Black Waves Fest # 11
11.10.2026 Jarocin, JOK
Königreichssaal / Dormant
Ordeal / Morast / Abduction / Wode / The Ruins of Beverast
Słowo ciałem się stało, czyli jedenasta edycja
jarocińskiego festiwalu faktem. Mało wiela, a bym zapomniał o tym wydarzeniu,
bo mimo iż wpisałem sobie rzeczoną datę w kalendarz wiele miesięcy naprzód, i
nawet wrzucałem przypominajki na Apocalyptic’a, to info pod tytułem „masz
wydarzenie w tym tygodniu” kompletnie mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że mi małż
ustawiła w tym samym dniu wizytę z córką u specjalisty. Jakoś to jednak
ogarnąłem, i dosłownie dziesięć minut przed rozpoczęciem pierwszych baletów
stawiłem się pod bramą Jarocińskiego Ośrodka Kultury zwarty i gotowy, jedynie
po dwóch mocnych.
Koniki, czyli zespół ze stajni Godz ov War, wieczór
rozpoczęły punktualnie. I tu od razu napomknąć należy, że jeśli w przypadku
Black Waves dochodzi do jakichkolwiek obsuw, to są one minimalne. Ledwo fajka
zdążysz spalić. Chłopaki tak (nomen omen) nadymili, podświetlając wszystko przy
okazji na zielono, że przed oczami stawał albo Lech (zgodnie z obowiązującą
kiedyś reklamą, którą pewnie pamiętają tylko starsi uczestnicy), albo
marihunaen, której zalegizować nie można nigdy w życiu! Sala zabaw wypełniona
była wówczas jeszcze w bardzo niewielkim stopniu, co potwierdziło, że tak zwane
„otwieracze” łatwo nie mają. Panowie, czysto muzycznie, poradzili sobie za to
bez problemu. Poszli przekrojowo, hipnotyzując troszkę swoim tremolowym
podejściem do tematu. Bo w owe melodie to oni potrafią. I widać, że są w
formie, bo to był bardzo solidny blackmetalowy występ, wspomagany zresztą
idealne dopasowanymi efektami wizualnymi. Szkoda tylko, że muzyków praktycznie
nie było widać, a po zejściu ze sceny pewnie nikt ich nie rozpoznał (no chyba
że koledzy). To był taki mroczny Teatr Cieni, którego Königreichssaal byli
częścią, bo podobny schemat owego wieczora jeszcze się czasem powtarzał. No i
świetne były wokale, surowsze niż z płyt. A jak już o wokaliście, to pogadać
się z nim nie dało. Żadnego „Ello” czy „Pocałujcie mnie w dupę”. Może po polsku
nie umiał? Przy okazji wspomnieć muszę o brzmieniu, i sprawę chyba zgłoszę na
Milicję. Podobnie jak rok temu, sound na środku sali był mocno „dudniący” (acz
czytelny), natomiast w niewielkim sektorze dla pijąco / palących owego
przebasowania nie uświadczyłeś. Czyli nic, tylko pić i pilić!
Dormant Ordeal byłem bardzo ciekaw. Panowie grali co
prawda jakiś czas temu w moim rodzinnym mieście, ale miałem chyba dzień lenia,
i się na koncert nie wybrałem. A zwłaszcza przedostatni album zespołu bardzo mi
się podobał. Klimaty oczywiście z goła odmienne od poprzedników, bo panowie
grają szybko i dość technicznie. Zaczął się zatem letki napierdol przy,
powtórzę to, idealnie spasowanym naświetleniu. Może to dla niektórych szczegół,
ale według mnie, ta minimalna oprawa wizualna jednak robi różnicę. Ewentualnie
epileptycy mogli poczuć dyskomfort, bo migające miejscami w tempie blastów
reflektory pewnie nie należą do rzeczy przez te tygrysy ulubionych. Pod
względem brzmienia można się ciut czepiać, ale ogólnie i tak było legancko.
Chłopaki zagrali przekrojowo, a ich repertuar należał do gatunku mocno wciągających.
Był żywioł i pełna energia, a grajki też dokładali do tego swoją cegiełkę
pozamuzyczną trzepiąc włosem na lewo, prawo, i w kółko, i na dziobaka. W
odróżnieniu do poprzedników Dormant Ordeal nawet zagadywali ze sceny, a
wokalista miał chyba jakiś dynamit w dupie, bo jakby mógł, to w niektórych
momentach by chyba eksplodował. Pomyślałem nawet, że to taki nasz
Corpsengrinder Fisher, tylko połowę chudszy. Energię chłop miał niespożytą.
Szkoda, że publika była mocno leniwa, i nawet mimo takiego napięcia stała,
jakby kij połknęła. Dla mnie był to bardzo mocny cios na szczękę.
Morast po raz pierwszy w całości przesłuchaliśmy… w
drodze na festiwal. Przeleciała ich ostatnia płyta trzy razy. Wystarczająco
dużo, by się w niej zakochać. Na niej oparty był set Niemców tego wieczora,
zatem o rozczarowaniu mowy być nie mogło, przynajmniej pod względem muzycznym.
Miazga. Totalnie gruzowe grania w tym charakterystycznym, nowszym stylu. Według
mnie zespół nie odstaje zbyt wiele od takich nazw jak Phobocosm czy Disma (to
takie nazwy, które mi przyszły do głowy „na gorąco”). Trzewia były gniecione, a
panowie na scenie poruszali się jakby z zwolnionym tempie. Co ciekawe, mimo iż
panowie grali rzeczony „gruz”, to ich zachowanie na scenie nieco odbiegało od
oklepanych standardów, bo wokalista chwilami niemal tańczył, solo czy z
mikrofonem, prawie jak Dave Gahan, tudzież wił się niczym wąż. Był to trzeci
już zespół tego wieczoru, a patrząc na plac boju pod barierkami utwierdziłem
się w przekonaniu, że tegoroczna frekwencja znacznie odstawała od
zeszłorocznej. Mimo to, Morast gnietli, walili kafarem w łeb, częstując, poza
klasycznym growlem, także dzikimi wrzaskami. Potrafili też omamić klimatem
trybalnym, kiedy gitara robiła za tło dudniącej monotonnie perkusji. Wyjątkowo
udany koncert, po którym udałem się do piwopoju, przy którym kolejki nie
uświadczyłeś, co, po raz kolejny, świadczyło o średniej frekwencji. No chyba że
moda na abstynencję zatoczyła już naprawdę szerokie kręgi.
Abduction po wejściu na scenę wlali w moje serce
nieco nadziei, że oto w końcu będzie coś mrocznego, ale i teatralnego. Postaci
w kapturach, płaszczu… Tym razem jednak nagłośnieniowcy dali ciała po całości,
gdyż stężenie basu, dotychczas tolerowalne, poszybowało wysoko ponad
akceptowalny przez moje uszy poziom. I nawet jeśli ze sceny leciał jadowity
thrash / black w staroszkolnym stylu, a chłopaki starali się jak mogli,
postanowiłem odpuścić ten szoł, i udać się na pogaduchy ze znajomymi, których
tradycyjnie było na terenie liczne grono.
Na Wode pod sceną były… niemal pustki. Przynajmniej
na wstępie. A szkoda, bo tutaj brzmienie wróciło do solidnego poziomu, a nawet
go przebiło. Chłopaków nie znałem, i mocno mnie zaskoczyli i zaintrygowali. Ich
muzyka to mieszanka death, black i doom metalu, z elementami wpadającymi
chwilami nawet w thrash. Za dużo? Za kolorowo? Nic bardziej mylnego. Bo Angole
potrafią wyśmienicie mieszać w kotle, a że składniki biorą w większości ze
starej księgi (w pewnym momencie wyłapałem nawet melodię pod Venom, a za chwil
parę Dissection, czyli na celowniku były obie fale), to ja się poczułem
oczarowany. Muzyka tych panów oparta jest przede wszystkim na riffach, i
zgrabnym nimi tasowaniem. Zero przynudzania, same konkrety, będące miksturą lat
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Po koncercie pobiegłem sobie zakupić
najnowszego winylka, który dnia następnego zakręcił się dobre cztery razy.
Ruins of Beverast zawsze był dla mnie zespołem
pełnym sprzeczności. Poza naprawdę konkretnym gnieceniem, występują w ich
muzyce momenty mnie rozbrajające w sensie negatywnym (patrz: zaśpiewy i jakoś
nie pasujące mi do całości fragmenty klimatyczne). Kiedy koncert się rozpoczął,
na sali obecna była już chyba połowa dotychczasowego składu wizytatorów. Smoła
lała się po ścianach, konusowaty wokalista rzygał napalmem, nieruchoma postać
za klawiszami robiła nastrój, ambientowe interludia idealnie wprowadzały w
uczucie wyczekiwania, i było fajnie… do czasu. Znów mnie te zaśpiewy
zniesmaczyły, i nawet jeśli w większości występ Niemców miał wydźwięk
monumentalny, to w połowie setu zdecydowaliśmy się teren opuścić. I to jakoś
tak bez żalu.
Generalnie jedenasta edycja Czarnych Fal była jednak
festiwalem bardzo udanym. Dla mnie głównie ze względu na Morast i Wode. Poza
tym były całkiem dobrze zaopatrzone stoiska z merchem (acz kilku pozycji mi
brakowało, bo nowy Morast był zanabył, a nie uświadczyłem), piwerko solidne
(był nawet mój ulubiony Porter od Żywca), pizza na wyjątkowo dobrym cieście… No
i towarzystwo. Mi niczego nie brakowało, byłem szczęśliwy, że po raz kolejny
mogłem brać udział w jarocińskim cyklu. Za rok pewnie też wrócę, bo nawet jeśli
skład, jak w tym roku, na kolana nie rzucał, to ostatecznie okazało się, iż
warto Łukaszowi zaufać i poznać wcześniej nie znane nazwy. Dokładnie tak samo
jak mojemu lokalnemu ziomkowi od The Last Words of Death (a to tak na chama
wkleiłem po raz kolejny reklamę haha!). Bardzo udany wieczór. Jak ktoś jeszcze
dotychczas do JOK’u nie dotarł, to nigdy nie jest za późno. A warto.
-
jesusatan
Zdjęcia: Magdalena Skowronek







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.