Moloch
Letalis / Kingdom / Throneum
16.10.2026
Września, AQQ
Trzy koncerty w tydzień? Proszę bardzo. Tym
bardziej, że wrześniową datę (mimo iż w październiku) zaklepałem sobie niczym
za gnoja, kiedy bawiliśmy się w chowanego, a ja stawałem tuż za gzymsem, i
kiedy tylko szukający kończył odliczać wyskakiwałem zza rogu i się odbijałem.
Ech stare czasy… No ale Throneumowi stuknęło właśnie trzydzieści lat, więc ich
początki pewnie miały miejsce niewiele później niż nasze podwórkowe zabawy. Do
brzegu jednak… Do AQQ nigdy wcześniej nie dotarłem, choć nazwę klubu oczywiście
kojarzę. Lokal jest… charakterystyczny. W takim miejscu chyba jeszcze nie
byłem. O ile w warszawskich „Dwóch Kołach” miejsce pod sceną jest ograniczone
do kwadratu wielkości dwóch (nomen omen) garaży, tak tutaj zamyka się chyba w
powierzchni mojego dużego pokoju z czasów, kiedy go jeszcze nie przedzieliłem ścianką
działową. Poza tym pełno tu zakamarków, mniejszych salek, schodów i progów o
które można się zdrowo wypierdolić jeśli kto przesadzi z procentami. Ale
ogólnie naprawdę zajebista miejscówka. O dziwo, nawet w tak niekoncertowym
miejscu można uzyskać niezły sound, czego potwierdzeniem był występ Moloch
Letalis.
Chłopaki stanęli w rogu, pod pochyłym sufitem
(powiedziałbym poddaszem stodoły), i nakurwiali ile fabryka dała. Ich muzyka ma
w sobie ten element zdrowego jebnięcia, który na żywo dodatkowo zyskuje na
sile. Zwłaszcza jeśli się gra piosenki z takim zapałem jak Molochy. Ze sceny
buchał żywy ogień, leciały „kurwy” i inne miłe określenia, migały prowizoryczne
światła, a ja, siedząc po przeciwnej stronie schodów, przy bursztynowym, i innych
wynalazkach, którymi częstował znany mi z widzenia koleś, ponoć klasyczny
bimbrownik, cieszyłem się każdym docierającym do mnie dźwiękiem. Siedziałem… do
czasu, bo w końcu musiałem się ruszyć i wejść trochę głębiej w bawiący się pod
scenką tłum (mini tłum). Oczywiście „Tańczyliśmy w Piekle” (to chyba
najbardziej hiciarski kawałek Wrześnian), i robiliśmy inne głupoty, aż się w
głowie zakręciło. Sam koncert, zresztą jak i pozostałe jego dwa akty, bardziej
kojarzył mi się z bibą z okazji czyichś urodzin (noo, mówiłem, że trzy dychy
stuknęło Throneum), niż „prawdziwym” koncertem. Zabawunia na całego.
Po Molochach na scenę weszli panowie z Kingdom. Też
z tego powodu, co by Diabolizer mógł złapać chwile oddechu, bo zastanawiałem
się, jak chłop przetrwa kondycyjnie dwa sety jednego wieczoru. Kingdom, jak to
Kingdom. Kto zespół zna, wie, iż prezentuje on określoną jakość, a swoim
dorobkiem, i pokazami scenicznymi zaskarbił sobie wierność określonego grona
metalistów. We Wrześni jedynie potwierdzili wspomnianą jakość. Tutaj nie było
półśrodków, był czysty metal śmierci w bardzo klasycznym wydaniu. Co prawda
większa część gawiedzi udała się w międzyczasie na piwo, czy tam na siku, więc
prześwit pod sceną był większy, ale ja wykorzystałem ten moment, by posłuchać
owego napierdolu w przyjaźniejszych, mniej tłocznych warunkach. Chłopaki
solidnie pozamiatali, a mi nie przeszkadzał nawet fakt, że pod samą sceną
słyszalność była o wiele gorsza (decybele). Wolne partie miażdżyły, a charyzma
wokalisty to klasa sama w sobie. Pod koniec powiedział nam (może i
kurtuazyjnie, nie wnikam), żeśmy zajebiści, co przyjęliśmy oczywiście na klatę,
po czym zapowiedział zespół, na który tego dnia czekałem najbardziej.
Throneum. To miał być ich ostatni koncert.
Przynajmniej tam mówił Tomasz, zaznaczając jednocześnie, iż „Nigdy nie mów
nigdy”. No to zaspojleruję, że dwa dni później napisał mi, iż tak dobrze się
bawił, że owo „nigdy” raczej dość szybko pójdzie w niepamięć. Ale to było, kurwa,
widać. Chłop na scenie dostał takiego amoku, jakby pogryzło go stado szrerszeni.
Na kwadracie ścisk jak kutas, za sceną wielkie logo. A występ, niczym z wczesnych
lat dziewięćdziesiątych, kiedy to czasem zespoły występowały pod blokiem, albo
garażem starego. Trzech mega wkurwionych facetów grających metal śmierci. I to
w niemal stu procentach stare klasyki (poza „In the Garden” z najnowszego
krążka, ale zagranego tak, żeby się nie wyróżniał, więc nie wiem, czy ktoś
nawet rozpoznał). Ogień, siarka, zezwierzęcenie. Kwintesencja staroszkolnego
death metalu. Włosy latały na scenie i pod nią, rozkręcił się srogi młyn, a
niektórzy musieli trzymać się barierek, by nie pospadać ze schodów. Totalny
chaos i zadyma. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że ten koncert to było
perfekcyjne ukoronowanie trzydziestolecia zespołu, a zagrany na koniec „Bestial
Antihuman Evil”, przy którym szał zgromadzonych osiągnął apogeum, stanowił
wisienkę na urodzinowym torcie.
Podsumuje całość krótko. To był jeden z tych
koncernów, które pamięta się całe życie. Trzy godziny minęły jak z chuja
strzelił. Mam za chwilę pięćdziesiąt lat, a takie eventy nadal sprawiają mi
radość niczym piętnastolatkowi. Cudowny wieczór. Kto nie był, może żałować.
-
jesusatan





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.