piątek, 14 czerwca 2019

Recenzja Mordor - Hogar, Dulce Hogar


Mordor

„Hogar, Dulce Hogar”

Xtreem Music 2019


Znałem i słuchałem kiedyś Mordor. Ale tego polskiego, który nagrał swego czasu nawet niezłe demo i debiut. Potem zamulił. To co dziś mam na talerzu to rzecz zgoła inna. Tak jak my, Polaczki, cebulaczki, uwielbiamy wznowienia starych, klasycznych, nie zawsze szczególnie wybitnych płyt z krajowego podziemia, tak samo najwyraźniej Hiszpanie lubują się w ichnich klimatach. Wspomniany w nagłówku Mordor to bowiem pochodzący z kraju Basków band świętujący swoją, jak domniemam, świetność w latach 90-tych. Biorąc pod uwagę, iż chłopaki parali się thrash metalem, nazwa jest według mnie ciut nieadekwatna, ale chuj z tym, tak sobie chcieli. Natomiast sama twórczość Hiszpanów jest…co najwyżej taka sobie. Na plus zdecydowanie przemawia brzmienie tego krążka. Jest staro szkolne i niedopieszczone, co z kolei jest dość oczywiste, biorąc pod uwagę okres, w którym te nagrania poswatały. Wtedy jeszcze nikt nie bawił się w przesadną polerkę, tylko nagrywało się z buta. Same kompozycje też nie są może tragicznie złe. Można znaleźć tutaj kilka numerów, przy których tupnie się kopytem raz czy dwa. Niestety, większość z nich to jakieś pijackie przyśpiewy, jak choćby „Jodiendo Funky”. Albo jakieś Stuck Mojo, które pamiętam z MTV, w numerze „Mas Estrellas Que En El Cielo”. No jednak jest różnica między muzyką tworzoną po spożyciu a tą pod spożycie. Widać, że chłopaki dobrze się bawili w studio a może nawet i chwilę przed wejściem do niego. To co nagrali nie ma jednak specjalnego kopa, czy jak to inni nazywają „drajwu”. Ponadto wyjątkowo mocno wkurwia mnie na omawianym krążku język narodowy tych panów. Może nie dlatego, że to brzmi inaczej, taka Brujeria na ten przykład bawi mnie bezgranicznie. Rzecz w tym, że te zakrzyki są po prostu bardzo słabe technicznie. Przeciętny Barcelończyk spod budki z piwem mógłby pośpiewać z podobnym efektem. Ostatecznym minusem tego wydawnictwa jest dla mnie niestrawnie długi czas jego trwania. Poza debiutanckim albumem, Xtreem zamieścili tutaj jako bonus połowę demo z 92’ roku. Po pierwsze – jaki jest, kurwa, sens wpierdalania na krążek tylko połowy demówki? Że co, następne pół wyjdzie z reedycją dwójki? Ale pomijając – te dorzucone 26 minut wydłuża czas krążka do obrzygania. Większość kawałków jest tu totalnie przewidywalna i banalna. Nie kumam, nie ogarniam, nie chce mi się tego słuchać. Strasznie to męczy bułę. Nie, jednak to jest kupa.  Proszę, zabierzcie to ode mnie!
- jesusatan




Recenzja Gaahls Wyrd - "GastiR - Ghost Invited"



Gaahls Wyrd

„GastiR - Ghost Invited”

Season of Mist 2019


Jak ja uwielbiam takie niespodzianki! Oto bowiem gościu, którego głos większość z was kojarzy z  takich zespołów jak Gorgoroth, Trelldom czy Wardruna uderza ponownie z nowym projektem. Wrzucając „GastiR – Ghost Invited” na uszy nie oczekiwałem kompletnie niczego szczególnego i niczego wielkiego się nie spodziewałem. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałem  kompletny cios z partyzanta, gdyż pierwsza płyta tego norweskiego tworu to wyjątkowo dobrej jakości muzyka. Celowo nie piszę black metalowa, gdyż różnorodność dźwięków zawartych w tych czterdziestu dwóch minutach zdecydowanie wymyka się tak sztywnej kategoryzacji. Powiem jednak szczerze – o ile bardzo mocno rozczarował mnie nowy album In The Woods, tak samo mocno powstałą w ten sposób lukę w muzyce blackowo eksperymentalnej wypełnia właśnie Gaahl Espedal (proszę o zachowanie powagi przy skojarzeniach dotyczących nazwiska tego pana) ze swoim nowym zespołem. Zasadniczo otrzymujemy tutaj przekrój norweskiego black metalu, tego bardziej standardowego jak i wszelkiej maści jego ewolucyjnych rezultatów. Poza typowymi, zimnymi riffami, kojarzącymi mi się głównie z Enslaved, jesteśmy karmieni wszelkiej maści klimatycznymi piosenkami. Tak, celowo piszę piosenkami, z pełną świadomością znaczenia tego słowa. Posłuchajcie choćby takiego „Carving the Voice” w którym czyste wokale robią niesamowity klimat a tempo utworu i jego nastrój zmienia się kilkukrotnie. Na tej płycie strasznie dużo się dzieje i fragmenty, które w pierwszej chwili sprawiają wrażenie kompletnie do siebie nie pasujących, po dłuższym z nimi obcowaniu układają się w logiczną całość. Posępną i budzącą pewnego rodzaju niepokój oraz oczarowującą swoją atmosferą. Chwilami dopływające do mnie dźwięki kojarzą mi się zbyt dosłownie z In The Woods, lecz większość płyty ma jednak inny, oryginalny charakter. Czuję w tej muzyce naturalną szczerość a to cenię sobie w muzyce najbardziej. Należy ponadto nadmienić, że wokalnie Gaahl na tym materiale osiągnął chyba szczyt swoich dotychczasowym możliwości. Różnorodność wokaliz wręcz powala – są wrzaski, niskie i wysokie zaśpiewy, basowe deklamacje… A wszystko to podkreśla grubą kreską niebanalny klimat płyty. „GastiR – Ghost Invited” to album pokazujący przeogromny potencjał zespołu i należy jedynie mieć nadzieję, że Norwedzy pójdą za ciosem i dane nam będzie doświadczyć kolejnego wydawnictwa, rozwijającego pomysły z debiutu jeszcze odważniej. Dla mnie – totalne zaskoczenie, szok i niedowierzanie. Oczekujcie 31-go maja, bowiem wówczas będzie można sobie ten kawałek plastiku, lub wosku jak kto woli, zakupić w fizycznej formie. Debiut Gaahls Wyrd jest bowiem zdecydowanie wart uwagi.
- jesusatan

czwartek, 13 czerwca 2019

Świeżutka relacja z Black Silesia IV ...


Black Silesia IV - Open Air Festival

Gród rycerski w Byczynie

7-8.06.2019



Po zeszłorocznej porażce frekwencyjnej i związanej z nią wtopie finansowej zaliczonej przez organizatora, obawiałem się, że edycja Black Silesia numer cztery zostanie w najlepszym przypadku odroczona, o ile w ogóle się odbędzie. Dość szybko okazało się jednak, że Michał faktycznie ma jaja z metalu i po złapaniu krótkiego oddechu w internetach zaczęły pojawiać się pierwsze zapowiedzi dotyczące BS IV. Jak tu zatem faceta nie kochać i nie wpisać się obowiązkowo na listę obecności Czarnego Śląska w roku bezpańskim 2019? Ja nie potrafiłem. Zatem wyjazd do Byczyny był przesądzony na kilka miechów naprzód, nawet biorąc pod uwagę stan małżonki, będącej na „ostatnich nogach” przed wydaniem na świat mojej kolejnej demonicy.

Kiedy nadszedł ten dzień i przybyliśmy ze sporego miasta Bydgoszczy w zatrważającej ilości dwóch typa (to i tak 100% więcej niż rok temu) pod gród, pierwsze co rzuciło się w oczy, to kompletnie puste pole namiotowo/parkingowe. No cóż, wiem, że to nie Brutal Assault, jednak spodziewałem się nieco większego zagęszczenia ludzików, którzy na co dzień rzekomo uwielbiają Tormentor, czy też noszą się w szmatach Nunslaughter. Nie będę się nad tym zbytnio rozpływał, jednak przyznać trzeba, że zeszły rok powiedział chyba wszystko o maniactwie wśród krajowych fanów, gdy to pół Polski jechało w Internecie na Blasphemy, a ostatecznie dotarło do grodu około 500 luda. I absolutnie nie piję tu do tych, którzy mieli faktyczny powód nieobecności, lub fanami tego zespołu nie są. Najwyraźniej taki urok, taki czar. Nic to, wybiegając nieco z chronologią, Michał pod koniec festu zakomunikował, że liczba MANIACS go w tym roku satysfakcjonuje, dzięki czemu edycja numer pięć pomalutku zaczyna kiełkować.

Po szybkich przywitaniach z ekipą zinową spod znaku R’lyeh oraz wydawcą o kilkudniowym zaroście i krągłych nieco kształtach (nie mogę powiedzieć, którym konkretnie, bo RODO), podczas których to uraczono mnie bimberkiem z kubeczka i z buteleczki, bardzo szybko poczułem odpowiedni klimat by ruszyć pod scenę, na której to właśnie pojawili się chłopaki z Voidhanger. I był to idealny
sposób na rozruszanie starych kości. Nie od dziś wiadomo, że zwłaszcza przy polskojęzycznych numerach Voidhanger ustać spokojnie mogą co najwyżej anemicy po trzech butelkach Neospasminy. Były zatem pierwsze tany przy „Naprzód Donikąd!” czy „Dni szarańczy”. Pierdolnięcie na dzień dobry pierwsza klasa. Wściekłość, ogień i zniszczenie o takiej sile, że szybko można było zapomnieć o grzejącym beret słońcu.

Nie zdążyłem uraczyć się kubełkiem wody a na scenę wparowała krajowa legenda z Barielem na czele i zaczęli dokładać do kotła jeszcze mocniej, niczym najebany palacz w lokomotywie parowej.
Death metalowa para buch, maniacy pod sceną w ruch! I wcale nie „najpierw powoli…” bo Imperator od razu wrzucili szósty bieg i rozjeżdżali wszystkich, nie patrząc, wróg to czy przyjaciel. W zasadzie nie ma sensu wymieniać tu numerów z setlisty, gdyż, przynajmniej dla mnie, ten band ma same klasyki i cokolwiek by zagrali i tak bym był szczęśliwy jak świnia, która w kupie gnoju znalazła starego kalosza. Forma silnie odmłodzonego zespołu nie pozostawia absolutnie nic do życzenia i każdy, kto zastanawiał się po co Imp się reaktywował, to ma swoją odpowiedź. Właśnie choćby, kurwa, po to! Żeby zabijać na żywo. Bariel zdaje się przeżywać drugą młodość a jego wokal w najmniejszym stopniu nie zdradza ani jego wieku, ani faktu, że w tego typu mruczeniu miał przecież dłuższą przerwę. Młodzież w zespole także spisała się na medal. Spodziewałem się po tym koncercie wiele. Dostałem nawet więcej. Sto procent death metalu w najlepszym na świecie wykonaniu. Dziękuję!

Z Varathron zawsze miałem problem. Uwielbiam ich wydawnictwa do „His Majesty At the Swamp”, płyty, która jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji w greckim black metalu. Potem wszystko co nagrywali oceniałem przez jej pryzmat i nie do końca doceniałem. Dlatego też ciekaw byłem, jak dobrze Grecy zrobią mi live. No i był to kolejny cios, po którym ciężko było mi się podnieść, mimo, iż nadal sączyłem wyłącznie wodę. Chłopaki, grając przekrojowy set, nie zapomnieli o klasykach, dzięki czemu mogłem znów powrócić, przynajmniej mentalnie, do wieku, kiedy to na koszulkę Rotting Christ starsze panie w sklepie patrzyły z przerażeniem i szeptały sobie coś na ucho. Hellada pełną gębą w najlepszej kurwa jego mać jakości. Necroabyssious i spółka stworzyli atmosferę prawdziwie mroczną i niepowtarzalną. Wystarczy chyba tylko wspomnieć, że mój przyjaciel zaraz po koncercie pobiegł zakupić sobie koszul a ja obiecałem przy świadkach uzupełnić braki w dyskografii Varathron tak szybko, jak się da. Piękny występ z którego sam Szatan zapewne był dumny.

To jednak jeszcze nie był ostateczny cios tego wieczoru. Po raz pierwszy w naszym kraju mieliśmy bowiem możliwość doświadczyć występu zespołu, który na czarciej scenie odcisnął nie mniejsze piętno niż Bathory czy Venom. Węgrzy z Tormentor byli
podczas podwieczornych rozmów bardzo podnieceni faktem, iż udało im się w końcu dotrzeć do Polski, w czym przodował Atilla, który przecież bywał już tu i ówdzie. Bratanki postarali się najmocniej jak potrafili, czego efektem był strzał w potylicę z pistoletu do uboju bydła. Ponad godzinny show zawierający choćby takie klasyki jak „Tormentor” czy „Elisabeth Bathory” mógł zaspokoić wszystkich, którzy dla tego zespołu na tą pipidówę przyjechali. Oszczędne światła, idealne nagłośnienie i Atilla, który w zasadzie w pojedynkę potrafi zrobić taki performens, że klękajcie narody. Co prawda prezentowane utwory zostały chyba nieco przearanżowane, zwłaszcza linie wokalne różniły się od pierwowzoru znanego z demówek, jednak tym razem należy przyznać, iż zabieg ten w niczym mi nie przeszkadzał. Na pewno nie w dobrej zabawie. Przyznam szczerze, że występ w grodzie podobał mi się jeszcze bardziej, niż ten, który dane mi było wcześniej obejrzeć u naszych południowych sąsiadów. Węgrzy widać okrzepli po powrocie na scenę i doszli do szczytowej koncertowo formy. Występ godny legendy.

Na koniec wieczoru była mała niespodzianka, gdyż zamiast zapowiadanego wcześniej Hellfire Deathcult, którzy to z niewiadomych przyczyn nie stawili się na miejscu (może nastawili navi na inne Biskupice i wyjebało ich pod Kraków haha!) gruzować zaczęli Nowozelandczycy z Vesicant. I było to piękne ukoronowanie tej nocy. Chłopaki przyjechali na Black Silesia na własny koszt i zagrali praktycznie za darmoszkę, gdyż bardzo chcieli zaprezentować się naszej rzeszy oddanych maniaków. Zrobili to wzorowo. Odegrali niemal cały materiał z debiutanckiej płyty, miażdżąc kości i rozdeptując czaszki wszystkim, którzy jeszcze dawali radę ustać pod sceną. Niestety, była to już garstka niedobitków a szkoda, gdyż te pół godziny przyniosło więcej pożogi i zniszczenia niż niejeden dobry death metalowy gig. Tym większy szacun, że Vesicant zagrali na częściowo pożyczonym sprzęcie. Osobiście poczułem się jakbym stał za wywrotką, która właśnie robi zrzut na moje plecy. Zdecydowanie zalecam wszystkim, którzy rozminęli się z ich „Shadows of Cleansing Iron” nadrobienie zaległości i to natychmiast. W pokoncertowym gratisie sympatyczni gentlemani uraczyli naszą bydgoską ekipę prywatnym afterparty przy namiocie, gdzie spędziliśmy miło część nocy gaworząc o tym i owym, dzieląc się informacjami o scenie i racząc trunkami nie do końca wiadomego pochodzenia. Koniec dnia #1 zgasł nagle w mojej pamięci niczym zapałka w opowieści Andersena o biednej dziewczynce…

Poranek dnia drugiego był nieco ciężki, jednak szybkie piwo i kiełbaska sporych rozmiarów (do dziś podejrzewam, że to była końska ta... no...) poprawiły nam zdecydowanie humory. Podobnie uczynili chłopaki dowodzeni przez brodatego krasnala z Warfist, którzy to pół godziny po trzynastej uraczyli pierwszych zblazowanych gości najlepszej jakości thrashem. Ekipa z Zielonej Góry zagrała co prawda dla niezbyt licznie tańczących ludków, gdyż większość, w tym niestety ja, kryła się nadal w najbliższym dostępnym cieniu. Zrobili to jednak z taką pasją i oddaniem, że czapki z głów. Naszła mnie wówczas taka myśl, że Michał bezbłędnie potrafi dobrać kapele na swój fest. Dosłownie każda bucha wręcz radością i autentycznością w tym co robi. Większość materiału Warfist oparta była o ostatni album, który zresztą, jakby nie patrzeć, wywindował ten band na poziom wyżej. Nie wiem, czy spieszyło im się na backstage z powodu upału, ale taki „Death By the Cleansing Fire” to zagrali chyba z 30% szybciej niż w oryginale. Mihu po koncercie stwierdził, że perkusista musiał do kibla… To wiele wyjaśnia. Mimo to wstrzymał i trio zajebało świetny występ na rozkręcenie dnia drugiego. Jedyne czego będę się czepiał do skutku, to ewidentny brak drugiej gitary, odczuwalny szczególnie w momencie solówek. Poza tym miodzio.

Po Grunbergenach zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na spożywanie jedzeń i pić, by być w pełni sił na coś, co miało nadejść jakoś po siedemnastej. I nadeszło, kurwa jego mać. O 17:40 do Byczyny zawitał sam Szatan w postaci niepozornych z wyglądu chłopaków z Nekkrofukk. Nie będę wspominał, że zespół ten
kocham miłością bezwzględną a Lord Kaos ze swoim najprymitywniejszym z możliwych podejściem do tworzonych dźwięków i towarzyszącej im ideologii mógłby być moim zaginionym bratem. Gdy tylko wybrzmiały ze sceny
pierwsze tony, ruszyłem w dziki tan wraz z dosłownie pięcioma innymi fanami, którym się chciało. Pierdolnięcie ze sceny było nieprzeciętne. Doskonale przybrudzone brzmienie totalnie jebiące po uszach, płonące świeczki, czaszki, Szatany na bannerach… Jakby tego było mało, gitarzyści przez trzy kwadranse grający w maskach gazowych. Tu nie było pierdolenia, że jest gorąco. Gdyby jednak nie palące z nieba słońce, można by powiedzieć, że odbyła się w Byczynie
Czarna Msza dla duszy takiego prostaka jak ja. Brakowało jedynie krwi z błony dziewiczej. Tą Lord oblał się w połowie setu, czym sprawił, że część oglądających zapewne wyszła z zażenowaniem a inni zaczęli pożądliwie mlaskać. Płynące w moim kierunku toporne dźwięki wprowadziły mnie w niemal religijny trans, zwłaszcza gdy pod koniec mogłem pokrzyczeć „Ave Satan! Ave Lucifer!” do coveru zespołu z Finlandii. Ten koncert to było spełnienie najbrzydszych o nim wyobrażeń. To był punkt kulminacyjny Black Silesia, dla mnie koncert festiwalu. I pierdolę, jeśli ktoś uważa inaczej.

Trochę mi szkoda grających po Nekkrofakach Infernal War. Oglądając ich show byłem jeszcze cały czas w silnym szoku i nie do końca wiedziałem o co cho… Nie mniej jednak naziści (jak to ich określał mój dobry kolega, zanim sam ich nie zaczął maniakalnie słuchać odkładając na bok wszelkie plotki i uprzedzenia) rozniecili równie mocny żar co dzień wcześniej Voidhanger. Porównanie oczywiście nieprzypadkowe, zwłaszcza biorąc pod uwagę konotacje personalne obu zespołów, choć muza oczywiście sporą kapkę odmienna. Leciały zatem ze sceny blasty a publika bawiła się przy tym przednio, popierdalając po usypanych kamyczkach niczym na rodeo. Zresztą nic dziwnego, nazwa zespołu jest w przypadku tej ekipy wyjątkowo adekwatna. Nad Byczyną pojawił się nuklearny grzyb a teren grodu został zmieciony niczym po przejściu fali uderzeniowej. Nie miałem wcześniej przyjemności oglądać IW, i muszę przyznać, że słowa „przyjemność” nie użyłem tym razem przypadkowo. Był to bardzo mocny cios.

Po odstawieniu alkoholu (ktoś przecież musiał rano kierować pojazdem) i przerwie na kolejny puchar zimnej wody, wróciliśmy na teren grodu gdy akurat dobiegał końca występ Iron Angel. Potraktowałem to jako swoistą ciekawostkę, gdyż na co dzień nie gustuję w heavy metalowych tonach. Te ostatnie trzy kawałki, które dane mi było obejrzeć stanowiły adekwatną porcję do moich potrzeb. Dziadki widać nadal bawią się swoimi starymi zabawkami, gdyż miałem wrażenie, iż granie sprawiało im naturalną radość. A o to w muzyce przecież chodzi. Co prawda Dirk nie fikał już na scenie niczym młody ogier, lecz wokalnie bardzo dawał radę. Zapewne żaden fan zespołu nie poczuł się zawiedziony.

Parę minut przerwy i nadszedł czas na Nunslaughter. I to był kolejny strzał w pysk z mokrej szmaty od pani woźnej. Weterani zza dużej kałuży weszli na scenę i zrobili tam taką rozpierduchę, że można się było co najwyżej posrać z radości. Don the Dead na żywca napierdala taką energią i radością grania, a raczej śpiewania, że nawet jeśli ktoś nie jest fanatykiem bandu, poczuje ten niepowtarzalny vibe. Gość tak naturalnie przeżywa grane przez zespół kawałki, że szukaj drugiego podobnego ze świeczką. Amerykanie wyrzygali znane mi z większych wydawnictw, jak i tych pomniejszych, których mają ze sto tysięcy, a których nie ogarniam przez niezbieralnictwo winyli, numery robiąc to z taką pasją, że Gibson ze swoim filmem może im loda… kupić. Don wrzucił też między kawałkami pewien osobisty żal. Otóż okazało się, że nienawidzi jakichś Krystianów, którym to też poświęcił jeden z utworów. Nie wiem, czy to jacyś sąsiedzi, ale musi że wyjątkowo ciężkie typy. Jedynym nie do końca pasującym elementem na deskach był nowy perkusista, którego błyskawicznie ochrzciliśmy jako człowiek-uśmiech. Gość walił zza zestawu takie banany, że Jim Carrey w „Masce” mógłby czuć się zażenowany a Michał Wiśniewski bankowo żałował, że nie dziargnął sobie typa na ramieniu. Odstawiając heheszki na bok, Nunslaughter zagrał megazajebisty gig i pozostawił spory niedosyt, gdyż chętnie obejrzałbym kolejną godzinkę w wykonaniu tych gości. Bankowo wybiorę się na ich występ, jeśli będą przy okazji grali w okolicy.

Ostatnim hordem na Black Silesia był ruski Pseudogod. Wielu oczekiwało ich występu jak  banda baranów na hostię podczas niedzielnej mszy. I dostali, czego chcieli. Mimo, iż wschodni bracia wyjątkowo długo się stroili, efekt końcowy nie był pod względem brzmieniowym idealny. Ale nie o to przecież chodzi na tego typu spędach. Pseudogod zajebali swój miażdżący death tak mocno, że wszelkie rakiety chowane przez Putina w syberyjskich lasach wydają się być jedynie dziecinną zabawką. Dziwię się, że nikt wcześniej nie sprowadził tego bandu na naszą ziemię, gdyż rzesza maniaków dosłownie jadła im z ręki i zapewne zrobiłaby to ponownie. Set oparty głownie na dużej płycie dokonał spustoszenia a wieńczący go cover Beherit, ten sam, który kilka godzin wcześniej zajebali Nekkrofukki, udowodnił, że wszystko co w temacie gruzowo/blakowym, miało swoje korzenie między innymi właśnie w pewnej fińskiej wiosce. Przepiękny cios na koniec.

Podsumowując to wszystko, co dane mi było przeżyć przez dwa upalne dni czerwca w Byczynie mogę jedynie lakonicznie, choć totalnie subiektywnie, stwierdzić, że Black Silesia to na chwilę obecną najlepszy festiwal na naszej ziemi. Zwłaszcza dla grona odbiorców o mocno sprecyzowanym guście. Dziękuję Michał za Twoje maniactwo, dzięki któremu mogę się choćby przez dwa dni poczuć jak Ryba goniący Kilera. Dziękuję wszystkim spotkanym maniakom, bez których ten fest pewnie by upadł. Za rok znów tam będę, bez względu na okoliczności. Bo lubię. Kocham. Żyję tym. Ave Satan! Ave Lucifer.
 - jesusatan

jak zwykle ryja zalał: jesusatan
zdjęcia: Leszek Wojnicz-Sianożęcki ... i jesusatan

+++ Nowy merch HELL-BORN Refuse To Serve +++


PRE-ORDER: 03.06. - 17.06.2019r.
Przy okazji powrotu na scenę HELL-BORN, przedstawiamy długo zapowiadany i zupełnie nowy wzór oficjalnego merchu kapeli. Koszulki tradycyjnie będą wykonane na JHK, natomiast bluzy produkcji firmy RUSSELL (wysoka jakość materiału, metalowy, zaszyty zamek, wszyte uchwyty na słuchawki).
Do czasu trwania przedsprzedaży, będzie można zarezerwować odpowiedni rozmiar. Zainteresowanych odsyłam na: wodzyn@interia.pl
Koszulka:
JHK TSRA190
45zł + wysyłka
Bluza:
RUSSELL R-266M-0
120zł + wysyłka
 
 

czwartek, 6 czerwca 2019

Recenzja Misþyrming „Algleymi”


Misþyrming
„Algleymi”
NoEvDia 2019


Islandia to naprawdę przewspaniały kraj. Mają tam w chuj wulkanów, zimno, zero wiosny (bez urazy panie Biedroń) i kilka bardzo sprawnie działających kapel black metalowych na niespotykanie wysokim poziomie. Nikt, kto śledzi tamtejszą scenę nie jest w stanie zaprzeczyć, iż ichniejsza muza ma w sobie to coś, co porywa i wyróżnia się na tle innych europejskich szatanistycznych hord. „Algleymi” to druga, po czterech latach przerwy, pełna płyta pochodzącego ze stolicy tego cudownego kraju Misþyrming. Zespołu, który jakoś nie rozłożył mnie na łopatki swoim debiutem, który to uważałem za zbyt mjentki i melodyjny i chuj wie dlaczego taki rzekomo kultowy. Nowy materiał Islandczyków niestety mojej opinii o ich twórczości nie zmieni, a przynajmniej nie drastycznie. Przyznać bowiem należy, iż nowy materiał jest bardziej dojrzały niż debiutancki „Söngvar elds og óreiðu”. Chłopaki nadal wycinają swój zimny czarci metal, wzorowany sceną skandynawską z początku lat 90-tych z dodatkiem tej ociupinki wkładu własnego. Wciąż jest to muzyka dość melodyjna, opierająca się chwilami o patenty mogące pojawić się na wcześniejszych albumach Emperor czy nawet Limbonic Art. Sporo tu konkretnych, mocnych black metalowych riffów, osłodzonych jednak zbyt mocno wpierdalającymi się w klimat lukrowymi melodiami i klawiszami w tle. Zdecydowanie lepiej by się tego słuchało w wersji demo, nagranej w sali prób, bez niepotrzebnych ozdobników i upiększaczy. Co prawda brzmienie tego albumu nie jest jakieś przesadnie wysterylizowane, jednak kompletnie nie trafiające w moją estetykę diabelskiej muzyki. Zgaduję, iż każdy fan nowoczesnego metalu popuści przy „Algleymi” przynajmniej ociupinke moczu w swoje kalesony, jednak mój zwieracz w tym przypadku trzyma się wyjątkowo mocno. Nie twierdzę, że jest to kompletnie zła muzyka. Ma swój klimat, jest faktycznie zagrana bez zbytniej spiny i absolutnie nie jest kopią któregokolwiek, nawet tych wymienionych powyżej, zespołów. Rzecz w tym, że zawsze gdy podchodzę do nowego albumu Misþyrming, to w połowie jego trwania zaczynam najzwyczajniej ziewać. Nie ma tu nic, czego bym już wcześniej nie znał. A biorąc poprawkę na to, że samopowtarzalne dźwięki toleruję wyłącznie w ramach bardziej śmiercionośnego gatunku metalu, tutaj najzwyczajniej w świecie zasypiam. Tak, że tego… Islandia to piękny kraj, mają się też czym pochwalić muzycznie. Jednak najnowsze dzieło Misþyrming do tego grona się nie zaliczy. Według mnie mega przeciętny album. 
- jesusatan