wtorek, 20 października 2026

Recenzja Black Waves Fest # 11

 

Black Waves Fest # 11

11.10.2026 Jarocin, JOK

Königreichssaal / Dormant Ordeal / Morast / Abduction / Wode / The Ruins of Beverast

 


Słowo ciałem się stało, czyli jedenasta edycja jarocińskiego festiwalu faktem. Mało wiela, a bym zapomniał o tym wydarzeniu, bo mimo iż wpisałem sobie rzeczoną datę w kalendarz wiele miesięcy naprzód, i nawet wrzucałem przypominajki na Apocalyptic’a, to info pod tytułem „masz wydarzenie w tym tygodniu” kompletnie mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że mi małż ustawiła w tym samym dniu wizytę z córką u specjalisty. Jakoś to jednak ogarnąłem, i dosłownie dziesięć minut przed rozpoczęciem pierwszych baletów stawiłem się pod bramą Jarocińskiego Ośrodka Kultury zwarty i gotowy, jedynie po dwóch mocnych.

Koniki, czyli zespół ze stajni Godz ov War, wieczór rozpoczęły punktualnie. I tu od razu napomknąć należy, że jeśli w przypadku Black Waves dochodzi do jakichkolwiek obsuw, to są one minimalne. Ledwo fajka zdążysz spalić. Chłopaki tak (nomen omen) nadymili, podświetlając wszystko przy okazji na zielono, że przed oczami stawał albo Lech (zgodnie z obowiązującą kiedyś reklamą, którą pewnie pamiętają tylko starsi uczestnicy), albo marihunaen, której zalegizować nie można nigdy w życiu! Sala zabaw wypełniona była wówczas jeszcze w bardzo niewielkim stopniu, co potwierdziło, że tak zwane „otwieracze” łatwo nie mają. Panowie, czysto muzycznie, poradzili sobie za to bez problemu. Poszli przekrojowo, hipnotyzując troszkę swoim tremolowym podejściem do tematu. Bo w owe melodie to oni potrafią. I widać, że są w formie, bo to był bardzo solidny blackmetalowy występ, wspomagany zresztą idealne dopasowanymi efektami wizualnymi. Szkoda tylko, że muzyków praktycznie nie było widać, a po zejściu ze sceny pewnie nikt ich nie rozpoznał (no chyba że koledzy). To był taki mroczny Teatr Cieni, którego Königreichssaal byli częścią, bo podobny schemat owego wieczora jeszcze się czasem powtarzał. No i świetne były wokale, surowsze niż z płyt. A jak już o wokaliście, to pogadać się z nim nie dało. Żadnego „Ello” czy „Pocałujcie mnie w dupę”. Może po polsku nie umiał? Przy okazji wspomnieć muszę o brzmieniu, i sprawę chyba zgłoszę na Milicję. Podobnie jak rok temu, sound na środku sali był mocno „dudniący” (acz czytelny), natomiast w niewielkim sektorze dla pijąco / palących owego przebasowania nie uświadczyłeś. Czyli nic, tylko pić i pilić!

Dormant Ordeal byłem bardzo ciekaw. Panowie grali co prawda jakiś czas temu w moim rodzinnym mieście, ale miałem chyba dzień lenia, i się na koncert nie wybrałem. A zwłaszcza przedostatni album zespołu bardzo mi się podobał. Klimaty oczywiście z goła odmienne od poprzedników, bo panowie grają szybko i dość technicznie. Zaczął się zatem letki napierdol przy, powtórzę to, idealnie spasowanym naświetleniu. Może to dla niektórych szczegół, ale według mnie, ta minimalna oprawa wizualna jednak robi różnicę. Ewentualnie epileptycy mogli poczuć dyskomfort, bo migające miejscami w tempie blastów reflektory pewnie nie należą do rzeczy przez te tygrysy ulubionych. Pod względem brzmienia można się ciut czepiać, ale ogólnie i tak było legancko. Chłopaki zagrali przekrojowo, a ich repertuar należał do gatunku mocno wciągających. Był żywioł i pełna energia, a grajki też dokładali do tego swoją cegiełkę pozamuzyczną trzepiąc włosem na lewo, prawo, i w kółko, i na dziobaka. W odróżnieniu do poprzedników Dormant Ordeal nawet zagadywali ze sceny, a wokalista miał chyba jakiś dynamit w dupie, bo jakby mógł, to w niektórych momentach by chyba eksplodował. Pomyślałem nawet, że to taki nasz Corpsengrinder Fisher, tylko połowę chudszy. Energię chłop miał niespożytą. Szkoda, że publika była mocno leniwa, i nawet mimo takiego napięcia stała, jakby kij połknęła. Dla mnie był to bardzo mocny cios na szczękę.

Morast po raz pierwszy w całości przesłuchaliśmy… w drodze na festiwal. Przeleciała ich ostatnia płyta trzy razy. Wystarczająco dużo, by się w niej zakochać. Na niej oparty był set Niemców tego wieczora, zatem o rozczarowaniu mowy być nie mogło, przynajmniej pod względem muzycznym. Miazga. Totalnie gruzowe grania w tym charakterystycznym, nowszym stylu. Według mnie zespół nie odstaje zbyt wiele od takich nazw jak Phobocosm czy Disma (to takie nazwy, które mi przyszły do głowy „na gorąco”). Trzewia były gniecione, a panowie na scenie poruszali się jakby z zwolnionym tempie. Co ciekawe, mimo iż panowie grali rzeczony „gruz”, to ich zachowanie na scenie nieco odbiegało od oklepanych standardów, bo wokalista chwilami niemal tańczył, solo czy z mikrofonem, prawie jak Dave Gahan, tudzież wił się niczym wąż. Był to trzeci już zespół tego wieczoru, a patrząc na plac boju pod barierkami utwierdziłem się w przekonaniu, że tegoroczna frekwencja znacznie odstawała od zeszłorocznej. Mimo to, Morast gnietli, walili kafarem w łeb, częstując, poza klasycznym growlem, także dzikimi wrzaskami. Potrafili też omamić klimatem trybalnym, kiedy gitara robiła za tło dudniącej monotonnie perkusji. Wyjątkowo udany koncert, po którym udałem się do piwopoju, przy którym kolejki nie uświadczyłeś, co, po raz kolejny, świadczyło o średniej frekwencji. No chyba że moda na abstynencję zatoczyła już naprawdę szerokie kręgi.

Abduction po wejściu na scenę wlali w moje serce nieco nadziei, że oto w końcu będzie coś mrocznego, ale i teatralnego. Postaci w kapturach, płaszczu… Tym razem jednak nagłośnieniowcy dali ciała po całości, gdyż stężenie basu, dotychczas tolerowalne, poszybowało wysoko ponad akceptowalny przez moje uszy poziom. I nawet jeśli ze sceny leciał jadowity thrash / black w staroszkolnym stylu, a chłopaki starali się jak mogli, postanowiłem odpuścić ten szoł, i udać się na pogaduchy ze znajomymi, których tradycyjnie było na terenie liczne grono.

Na Wode pod sceną były… niemal pustki. Przynajmniej na wstępie. A szkoda, bo tutaj brzmienie wróciło do solidnego poziomu, a nawet go przebiło. Chłopaków nie znałem, i mocno mnie zaskoczyli i zaintrygowali. Ich muzyka to mieszanka death, black i doom metalu, z elementami wpadającymi chwilami nawet w thrash. Za dużo? Za kolorowo? Nic bardziej mylnego. Bo Angole potrafią wyśmienicie mieszać w kotle, a że składniki biorą w większości ze starej księgi (w pewnym momencie wyłapałem nawet melodię pod Venom, a za chwil parę Dissection, czyli na celowniku były obie fale), to ja się poczułem oczarowany. Muzyka tych panów oparta jest przede wszystkim na riffach, i zgrabnym nimi tasowaniem. Zero przynudzania, same konkrety, będące miksturą lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Po koncercie pobiegłem sobie zakupić najnowszego winylka, który dnia następnego zakręcił się dobre cztery razy.

Ruins of Beverast zawsze był dla mnie zespołem pełnym sprzeczności. Poza naprawdę konkretnym gnieceniem, występują w ich muzyce momenty mnie rozbrajające w sensie negatywnym (patrz: zaśpiewy i jakoś nie pasujące mi do całości fragmenty klimatyczne). Kiedy koncert się rozpoczął, na sali obecna była już chyba połowa dotychczasowego składu wizytatorów. Smoła lała się po ścianach, konusowaty wokalista rzygał napalmem, nieruchoma postać za klawiszami robiła nastrój, ambientowe interludia idealnie wprowadzały w uczucie wyczekiwania, i było fajnie… do czasu. Znów mnie te zaśpiewy zniesmaczyły, i nawet jeśli w większości występ Niemców miał wydźwięk monumentalny, to w połowie setu zdecydowaliśmy się teren opuścić. I to jakoś tak bez żalu.

Generalnie jedenasta edycja Czarnych Fal była jednak festiwalem bardzo udanym. Dla mnie głównie ze względu na Morast i Wode. Poza tym były całkiem dobrze zaopatrzone stoiska z merchem (acz kilku pozycji mi brakowało, bo nowy Morast był zanabył, a nie uświadczyłem), piwerko solidne (był nawet mój ulubiony Porter od Żywca), pizza na wyjątkowo dobrym cieście… No i towarzystwo. Mi niczego nie brakowało, byłem szczęśliwy, że po raz kolejny mogłem brać udział w jarocińskim cyklu. Za rok pewnie też wrócę, bo nawet jeśli skład, jak w tym roku, na kolana nie rzucał, to ostatecznie okazało się, iż warto Łukaszowi zaufać i poznać wcześniej nie znane nazwy. Dokładnie tak samo jak mojemu lokalnemu ziomkowi od The Last Words of Death (a to tak na chama wkleiłem po raz kolejny reklamę haha!). Bardzo udany wieczór. Jak ktoś jeszcze dotychczas do JOK’u nie dotarł, to nigdy nie jest za późno. A warto.

- jesusatan

Zdjęcia: Magdalena Skowronek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.