czwartek, 16 maja 2019

Recenzja Deiphago „I, The Devil”


Deiphago
„I, The Devil”
Hells Headbangers 2019

Deiphago to marka znana i ceniona w określonych kręgach. Zespół wywodzący się z Filipin istnieje bowiem od końca lat 80-tych i nieustannie atakuje, co jakiś czas, nowymi wymiocinami. „I, The Devil” to piąty już w dorobku bandu pełen album, który czas jakiś temu wypluli przez gardło niezawodnej Hells Heanbagers. Na trwającym czterdzieści minut krążku nie otrzymujemy nic nowego. I całe, kurwa, szczęście, przecież to jebane Deiphago a nie kolejny eksperymentalny, nudny do obrzygania band. Według prawidłowych założeń z albumu tego bije wojna, śmierć, nienawiść i gwałt na niewinnych. Prymitywizm i totalne zniszczenie, bez oglądania się na to, co obecnie na scenie jest modne czy etyczne. Deiphago nadal podąża drogami, pod które podkład położyły takie kultowe zespoły jak Blasphemy, Conqueror czy nawet Napalm Death. Zawarta na tym krążku muza nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek melodyjnością, więc jeżeli chcecie sobie ponucić przy goleniu, to zapraszam w inne rejony. Tu rządzi nakurw przez ogromne N. Mało jest zespołów, w których twórczości, pomimo upływu tak wielu lat, nadal czuje się tą prymitywną rządzę krwi. Chłopaki nieustannie w dupie mają wycackane brzmienie i jakiekolwiek znamiona nowoczesności. Można powiedzieć, że czas się dla nich zatrzymał na przełomie lat 80/90-tych. I bardzo słusznie, bo to właśnie wtedy tworzone były kamienie milowe w muzyce death czy black metalowej. Zawarte na „I, The Devil” osiem utworów to czysty nihilizm i zaprzeczenie jakimkolwiek trendom. Taką muzykę albo się kocha albo nienawidzi. Kto uwielbia nakurwiać łbem dla Szatana, ten zapewne pochłonie najnowsze wydawnictwo Deiphago jednym haustem, mimo iż nie jest to kompletnie nic odkrywczego. Katolicy zapewne zwymiotują i pójdą się z faktu ruszenia tej płyty wyspowiadać błagając o surową pokutę. I tyle w temacie. 
- jesusatan


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.