niedziela, 31 marca 2019

Recenzja HATH „Of Rot and Ruin”


HATH
„Of Rot and Ruin”
Willowtip Records 2019


Za niespełna dwa tygodnie (dokładnie 12 kwietnia) wypada data premiery pierwszego, długogrającego albumu Amerykańskiej grupy Hath. Miałem okazję zapoznać się z tym materiałem kapkę wcześniej, zatem czym prędzej spieszę Wam donieść, o co kaman na „Of Rot and Ruin” Cóż, prawdę powiedziawszy, rozpisywać się specjalnie nie ma nad czym. Hath na swej pierwszej, pełnej płycie rzeźbi bowiem rzetelny Death/Black Metal i nic ponadto.  Dobra, sprawna, mocna sekcja napierdala konkretnie, brutalne riffy patroszą niezgorzej, a przepełniony gniewem growling uzupełnia tę jadowitą układankę. Wszystkie klocki, z jakich zbudowano tę budowlę są bardzo dobrze spasowane, tyle że były już w ten sposób wykorzystywane setki, jeśli nie tysiące razy. Ta płyta po prostu ani na milimetr nie wychyla się poza gatunkowe standardy, przez co tak samo szybko, jak wchodzi, tak i wychodzi z mojej mózgownicy, nie pozostawiając po sobie praktycznie nic, co warte byłoby zapamiętania. Dodatkowo usłyszymy tu trochę zupełnie niepotrzebnie zastosowanych siłowych, szarpanych zagrywek i miałkiego pitolenia na wiosłach, co zdecydowanie tępi ostrze tego materiału i burzy jego spójność. Brzmienie dobre, mocne, selektywne, z odpowiednim ciężarem, ale co z tego skoro same kompozycje oklepane i tylko solidne. Kurczę, szkoda, bo pamiętam, że wydana w 2015 roku Ep’ka „Hive” była całkiem obiecująca i nieźle rokowała na przyszłość. Absolutnie nie żałuję, że zapoznałem się z „Of Rot…”, ale osrany ze szczęścia też nie jestem. Takich płyt rocznie ukazuje się od zatrzęsienia i bardzo szybko zostają zapomniane w natłoku lepszych wydawnictw. Co zrobić??? Taki to już los jedynie rzetelnych albumów, bardzo szybko odchodzą w odbyt, yyyyy,  tzn. w niebyt.
Hatzamoth





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.