjerki, po czym tornado
rozkręcało się ponownie. To był istny żywioł, trans, przy którym ciało odmawiało
posłuszeństwa a umysł wariował. Wszystko trwało tylko nieco ponad pół godziny,
za to było niebywale intensywne. Ten zespół to obecnie światowa klasa, i nikt
temu nie zaprzeczy. Dla takich koncertów warto ruszyć dupę z domu.
Po występie Tarnowian nie spodziewałem się, że tego
wieczora jeszcze cokolwiek może mnie rzucić na glebę. Bo przecież już
dwukrotnie z niej wstawałem. Jednak to, co zrobił ze mną Terrestrial Hospice,
było nieprzyzwoicie wręcz nieludzkie. Na scenie postawili jakąś kosę, kolce,
chuje muje, po raz pierwszy rozkręciły się światła, które zaczęły szaleć i
migać niczym przy nadejściu cenobitów, a na scenie niepodzielnie rządziło
czterech kolesi ubranych w skóry, naćwiekowane pasy, poowijanych różnym
żelastwem, którzy grali numer za numerem z takim zaangażowaniem i kipiącą
energią, jakby za chwilę miał się skończyć świat. Powiem wam, wiele w życiu
widziałem koncertów, bardzo wiele, ale w tym przypadku naprawdę czułem się,
jakbym został przeteleportowany w lata dziewięćdziesiąte na jeden z tych
sławnych, historycznych koncertów Mayhem czy Darkthrone, które oglądało się
kiedyś z wypiekami na twarzy z VHS-ów. Machanie łbami na totalnym wkurwie,
oldskulowe mejkapy, posępne twarze… Niby banał, ale właśnie ten banał u
Terrestrial Hospice był tak naturalny, że w powietrzu poczuć można było czyste
zło! Czas stracił znaczenie, i w sumie nawet nie wiem ile ostatecznie trwał ten
koncert (chyba z trzy kwadranse), bo po rzuconym na zakończenie „Hail Satan!”
(jedyne słowa które padły w kierunku publiczności ze sceny), nie wiedziałem co
się dzieje i gdzie jestem. To był zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów
blackmetalowych jakie widziałem od… nie pamiętam kiedy. Totalne, kurwa,
satanistyczne zniszczenie!
Nieczęsto się zdarza, by każdy z występujących jednego
wieczoru zespołów pozamiatał mną niczym szmacianą lalką. Datę dziewiątego
stycznia roku dwudziestego szóstego zapamiętam do końca życia. A koncert
Terrestrial Hospice będę wspominał jeszcze leżąc już, w stanie zaawansowanego
rozkładu, w trumnie. I skupiam się wyłącznie na samym aspekcie muzycznym, acz
towarzysko też było fantastycznie, Kilku spotkanych bratnich dusz, starych
przyjaciół, bardzo dobrze zaopatrzone stoisko z merczem, zimny bursztyn… Jeśli
kiedyś zaśpiewam sobie „W życiu piękne są tylko chwile”, to na pewno będę miał
na myśli między innymi ten dzień. Wieczór z gatunku doskonałych, nic więcej do
dodania. Hail Satan!
-
jesusatan
Zdjęcia: Bang Your Head Live Photography




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.