czwartek, 22 października 2026

Relacja z koncertu Moloch Letalis / Kingdom / Throneum

 

Moloch Letalis /  Kingdom /  Throneum

16.10.2026 Września, AQQ

Trzy koncerty w tydzień? Proszę bardzo. Tym bardziej, że wrześniową datę (mimo iż w październiku) zaklepałem sobie niczym za gnoja, kiedy bawiliśmy się w chowanego, a ja stawałem tuż za gzymsem, i kiedy tylko szukający kończył odliczać wyskakiwałem zza rogu i się odbijałem. Ech stare czasy… No ale Throneumowi stuknęło właśnie trzydzieści lat, więc ich początki pewnie miały miejsce niewiele później niż nasze podwórkowe zabawy. Do brzegu jednak… Do AQQ nigdy wcześniej nie dotarłem, choć nazwę klubu oczywiście kojarzę. Lokal jest… charakterystyczny. W takim miejscu chyba jeszcze nie byłem. O ile w warszawskich „Dwóch Kołach” miejsce pod sceną jest ograniczone do kwadratu wielkości dwóch (nomen omen) garaży, tak tutaj zamyka się chyba w powierzchni mojego dużego pokoju z czasów, kiedy go jeszcze nie przedzieliłem ścianką działową. Poza tym pełno tu zakamarków, mniejszych salek, schodów i progów o które można się zdrowo wypierdolić jeśli kto przesadzi z procentami. Ale ogólnie naprawdę zajebista miejscówka. O dziwo, nawet w tak niekoncertowym miejscu można uzyskać niezły sound, czego potwierdzeniem był występ Moloch Letalis.

Chłopaki stanęli w rogu, pod pochyłym sufitem (powiedziałbym poddaszem stodoły), i nakurwiali ile fabryka dała. Ich muzyka ma w sobie ten element zdrowego jebnięcia, który na żywo dodatkowo zyskuje na sile. Zwłaszcza jeśli się gra piosenki z takim zapałem jak Molochy. Ze sceny buchał żywy ogień, leciały „kurwy” i inne miłe określenia, migały prowizoryczne światła, a ja, siedząc po przeciwnej stronie schodów, przy bursztynowym, i innych wynalazkach, którymi częstował znany mi z widzenia koleś, ponoć klasyczny bimbrownik, cieszyłem się każdym docierającym do mnie dźwiękiem. Siedziałem… do czasu, bo w końcu musiałem się ruszyć i wejść trochę głębiej w bawiący się pod scenką tłum (mini tłum). Oczywiście „Tańczyliśmy w Piekle” (to chyba najbardziej hiciarski kawałek Wrześnian), i robiliśmy inne głupoty, aż się w głowie zakręciło. Sam koncert, zresztą jak i pozostałe jego dwa akty, bardziej kojarzył mi się z bibą z okazji czyichś urodzin (noo, mówiłem, że trzy dychy stuknęło Throneum), niż „prawdziwym” koncertem. Zabawunia na całego.

Po Molochach na scenę weszli panowie z Kingdom. Też z tego powodu, co by Diabolizer mógł złapać chwile oddechu, bo zastanawiałem się, jak chłop przetrwa kondycyjnie dwa sety jednego wieczoru. Kingdom, jak to Kingdom. Kto zespół zna, wie, iż prezentuje on określoną jakość, a swoim dorobkiem, i pokazami scenicznymi zaskarbił sobie wierność określonego grona metalistów. We Wrześni jedynie potwierdzili wspomnianą jakość. Tutaj nie było półśrodków, był czysty metal śmierci w bardzo klasycznym wydaniu. Co prawda większa część gawiedzi udała się w międzyczasie na piwo, czy tam na siku, więc prześwit pod sceną był większy, ale ja wykorzystałem ten moment, by posłuchać owego napierdolu w przyjaźniejszych, mniej tłocznych warunkach. Chłopaki solidnie pozamiatali, a mi nie przeszkadzał nawet fakt, że pod samą sceną słyszalność była o wiele gorsza (decybele). Wolne partie miażdżyły, a charyzma wokalisty to klasa sama w sobie. Pod koniec powiedział nam (może i kurtuazyjnie, nie wnikam), żeśmy zajebiści, co przyjęliśmy oczywiście na klatę, po czym zapowiedział zespół, na który tego dnia czekałem najbardziej.

Throneum. To miał być ich ostatni koncert. Przynajmniej tam mówił  Tomasz, zaznaczając jednocześnie, iż „Nigdy nie mów nigdy”. No to zaspojleruję, że dwa dni później napisał mi, iż tak dobrze się bawił, że owo „nigdy” raczej dość szybko pójdzie w niepamięć. Ale to było, kurwa, widać. Chłop na scenie dostał takiego amoku, jakby pogryzło go stado szrerszeni. Na kwadracie ścisk jak kutas, za sceną wielkie logo. A występ, niczym z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to czasem zespoły występowały pod blokiem, albo garażem starego. Trzech mega wkurwionych facetów grających metal śmierci. I to w niemal stu procentach stare klasyki (poza „In the Garden” z najnowszego krążka, ale zagranego tak, żeby się nie wyróżniał, więc nie wiem, czy ktoś nawet rozpoznał). Ogień, siarka, zezwierzęcenie. Kwintesencja staroszkolnego death metalu. Włosy latały na scenie i pod nią, rozkręcił się srogi młyn, a niektórzy musieli trzymać się barierek, by nie pospadać ze schodów. Totalny chaos i zadyma. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że ten koncert to było perfekcyjne ukoronowanie trzydziestolecia zespołu, a zagrany na koniec „Bestial Antihuman Evil”, przy którym szał zgromadzonych osiągnął apogeum, stanowił wisienkę na urodzinowym torcie.

Podsumuje całość krótko. To był jeden z tych koncernów, które pamięta się całe życie. Trzy godziny minęły jak z chuja strzelił. Mam za chwilę pięćdziesiąt lat, a takie eventy nadal sprawiają mi radość niczym piętnastolatkowi. Cudowny wieczór. Kto nie był, może żałować.

- jesusatan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.