środa, 21 października 2026

Recenzja z koncertu Funeral Mass / Garota / Zørza w Toruniu

 

 Funeral Mass / Garota / Zørza

15.10.2026 Toruń, NRD

 

Czwartek, jak by nie patrzeć środek tygodnia, nie jest idealnym dniem na koncertowy wyjazd. Zwłaszcza jeśli następnego dnia idzie się do pracy na rano. Do Torunia mam jednak żabi skok, więc siadłem za kółkiem, spakowałem towarzysza, i przed dziewiętnastą byliśmy już pod NRD. Na miejscu dosłownie kilkanaście osób, co trochę napawało niepewnością, jednak, wraz z rozwojem sytuacji, klub nawiedziło coś koło siedmiu dych maniaków. A to już wynik, biorąc pod uwagę wspomniane okoliczności, całkiem niezły.

Na pierwszy ogień, z dosłownie dziesięciominutowym opóźnieniem, poszli chłopaki z Gdańska. Scena w Toruniu do zbyt dużych nie należy, jednak nawet biorąc to pod uwagę, ich występ był mocno statyczny. W zasadzie poza wokalistą, który starał się zarzucić włosem, reszta stała prawie jak manekiny, jedynie „przytakując”. No, panowie, więcej energii, więcej! Sam set był bardzo solidny. Grajkowie zaczęli od wolnego, melancholijnego kawałka (sorry Winnetou, nie za bardzo umiem w ich tytuły), ale potem ostro się rozkręcali z każdym następnym. Mogło to przypominać kolarza jadącego z górki. Brzmienie, jak na NRD było zjadliwe, choć akustyk jeszcze po chwili wyszedł na środek sali i dodatkowo coś tam w komputerku poprawił.  W środku setu leciały już same szybkie numery, i nawet wspomniane kiwanie głową ze sceny nabrało tempa. Basista co prawda „rolę” miał łatwą, i się zbytnio nie napracował, ale przynajmniej mógł sobie na legalu wypić piwko. Muzyka Funeral Mass, jeśli kto nie zna, to taki trochę Dissection dla ubogich. W sensie, że jedzie u nich szwedzką melodią, ale i ostrym kolcem potrafią zadrapać. Na koncercie bardzo dobrze się to sprawdziło, acz zdaje mi się, że kilka błędów po drodze było, i nie wszystkie solówki weszły na sto procent. Najwięcej numerów poleciało oczywiście z najnowszej płyty, choć z tytułów zapowiadanych w antraktach wyłapałem tylko „Nocturnal Eclipse”. Była po drodze też przygoda z pękniętą struną, i gitarzysta musiał śmigać za kulisy pożyczać gitarę, ale zrobił to bardzo sprawnie, i zespół w spokoju mógł kończyć swój niemal pięćdziesięciominutowy szoł. Tak, Dissection dla ubogich, ale i tak wolałbym drugi raz obejrzeć młodych, niż mający chuja wspólnego z oryginałem Reinkaos. Ode mnie, w skali szkolnej, solidna czwórka.

Na Garocie sala już była niemal pełna. Ale też i poziom koncertu był zgoła odmienny. Zarówno muzycznie, jak i optycznie. W tle pojawiły się wizualizacje, konkretnie tarcza z mieczami, i buchające płomienie. Te płomienie dodały kawałkom Szczecinian faktycznie dodatkowego kopa, choć i tak ich muza naszpikowana jest trotylem po brzegi. Przy dźwiękach piosenek z „Z Mieczem na Gwiazdy” czy „Strąceni w Ciemność” można niemal było poczuć gorąc od wspomnianych, żółto-pomarańczowych języków. Agresywny black na thrashowym sznycie, podbity blastem i tnącymi niczym żyletka akordami. I to zagrany nie na stojąco, tylko z pełnią życia i energią rozsadzającą, zwłaszcza Asbiela, od środka. Facet grał, jak by jutra miało nie być, i samą tylko charyzmą podnosił mi ciśnienie. Basista wyglądał z kolei jak Zorro (opaska na oczach), ale wcale nie spierdolił w ostatnim odcinku. Między numerami przewijały się różne sample, interludia, co też wypełniało te wszystkie „martwe” momenty. Mimo iż zespół grał na jedną gitarę, wszystko było niemal perfekcyjnie słyszalne, zatem koncert ten oglądało się wyśmienicie. Taaak, na żywo Garota zdecydowanie zyskuje podwójne pierdolnięcie. Z set listy wyłapałem drugą część „Z Mieczem na Gwiazdy”, „Czarna Zaraza Serc” i coś jeszcze, ale zapomniałem zanotować. Tak to na trzeźwiaka bywa. Podsumowując – świetny gig!

Zørza nagrała (nagrali?) dwie bardzo dobre płyty, i, nie kłamiąc, to właśnie na nich tu głównie przyjechałem. Na deski chłopaki weszli witani oklaskami (patrz, jeszcze nie zagrali, a już im bili brawo), i złamali wieczorną zasadę. Funeral Mass grali bowiem w czwórkę, Garota w trzech, wypadałoby więc, by Wielkopolanie dali radę we dwoje. No co, taki Bolzer umi. Wyszli jednak całą bandą, bo było ich pięciu. Biorąc pod uwagę, że to nie chuderlaki, na scenie niemal się o siebie ocierali, a po rozpoczęciu muzykowania nie ruszali się ze z góry upatrzonych pozycji. Ale chłopaki i tak mają wyjebkę na image, więc w sumie to sytuacji nie pogarszało. A nawet dobrze wypadło, kiedy cała czwórka w pewnym momencie kiwała się synchronicznie, normalnie jak stare heavy metale. Ale po kolei. Na starcie było intro, że niby pada deszcz, a potem w zasadzie same „przeboje”, po trochu z każdego wydawnictwa.  Wspomnieć można, że „Rumcajs” po drugiej pesniczce pięknie się z publiką przywitał. Kultura, kurwa mać, a nie, że słoma z butów. Ludziom się podobało, bo nawet zakręcił się, po raz pierwszy, solidniejszy młyn. W sumie się nie dziwię, bo po prawdzie, muzyka Zørzy pod pewnymi względami utrzymana jest w podobnym stylu co Mgły. Czyli jest chwytliwa, ale ma w sobie tą agresję i nie wali populizmem. I jest chyba mimo wszystko bardziej, jak to niedawno określił w rozmowie ze mną pewien muzyk, okołoblackmetalowa. Bujało to naprawdę nieźle, czuć było lodowy powiew, i tylko nie jestem w stanie zrozumieć, co się stało akustykowi. Na początku gitary brzmiały wyśmienicie, za to gdzieś w tle ginął „backing vocal”. Potem zrobiło się odwrotnie, i przy którymś z kolei kawałku (chyba to był „Against Theocracy”) zrobiła się lekka ściana dźwięku. Kiedy panowie grali swój Satyricon, czyli „The Devil Wears Well”, byłem przekonany, że to już koniec. Choćby z tego względu, że to najlepszy numer napisany przez grodziski duet. A tu niespodzianka, bo kiedy byłem już niemal przy wyjściu, poleciał jeszcze jeden numer. W sumie chłopaki zagrali dobre trzy kwadranse.

No cóż, dobry był to wieczór. Może nie z kategorii tych, które się zapomina do końca życia, ale na pewno nie żałuję, że się do miasta pierników kopnęliśmy. Gdyby tylko w ostatnim rozdziale mniej było niepotrzebnych kombinacji z gałkami, powiedziałbym, że zajeboza. Nie będę już jednak dłużej zrzędził. Kto był, na pewno i tak wyszedł zadowolony, a pieniędzy wydanych na bilet nie uznał za stracone. No i chyba właśnie o ty w tym wszystkim chodzi.

- jesusatan

Zdjęcia Zørza: Dżoli  

Fotka Garota, autorstwa Agnieszki Frustra Młynarczyk, pochodzi z warszawskiego setu. Nie byłem jednak w stanie namierzyć na tym koncercie fotografa, więc łatałem czym się dało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.